wtorek, 10 października 2017

i came

1/3 października za nami. dzień dobry Kochani, spontanicznie przyszłam się przywitać. jestem w Gdyni, próbuję się przyzwyczaić do polskiej pogody i do deszczu, który uwielbiałam przecież, a teraz mam takie pytania w sobie "gdzie są kaloszki?", "dlaczego mam mokre skarpetki?", "..i włosy?", "i nic nie widzę w okularach, bo ulewa?", "czy mogę zacząć chodzić po mieście w pelerynie przeciwdeszczowej z Krupówek?". kicham, jestem pociągająca (nosem). leczy mnie Mike #ihonestlyloveyoumrskinner


jestem trochę onieśmielona wszystkim, bo jednak #morzemożliwości mnie otacza. wrócę za 3 tygodnie na chwilę do Często po rzeczy, to zobaczę stado. tęsknię za nimi najbardziej, ale wiem, że pod dobrą opieką nic im nie grozi. z ciekawszych wydarzeń to festiwal zakończyliśmy sukcesem, pączki były jak zwykle super (i panini z mąki i kawy). zaliczyłam gdyniankę ^^ a także haos. hashi sushi zawsze sponio (jak mówi młodzież), no i ostatnio cat cafe (ja tam jeszcze wrócę). czerwony piec i ale browar 4 evah. i deserek w tej pizzerii takiej na abrahama co byłyśmy kiedyś z Dziewczynami (pozdrawiam Was i umawiamy się kiedyś znowu!). widziałam cichą noc w gcfie pofestiwalowo (dużo wina), a w czwartek idę na fresh dressed. mimo, że jest na netflix to ja i tak chcę.

kosmetycznie zakończę, że włosy mi wypadły w dużej ilości, a poza tym wysuszyły się na ekwadorskim słońcu i teraz potrzebna mi jest odnowa biologiczna. odnówmy się. buziaki, stri.

niedziela, 18 czerwca 2017

o pomysłach na życie (od jutra)

Ahoj!

Byłam bardzo zajęta życiem i odnajdywaniem się w nowej rzeczywistości. Dużo już za mną, ale jeszcze wiele przede mną. Ktoś ostatnio słusznie zauważył, że sprawy nie kończą się nigdy. Racja, zawsze dzieje się coś i zawsze coś czeka na wydarzenie się. Najgorzej jak dzieje się milion rzeczy, a tak naprawdę nie zmienia się nic. Koszmar! Jak można ;)

Chociaż z drugiej strony, może lepiej, że nie zmienia się na gorsze. Chociaż, chociaż.. muszę Wam się przyznać, że nieco sceptycznie podchodziłam do tych wszystkich sytuacji zmieniających się ze złych na gorsze i na totalnie nie do przyjęcia. Nie miałam innego wyjścia jak tylko się z nimi zmierzyć i teraz jestem przechujem w niektórych kwestiach. Może założę firmę consultingową (taki żart).

Nadeszły te dni, że z nadzieją patrzę w przyszłość i tylko muszę się mocno, mocno skoncentrować, żeby nie zboczyć, nie pozwolić, żeby coś wytrąciło mnie z rytmu i nie dopuścić do tego, żeby ktoś lub coś spierdolił mi WIELKI PLAN.

Wielki Plan, moi Drodzy, to taki zbiór bieżących możliwości. Oczywiście nie omówię wszystkich po kolei, ale w skrócie - chcę wrócić nad morze. Wybrzeże śni mi się odkąd odjechałam samochodem załadowanym rzeczami i z sercem nabrzmiałym jak piersi matki karmiącej. Odjechałam, bo musiałam odjechać. Reszta jest już za nami, a teraz tylko to, co przed nami. Przeniesienie się nad morze nie jest sprawą łatwą ani prostą. W teorii jest łatwiej niż w praktyce, no i oczywiście mam wsparcie (co-parenting, więc stado będzie zaopiekowane dopóki nie stworzę im bezpiecznego domu) oraz drużynę na miejscu (Słomki, pozdrawiam!), ale to i tak za mało. Trzeba ogarnąć wiele. Na początek pracę i jakiś kawałek mieszkania do wynajęcia (gdyby ktoś coś to dajcie znać). Na przykład od października, tak po Festiwalu.

To byłoby całkiem rozsądne, żeby przenieść się ukochaną jesienią. Wszystko co złe zamortyzuje jesień i zima. No i niby okej, ale.. ALE! ALE! Ale co jeśli są jeszcze inne możliwości? Mogłabym wyjechać w pizdu jak najdalej, mogłabym kupić tiny house (jak ja się w nim zmieszczę), mogłabym zostać dłużej w rodzinnym Ekwadorze. Mogłabym. Gdybym chciała. Czy będę chciała to zamierzam zdecydować podczas zbliżających się kilku tygodni w Ameryce Południowej.

Pod koniec lipca pakuję się w samolot i fruu! Może nawet zanurzę się oceanie albo zaprzyjaźnię z jakąś lamą. Któż to może wiedzieć.

Jeśli zaś chodzi o takie bardziej krajowe pomysły to tak: być może wpadnę jeszcze na chwilkę do Trójmiasta (na zwiady), a na pewno muszę pojechać do Krakowa. Jeśli ktoś będzie w Krk i będzie miał chwilę to ja chętnie. Planuję po 23.06, ale to się wszystko rozjaśni w tym tygodniu.

Poza tym, czy wybieracie się na Męskie Granie 22.07 w Katowicach? Jakoś nikt nie chce ze mną jechać ;) W tym roku nie dam rady do Żywca, bo wracam dopiero we wrześniu. Gdyby ktoś coś to ja też coś. Umówmy się?

Chyba kliknę "opublikuj" i pójdę na głupi amerykański film "Kac Vegas z kobietami". Unlimited niedługo mi się kończy, a w Gdyni nie ma Cinema City. Korzystam teraz.

Buziaki ahoj i dajcie znać co u Was,

czwartek, 20 kwietnia 2017

demoxoft płyn do pielęgnacji i oczyszczania skóry powiek

Dzień dobry,

moja propozycja jest następująca: pokażę Wam czego używam do demakijażu oczu. Jak wiecie (albo nie), mam problem z nimi problem. Często zdarzają mi się zapalenia, robi mi się cysta i w ogóle nie jest fajnie. Moje oczy wymagają ode mnie czegoś więcej niż płynu micelarnego. Zauważyłam różnicę podczas stosowania preparatu, o którym Wam dzisiaj opowiem, więc zagryzam zęby i płacę dużo złotówek za kolejne opakowania. Cała sytuacja skutkuje też coraz rzadszym sięganiem po kosmetyki do makijażu oczu. Smutaski, ale cóż zrobić. Nic.

 photo demoxoft_zps2euhctsw.jpg

Demoxoft to płyn do pielęgnacji i oczyszczania podrażnionej skóry powiek. 

INCI dla zainteresowanych: Aqua, Biosaccharide Gum-1, Olive oil PEG-7 Esters, Poloxamer 188, Panthenol, Hialuronian Sodu, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Tetrasodium Glutamate Diacetate, BHT.

O co w nim chodzi tak dokładnie? Pomaga usuwać nagromadzone zanieczyszczenia i wydzielinę z powiek/brzegów powiek. Okulista użył sformułowania "szoruj rzęsy" :)) Płyn nawilża wrażliwy obszar powiek i uruchamia procesy regeneracyjne (i faktycznie tak by to wyglądało, ale mówimy tutaj o sytuacji bez używania leków). Last but not least, niweluje suchość i dyskomfort związany z uszkodzeniem naskórka. W moim wypadku nie pomaga na wszystko co mi jest, bo mój problem polega na tworzeniu się cyst na linii wodnej górnej i dolnej, a także na tworzeniu się cysty bezpośrednio w oku. Jednak pomaga na tyle, że nie rezygnuję z używania go do pielęgnacji okolic oczu.

 photo demoxoft2_zpsisu7vt8o.jpg

Jak to wygląda w praktyce? Codziennie rano i wieczorem przecieram nasączonym wacikiem oczy. Ważne jest, żeby do każdego oka mieć OSOBNY wacik. Szoruję rzęsy, pomiędzy rzęsami, powieki, tu i ówdzie. Całą twarz zmywam płynem micelarnym. W tej chwili jest to Bioderma Sensibio, która za chwilę się skończy (i później będzie to Bioderma Sebium, ale muszę Garniera dorwać na promo, bo jednak Garnier podstawowy daje radę). Przestałam używać płynu dwufazowego (np z Sephory), nie sięgam też już po mleczka do twarzy, żeby mi nie wpadło do oka. Nie wiem jak będzie dalej. Teraz ten etap głębokiego oczyszczania całkowicie przejęła moja Luna Foreo Mini, której używam od miesięcy (roku?) i mogę już się wypowiedzieć szerzej.

Tyle o demoxofcie, taki post dla potrzebujących. Myślę, że dla normalnych ludzi może chusteczki do demakijażu oczu się sprawdzą w podróży lepiej niż sam płyn. Jak ktoś nie potrzebuje to po co przepłacać.

Dwie informacje: dzisiaj startuje promo w Rossmannie. Nie wiedziałam, że będąc w klubie Rossmann mamy 55% zniżki przy zakupie minimum 3 produktów do makijażu. Promo dla reszty narodu to po prostu 49% zniżki. Przestali rozbijać akcję na tygodnie (ja się gubiłam), więc dzisiaj o siódmej rano bez problemu kliknęłam konturówki i pomadki matowe Bourjois (informacja druga, polecam konturówki i matowe Bourjois). Tylko one mnie interesowały, bo wiedziałam jakie chcę kolory. Cokolwiek innego musiałabym dotknąć. Lakierów drogeryjnych już nie kupuję, dziękuję wystarczy.

Życzę Wam bardzo serdecznie udanego dnia. Dzisiaj czwartek. Zaraz się skończy kwiecień, jak ten czas leci. Szybko, za szybko.. a może w sam raz? ;)

Dzięki za uwagę, buziaki ahoj!
stri

niedziela, 2 kwietnia 2017

marzec 2017

Marzec zaczął się w Gdyni, gdzie było cudownie i już wiem, że jak tylko będzie się dało to pakuję graty, zabieram stado do transporterów i wyprowadzamy się nad morze. Nad morzem wszystko jest o tyle lepsze, że jest morze! Nie jestem oderwana od rzeczywistości, wiem, że problemy i choroby są wszędzie. Po studiach wyjechałam do Gdańska i wiem, że Trójmiasto to moje miejsce na ziemi. Mogłabym mieszkać gdziekolwiek, ale zawsze będę myśleć o górze mapy jak o swoim domu. Tak to wymyśliłam, no i faktycznie coś w tym jest.


W sumie nie, czekajcie. Marzec zaczął się w lesie. Szłam przez podmiejskie tereny leśne, pojechaliśmy na spacer. Kilkadziesiąt metrów przede mną przebiegło stado saren. Szłam, patrzyłam jak wszystko powoli budzi się do życia i myślałam o tym, że przeżyłam ten trudny czas i mimo, że jeszcze jestem nie na 100% tylko może na 65% to jednak codziennie dążę do celu i uczę się nowej normalności. W lesie nie było jakoś specjalnie magicznie, ale są takie noce, że nie mogę spać i wtedy zielone tereny ratują sytuację. Zaraz będą owady i wiosna, ale może wcale nie mam racji mówiąc, że nie znoszę wiosny. To, że jej nie lubię nie znaczy, że jej nie potrzebuję. Może w tym roku potrzebuję. Jesień i zima były tak trudne. Brakowało mi szczęścia.


Powiedzmy, że początek marca był w Gdyni. Słomka zawsze ratuje sytuację i jestem Jej tak bardzo wdzięczna, że mogę pojechać i być. Teraz Słomka ma Śliwkę i już nie mam syndromu odstawienia kotów :)

#effortlessly

W Trójmieście było cudownie z różnych powodów - udało mi się spotkać z Dziewczynami, zobaczyć Fisz Emade Tworzywo na żywo, napić się piwa i wina i zjeść prawie wszystko ;) Nawet jeszcze spadł śnieg przez chwilę na mnie!

Kosmetycznie marzec był miesiącem zaniedbywania pielęgnacji twarzy, ale za to przykładania się do pielęgnacji włosów. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o Wielkiej Promocji w Rossmannie, podczas której kupiłam ekstremalnie za dużo kosmetyków. 50% off mnie nie do końca usprawiedliwia, ale już Wam tłumaczę.

Trzy lata temu zaczęłam moją przygodę z minimalizmem. To, co ja robię określam jako minimalizację, bo zmniejszam objętościowo otaczające mnie przedmioty, grono otaczających mnie osób, no i miałam jeszcze zmniejszyć moje ciało (dla zdrowia), ale to ostatnie jeszcze jest w trakcie lol. Wszystko jest zreszą w trakcie. To jest proces. Minimalizacja miała różne etapy, nadal trwa i to jest okay. Naturalnie podczas mojej przygody z usuwaniem, poznałam ruch zero waste, poznałam kubełki menstruacyjne, no i nowych youtuberów. Trzy lata to bardzo długo. Życie się zmieniło, moje potrzeby się zmieniły, ja się trochę zmieniłam. Próbowałam różnych rzeczy, eksperymentowałam. Pozbyłam się większości swoich przedmiotów. Zostało ich nadal za dużo (według mnie), więc będę usuwać dalej, ale postęp jest ogromny. Próbowałam mieć jedną rzecz z danego rodzaju w zapasie, ale to się nie udało. Zużycie zapasów zabrało mi 2 lata. Nie mogę narzekać, bo fajnie, że przez 2 lata prawie nie kupowałam kosmetyków podstawowych. Trochę wypadłam z obiegu w kwestii tego, co się teraz kupuje. Nie szkodzi. Pewnego sierpniowego dnia zeszłego roku okazało się, że nie mam szamponu w domu. Skandal ;) Chodzenie do drogerii po każdą rzecz jak się skończy jest dla mnie męczące. Tak, ja wiem, że to problem pierwszego świata. Wiem, kaman. W każdym razie, zaplanowałam, że jak nadarzy się okazja to się zaopatrzę. Kilka miesięcy później, promo 1+1 gratis poskutkowało zapasem szamponów, masek i odżywek, a także produktów pod prysznic. To z kolei poskutkowało zaangażowaniem się we włosy.


Włosy nadal wypadają, ale teraz dodatkowo są siwe i odrost wygląda jak wygląda. Niestety nic z tym nie zrobię, a farbowanie nieustanne co miesiąc jest głupie. Co trzy miesiące jest jeszcze głupsze, przecież to totalnie bez sensu. Fajnie jest mieć kolorowe włosy, ale one płowieją, odrastają i tak w kółko. Moja skóra głowy nie jest zadowolona. Nie będę się pitolić z henną, zwłaszcza po farbowaniu farbami chemicznymi. Jestem w tej kwestii nieco zawiedziona. Życie mnie oszukało. Czekam na inspirację, a może po prostu do reszty osiwieję i będzie po problemie. Chwilowe rozwiązanie jest takie: porost, a później się zobaczy.

Wracając. Mam mętlik w głowie.

Mam mętlik w głowie, w życiu, w moich myślach, w snach, mam mętlik w sercu. Jestem wstrząśnięta, zmieszana i emocjonalnie drżę. Chciałabym Wam powiedzieć, że już mi lepiej i no okay - tak, jest mi może nawet nieco lepiej, ale przeważnie nie jest lepiej tylko inaczej. Jak pisaliście mi, że już zawsze będzie inaczej to miałam nadzieję, że to świat będzie inaczej, a nie, że ja będę inaczej. Okazuje się, że inaczej jest głęboko we mnie i nie zostawia miejsca na nic innego. Nie mam odpowiedzi na pytania, na które już tych odpowiedzi kiedyś sobie udzieliłam. Nie mam w sobie kompasu. Nie mam całych kawałków mnie i czasem myślę, że już nie wiem kim jestem. Kryzys jak chuj. Codzienność jest czasami słoneczna, ale to w ogóle nie ma znaczenia. Może z czasem będzie dało się więcej z codzienności wykrzesać, ale to się jeszcze nie wydarzyło.

Żyję, oddycham, jem, śpię, gram w Simsy, robię zakupy przez internet, oglądam filmy i seriale, czasem robię hummus. Trudno mi się skupić na książkach, trudno mi oddychać jak wspomnienia wdzierają mi się do głowy i nie mogę ich tam dosięgnąć moim zdrowym rozsądkiem. Straciłam kontrolę nad wszystkim i ja naprawdę wiem, że to normalne, że się tak czuję i że to nie jest koniec. Bardzo chciałabym się wydostać na powierzchnię. 

Staram się to moje wszystko odzyskać, ale z jakiegoś powodu jest tak strasznie trudno.
Wrócić tutaj też jest trudno, bo nic nie wydaje się takie samo.


Pomalowałam paznokcie dwa razy. I pół.

Dni są stresujące. Wszystko ma ostre krawędzie, jest chropowate i zimne i mokre i oddalone o tysiące kilometrów. Tak się czuję. Chcę przestać się tak czuć.

Bardzo osobisty jest ten tekst. Chyba najbardziej ze wszystkich.
Może następny post będzie o lakierach do paznokci. Chciałabym.

Nie wszystko musi być takie mroczne. Nie jest, ale czasami jest, a jak jest to jest naprawdę bardzo.

Dzięki, że mogę się tutaj wygadać. Dobry wieczór.


Buziaki, ahoj.
Stri (w prostokącie)


środa, 25 stycznia 2017

life update 2016/2017

AHOJ!

Mam nadzieję, że ten post zastanie Was w zdrowiu i w pomyślności. Zawsze życzę Wam jak najlepiej, ale po tym co działo się u mnie przez ostatnie kilka miesięcy/prawie rok, jasne stało się, że jednak zdrowie jest najważniejsze.


Na Instagramie byłam cały czas, chociaż raczej mniej niż więcej i raczej było szaro-buro niż kolorowo. Opowiem Wam trochę o wszystkim się wydarzyło, ale oczywiście tylko trochę, bo przecież internet.

Pod koniec stycznia mojego Tatę zaczęła boleć głowa, w okolicy marca było podejrzenie, że to oponiak (taki guz mózgu do ogarnięcia). Wtedy przestałam blogować, bo kaman. Tata chory, z dnia na dzień było coraz gorzej i czekaliśmy na operacje. Nie mogłam się skoncentrować, poza tym w moim życiu prywatnym też było duże zamieszanie. Ogromne. Operacja miała być w kwietniu, później w maju, a w końcu odbyła się i tak w momencie, kiedy można było tylko polepszyć ostatnie miesiące życia. Było już za późno, poza tym okazało się, że to jednak glejak czwarte stadium (taki guz mózgu nie do ogarnięcia). W tak zwanym międzyczasie rozstałam się z moim partnerem i ojcem moich dzieci, jeździłam dwa albo trzy razy w tygodniu pociągami do Krakowa i z powrotem. Nie miałam czasu, nie miałam życia, nie miałam przestrzeni emocjonalnej na nic innego. Tata przeżył operację, ale deficyty umysłowe były od razu spore i raczej się pogłębiały, co nie pozwoliło mi już z nim porozmawiać. Zresztą tygodnie przed operacją też spędził w ogromnym bólu, wymiotując i cierpiąc. Moja rola była ograniczona, mogłam przy nim być, opiekować się, karmić, ale nie mogłam wiele więcej.


Trudno mi jest wyobrazić sobie co przeżywał, co myślał, kiedy nowotwór zaczął na niego wypływać, co mogłoby być inaczej gdyby podjął wcześniej decyzję o operacji. Ponieważ był to mój ojciec, a nie np mąż - mogę tylko gdybać, nie porozmawialiśmy o tym wszystkim. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu się nie udało. Nie żałuję jakoś specjalnie, bo było jak było i już inaczej nie będzie. Wiem, że zrobiłam tyle, ile mogłam i więcej już nie mogłam. Czasami niektóre rzeczy i sprawy totalnie od nas nie zależą. W ogóle ani trochę. Tydzień temu minęły 2 miesiące od dnia jego śmierci. 


Stres nie pomagał w niczym, różne inne aspekty mojego życia się komplikowały. Gdynia we wrześniu była cudowna, Festiwal Filmowy w Gdyni ma specjalne miejsce w moim sercu 4evah. Słomka jeszcze większe! W tym roku czekała na mnie niespodzianka i to chyba była jedna z fajniejszych rzeczy, które ktoś dla mnie zrobił. To tylko takie małe momenty szczęścia tak naprawdę, chociaż te miesiące miały swoje dobre chwile. Niestety to były tylko krótkie chwile przeważnie. Z końcem września straciłam pracę, której poświęciłam bardzo dużo czasu, energii i siebie. Nie ma tego złego, ale jednak podłamało mnie to. Ostatnie kilka tygodni spędziłam dzięki temu z Tatą. W ogóle wszystko mnie generalnie rzecz biorąc podłamało i są rzeczy, które łamią mnie dalej.

Podupadłam na zdrowiu, bo taki poziom stresu nie mógł się nie odbić na moim organizmie. Psychicznie cały czas zastanawiam się nad wizytą u lekarza. Fizycznie nasiliła się łuszczyca, mam nadciśnienie i cystę na oku. Chwilowo dopadło mnie zapalenie pęcherza drugie w tym półroczu. I kilka innych rzeczy, np nie mogłam spać, a teraz nie mogę się obudzić, ale i tak nie odpoczywam zbyt dobrze.


Doświadczyłam rzeczy, których nikomu nie życzę. Pamiętam dźwięki, obrazy, zapach, miejsca. Nie mogę o tym pisać, bo mam łzy w oczach, ale chcę się z Wami podzielić tym, jak się czułam. Na IG kilka osób odezwało się do mnie prywatnie, opowiedziały swoje sytuacje i w Krakowie miałam okazję odbyć rozmowy ważne i bardzo ważne z różnymi przypadkowymi (czyżby?) ludźmi. Przemyślałam trochę spraw, a trochę jeszcze nie. Wszystko się poruszyło we mnie i wokół mnie i jakoś tak skłoniło mnie do reakcji. Nie wszystko jest dobrze, nie jest "z górki" ani nie jest łatwiej po śmierci (w męczarniach jakby nie było) Taty. Nie czuję ulgi, dużo osób mówiło mi, że będę czuć ulgę. Ulgę, bo nie trzeba o tym myśleć, bo nie trzeba kogoś przewijać czy po nim sprzątać? Nie sądzę, żeby ulga to było w moim przypadku dobre słowo. Jednocześnie chcę bardzo mocno podkreślić, że jeśli czegokolwiek się nauczyłam to z pewnością pogłębiło się moje poczucie, że każda sytuacja jest inna, wszyscy jesteśmy różni, ale to nie zmienia faktu, że niektórzy są chujowi, a inni nie. Oczywiście nie wiecie o co mi dokładnie chodzi, a ja dzisiaj nie będę pisać nawet o 1/10 tego, co zaszło. Po prostu wydarzyło się życie.


ALE! Nie poddajemy się, idziemy do przodu nawet czołgając się. Z czasem będzie lepiej, będzie łatwiej i będzie mniej emocji, a więcej dystansu. Czas leczy rany nie dlatego, że je leczy tylko dlatego, że mamy do nich inny stosunek. Tak mi się wydaje. Jak nie możecie sobie pomóc to poprzytulajcie jakieś futro albo siebie nawzajem. Nie wiem jaki byłby mój stan, gdyby nie moi Bliscy - Przyjaciele, Rodzina, Kiciunie, no i jeszcze Ktoś. Poznałam kogoś w całej tej chujozie życia, więc ponownie - nie ma tego złego. Co będzie dalej nikt nie wie, ale przez cały ten czas miałam ogromne wsparcie i dzięki temu teraz jestem w trakcie osiągania nowej normalności. Bycie w żałobie to jedno, ale codzienne życie takie normalne to drugie i żyć trzeba obojętnie co się dzieje. Poza tym w grudniu skończyłam 29 lat, nie chcę tracić życia na stanie w miejscu. Nie chcę też iść gdzieś szybko w pizdu, a później nadrabiać emocjonalnie żałobę, której nie pozwoliłam sobie odczuwać wcześniej.

Każda sytuacja jest inna, ta jest moja. Jeśli macie ochotę się podzielić swoimi doświadczeniami i przeżyciami to pamiętajcie, że ja naprawdę jestem i można śmiało pisać na strilinga@gmail.com.

Ten post trochę nie wyszedł tak, jak myślałam, że wyjdzie, ale macie z niego się dowiedzieć, że było chujowo, jest nie aż tak najlepiej, ale będzie lepiej i będzie dobrze. W gruncie rzeczy nie jest najgorzej, ale gdybym powiedziała, że jest w porządku to też nie powiedziałabym prawdy. Nie wiem jak odczuwają stratę rodzica inni ludzie, bo przecież to, że wszyscy umrzemy - wiadomo. To, że umieranie nie jest łatwe dla umierającego i jego otoczenia też wiadomo. To, że na takiego glejaka nie było skutecznej metody wiedziałam od razu. Zresztą ja wszystko wiedziałam dużo wcześniej, bo jak zaczęłam czytać i rozmawiać ze znajomymi lekarzami to szybko zorientowałam się co i jak. Chaos słabo znoszę i chyba przez to się tak źle czuję. Trudno mi złapać przyczynę, nie da się na coś wskazać i wyeliminować. Tzn da się, ale nie tak natychmiast. Przepracowuję wszystko, cokolwiek to znaczy. Mam znowu ochotę do działania, tak mniej więcej. Może to jest właśnie to światło w mroku.


Przepraszam, że mnie nie było. Tęskniłam.
Buziaki, ahoj
stri

sobota, 19 marca 2016

yves rocher | indygo

To jest jeden z tych odcieni, które sprawiają, że chce się malować. Nawet gdyby jakość nie była tak bardzo super, druga warstwa zależała od pierwszej, gdyby coś było nie tak z pędzelkiem. Chciałoby mi się nawet wtedy, a to już coś. Na szczęście wszystko inne jest idealnie, więc muszę Wam opowiedzieć i wysłać do salonów stacjonarnych, żeby obejrzeć kolory.


Lakier kupiłam kiedyś spontanicznie, bo mi zabrakło do kolejnej pieczątki, a kończę poziom i chciałam pieczątkę. Chciałam też lakier, nie oszukujmy się. Wybrałam Indygo trochę bez przekonania, bo ciągle te niebieskie i niebieskie i nie po to się pozbywałam, żeby teraz znowu i na kij mi ten niebieski, ale inne nie były takie ładne, więc niebieski. Indygo.

14,90 zł za 5 ml, link do sklepu internetowego. Kryje przy grubszej warstwie, ale ja wolę dwie. Błyszczy się jak szalony, podobno pomaga mu w tym ekstrakt z roślinnej żywicy drzewa Elemi. Mnie pomaga Seche Vite. Trwa wtedy do pięciu dni, przeważnie czwartego dnia następuje zmiana warty. Odcień jest unikatowy, przynajmniej w moim Helmerze nie znajduję nic podobnego. Polecam serdecznie, a jeśli ta niebieskość jest dla Was zbyt jasna to Yves Rocher ma w swojej ofercie również granat*, który trafił do mnie kiedyś w ramach współpracy. Granat jest przepiekny, niestety bez promieni słonecznych nie zobaczycie całej jego okazałości. W cieniu trochę się marnuje i przypomina czerń, ale jest to zdecydowanie granat.

Miłego dnia, ahoj!
Stri

piątek, 18 marca 2016

picie płynu do mycia naczyń, badania kontrolne, kociasteczka i neko atsume

Nie pytajcie mnie jak to się stało, ale wypiłam 200 ml herbaty z płynem do mycia naczyń. To bardzo, bardzo dziwna historia i nigdy nie sądziłam, że tak potoczy się moje życie, ale stało się. Poza tym od 5:34 stałam w kolejce do przychodni, żeby zarejestrować Mamę (i siebie przy okazji też). Wizyta u lekarza przebiegła dosyć sprawnie. Pani lekarz powiedziała, żebym się nie przejmowała herbatą z płynem do mycia naczyń, a co do wyników moich badań to wątroba mi trochę kuleje i mam nie jeść smażonych i pieczonych rzeczy (a mój nowy piekarnik to co?). Dostałam też jakieś tabletki dwa razy dziennie przez dwa miesiące. Mam też nie jeść słodyczy i chodzić schodami. 


Wczoraj Guenhwyvar pomogła mi wybrać lakier, którym powinnam pomalować paznokcie. Uniosłam ją nad szufladą z lakierami i wskazała łapką tzn oparła łapkę na jednej z buteleczek. Jak już to zrobiłam to pomyślałam sobie, że ja jednak jestem szalona, ale Ona była taka urocza z tą łapką, że nie mogłam się powstrzymać.

Oglądałam FREDCEMBER, czyli vlogmas w wykonaniu Fran i Eda. Oprócz radości takiej po prostu zgapiłam od nich trzy rzeczy: imbirowe ciasteczka (w moim wypadku były to kociasteczka), sałatkę z quinoa (quinoo :D) i last but not least aplikację Neko Atsume.


Kociasteczka są dzięki Słomce, która obdarowała mnie cudownymi foremkami w kształcie kotów. Po zrobieniu ciasteczek jednak doszłam do wniosku, że są trochę creepy, bo to jakbym jadła koty, ale właściwie nie do końca tak jakbym je jadła, więc w sumie spoko. Dzięki Słomku :*


Sałatka z quinoo polegała na ugotowaniu kaszy (dodałam kilka kostek zamrożonego bulionum, bo mrożenie bulionu w kostkach jest TRENDY i ja jestem na czasie), dodaniu sałaty, startej marchewki i buraków też startych. W sumie burak był jeden. Można ucierać na większych oczkach, ale ja chciałam na mniejszych, żeby quinoa i burak się połączyły w różowe coś. Mieszając skropiłam cytryną. Dietetycznie jeśli nie dodamy sosu ze śmietaną albo czymś.


Neko Atsume Kitty Collector to jest właśnie to - kitty collector. Zwabiamy koty na nasze podwórko / do naszego pokoju (so creepy), dajemy im jedzenie i zabawki. Zabawki zmieniamy kupując nowe, pieniądze zostawiają nam w podziękowaniu za spędzony czas koty. Zabawa jest przednia, mówię Wam!


Spójrzcie na te zadowolone pyszczki! CUDOWNIE jest. Kotom robimy zdjęcia, każdy ma swój album z liczbą wizyt i ulubionymi zabawkami. Tyle emocji.


Udanego popołudnia i weekendu, bo dzisiaj piątek. Ja czytam cykl demoniczny Brett'a i jestem bardzo wciągnięta, ale za szybko czytam i muszę zwolnić, bo jak mi się wszystko skończy to będzie mi smutno. Okay. Dziękuję za uwagę, ahoj załogo! Stri

czwartek, 17 marca 2016

dzisiaj jest czwartek


Dzień dobry. Lubię wietrzyć pościel, lubię spać w pachnącej świeżym powietrzem pościeli. Lubię wietrzyć mieszkanie, robię to codziennie albo prawie codziennie. Wczoraj spało mi się genialnie i śniły mi się palety cieni takie trochę Zoevy, a trochę tańsze odpowiedniki z mintishopu. Świeci słońce, ciekawe czy tak już zostanie do Wielkanocy czy coś się zmieni. Śnieg się roztopił, ale rozumiem, że tak musiało być. Na śniadanie zjadłam ryż z tuńczykiem, bardzo dawno nie robiłam owsianki, wybierałam raczej słone potrawy. Nauczyłam się robić cienkie naleśniki, okazało się, że wystarczy być cierpliwym i ograniczyć tłuszcz rozsmarowując go pędzelkiem na patelni.

Mam małą awarię kranu w kuchni, mam nadzieję, że to kwestia uszczelki, a nie całej baterii.Chociaż, są gorsze rzeczy w życiu niż awaria kranu w kuchni :) Pościel się wietrzy, koty śpią, bo się najadły. O, tak w ogóle to kupiłam kilka saszetek dla stada. Shiro jest nieco wybredny, a przy tym musi jeść pokarm przystosowany do problemów z układem moczowym. Mówię o tym, żeby zwrócić uwagę na banner umieszczony na stronie koteria.org.pl - robiąc zakupy w zooplusie kliknijcie wejdźcie na stronę klikając w banner, 5% wartości zamówienia powędruje do Koterii. Ja odkryłam to dopiero niedawno, a wydaję zostawiam w zooplusie nawet 2000 zł rocznie (jedzenie, żwirek, akcesoria, zabawki, drapaki dla stada, ale również jedzenie dla bezdomniaków, no i czasami wspólne zakupy z kimś kto nie ogarnia internetu, a jeszcze czasami coś dla Muchy). Myślę, że powinnam umieścić tę informację jeszcze w jakimś osobnym poście na temat Kiciuniów. Ja nie wiedziałam tego wcześniej, może ktoś jeszcze też nie wie. Tak samo jak może jeszcze ktoś nie wie, że mając kota w mieszkaniu trzeba zabezpieczyć okna. Patologiczni ludzie nie wiedzą, nie wiem czemu.

Płakać mi się chce jak o tym myślę, wczoraj spotkałam koleżankę i pokazywałam jej zdjęcia Kiciuniów. Ostatni raz widziałyśmy się jak Shiro był jeszcze jedynakiem, opowiedziałam jej szybko historię dziewczyn i cała akcja miala miejsce w tramwaju. Pani siedząca krzesełko obok odwróciła się i powiedziała, że sąsiad otruł jej kota i nie dało sie go uratorwać. Ja nigdy w życiu bym nie wypuściła stada, żeby były narażone na rzeczy, nad którymi nie mam kontroli. Moje koty nie wychodzą, mają taras na parapecie, polują przez siatkę ogrodzeniową na wróble i gołębie, ale nie wypuszczam ich tak po prostu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że są koty dzikie albo takie, które nie wyobrażają sobie nie wychodzić (a mieszkają na parterze), przyzwyczajone do spacerów po okolicy. Może takie trochę starsze, które nie wychowywały się w domu? Nie wiem, nie byłam w takiej sytuacji.

Szybka zmiana tematu, wiosną będę chodzić w długich spódnicach. Poza tym Iwetto zainteresowała mnie serum Yonelle. Jeszcze poza tym podoba mi się nowa kolekcja OPI, bo The Originals dzieją się w Nowym Orleanie i trochę mnie to wszystko ekscytuje. Mam pastylki pudrowe, znalazłam sklep na osiedlu gdzie nimi handlują :) Chcę zrobić blok i chcę pojechać na wycieczkę do Warszawy. Poza tym zamówiłam sobie cienkopisy do kolorowanek. Jutro zaniosę książki do biblioteki, jeszcze mam kilka do oddania (stopniowo). Post o przeczytanych książkach powstaje.

Udanego popołudnia! Buziaki ahoj,
Stri

środa, 16 marca 2016

pióro wieczne faber-castell loom metallic

Kilka miesięcy temu drukowałam coś w punkcie xero i zauważyłam na wystawie pióro, które mi się spodobało. Zapytałam o szczegóły, pani pokazała mi pióra z dwóch różnych firm, a później wyjęła z torebki Faber-Castell LOOM, czyli pióro, które widzicie na zdjęciu poniżej.

Zaczęłam pisać piórem w wieku 7 lat i przestałam jakoś na studiach, bo pod koniec robiłam większość notatek netbookiem. Brakowało mi tego uczucia, poza tym czasami jednak coś teraz piszę ręcznie. W związku z tym zaczęłam robić research, zwłaszcza, że cena stacjonarnie była wysoka. Chyba 160 zł, ale może 180. Trochę za dużo - pomyślałam. Obejrzałam te dwa filmy na YT: film 1 i film 2. Poźniej obejrzałam film 3 (jeszcze recenzja pisana) i wiedziałam już, że to jest pióro dla mnie. Nie za ciężkie, ale ciężkie, metalowe, matowe, kolorowe, ale jednak nie. Odporne na mój styl życia, bardzo ładnie pisze. Obawiałam się, że będzie pisać zbyt cienko i nie wiedziałam czy stalówka M nie będzie za gruba. Nie jest.

Swój egzemplarz kupiłam na papiernozyce.pl, bo nazwa tego sklepu jest bardzo zachęcająca & I'm a hipster like that. Link przeniesie Was do tego konkretnego koloru (piszą, że to fiolet, ale to chyba bardziej fuksja, no ale w sumie fiolet). Wydaje mi się, że była jakaś promocja być może albo przesyłka taniej albo coś. Mój egzemplarz sprawuje się genialnie, używam nabojów. Konwerter / tłoczek kosztuje 22 zł. Szkoda, że nie jest gratis, ale z drugiej strony okay - pewnie cena byłaby wyższa, a nie każdy używa. Może gdyby był gratis to by ludzie używali?

Jeśli macie jakieś pytania dotyczące tego produktu to śmiało, zadajcie je w komentarzach. Nie jestem specjalistą od pisania ani kaligrafii, ale ten produkt przynosi mi dużo radości i pomyślałam, że warto o nim wspomnieć. Inne posty na temat artykułów papierniczych i pisania analogowego znajdziecie w zakładce papier. Chyba tak będzie wygodnie.

dzięki za uwagę, buziaki ahoj!
stri

telewizja, kino i płatki kukurydziane


Obejrzałam Scandal, dużo dźwieków mam w glowie. Lubię jak ktoś mi znajduje muzykę, bo przeważnie szukam jej sama. Dzisiaj jest środa, połowa marca za nami. Niedługo kalendarzowa wiosna i już nie będę mogła być grumpy w środku w sobie, że będzie ciepło (musisz tańczyć). Idę do kina na Allegiant. Będę się podniecać Theo, Four jest tak fantastycznie napięty i lubię Shailene Woodley. Przed południem będzie artykuł piśmienniczy. Mam w domu tylko płatki Cheerios. Chocapic i Nesquik dawno się skończyły, zdziwiło mnie, że nie ma nawet Corn Flakes'ów. Chlip. Zużywam jedzenie ;) Tak serio trochę zużywam, bo nastąpiły mole w fistaszkach i miałam apokaliptyczne wizje, na szczęście nic strasznego się nie wydarzyło od tamtej pory. Uważajcie na fistaszki. Dzień dobry, czas wstawać. Stri.

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...