środa, 25 stycznia 2017

life update 2016/2017

AHOJ!

Mam nadzieję, że ten post zastanie Was w zdrowiu i w pomyślności. Zawsze życzę Wam jak najlepiej, ale po tym co działo się u mnie przez ostatnie kilka miesięcy/prawie rok, jasne stało się, że jednak zdrowie jest najważniejsze.


Na Instagramie byłam cały czas, chociaż raczej mniej niż więcej i raczej było szaro-buro niż kolorowo. Opowiem Wam trochę o wszystkim się wydarzyło, ale oczywiście tylko trochę, bo przecież internet.

Pod koniec stycznia mojego Tatę zaczęła boleć głowa, w okolicy marca było podejrzenie, że to oponiak (taki guz mózgu do ogarnięcia). Wtedy przestałam blogować, bo kaman. Tata chory, z dnia na dzień było coraz gorzej i czekaliśmy na operacje. Nie mogłam się skoncentrować, poza tym w moim życiu prywatnym też było duże zamieszanie. Ogromne. Operacja miała być w kwietniu, później w maju, a w końcu odbyła się i tak w momencie, kiedy można było tylko polepszyć ostatnie miesiące życia. Było już za późno, poza tym okazało się, że to jednak glejak czwarte stadium (taki guz mózgu nie do ogarnięcia). W tak zwanym międzyczasie rozstałam się z moim partnerem i ojcem moich dzieci, jeździłam dwa albo trzy razy w tygodniu pociągami do Krakowa i z powrotem. Nie miałam czasu, nie miałam życia, nie miałam przestrzeni emocjonalnej na nic innego. Tata przeżył operację, ale deficyty umysłowe były od razu spore i raczej się pogłębiały, co nie pozwoliło mi już z nim porozmawiać. Zresztą tygodnie przed operacją też spędził w ogromnym bólu, wymiotując i cierpiąc. Moja rola była ograniczona, mogłam przy nim być, opiekować się, karmić, ale nie mogłam wiele więcej.


Trudno mi jest wyobrazić sobie co przeżywał, co myślał, kiedy nowotwór zaczął na niego wypływać, co mogłoby być inaczej gdyby podjął wcześniej decyzję o operacji. Ponieważ był to mój ojciec, a nie np mąż - mogę tylko gdybać, nie porozmawialiśmy o tym wszystkim. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu się nie udało. Nie żałuję jakoś specjalnie, bo było jak było i już inaczej nie będzie. Wiem, że zrobiłam tyle, ile mogłam i więcej już nie mogłam. Czasami niektóre rzeczy i sprawy totalnie od nas nie zależą. W ogóle ani trochę. Tydzień temu minęły 2 miesiące od dnia jego śmierci. 


Stres nie pomagał w niczym, różne inne aspekty mojego życia się komplikowały. Gdynia we wrześniu była cudowna, Festiwal Filmowy w Gdyni ma specjalne miejsce w moim sercu 4evah. Słomka jeszcze większe! W tym roku czekała na mnie niespodzianka i to chyba była jedna z fajniejszych rzeczy, które ktoś dla mnie zrobił. To tylko takie małe momenty szczęścia tak naprawdę, chociaż te miesiące miały swoje dobre chwile. Niestety to były tylko krótkie chwile przeważnie. Z końcem września straciłam pracę, której poświęciłam bardzo dużo czasu, energii i siebie. Nie ma tego złego, ale jednak podłamało mnie to. Ostatnie kilka tygodni spędziłam dzięki temu z Tatą. W ogóle wszystko mnie generalnie rzecz biorąc podłamało i są rzeczy, które łamią mnie dalej.

Podupadłam na zdrowiu, bo taki poziom stresu nie mógł się nie odbić na moim organizmie. Psychicznie cały czas zastanawiam się nad wizytą u lekarza. Fizycznie nasiliła się łuszczyca, mam nadciśnienie i cystę na oku. Chwilowo dopadło mnie zapalenie pęcherza drugie w tym półroczu. I kilka innych rzeczy, np nie mogłam spać, a teraz nie mogę się obudzić, ale i tak nie odpoczywam zbyt dobrze.


Doświadczyłam rzeczy, których nikomu nie życzę. Pamiętam dźwięki, obrazy, zapach, miejsca. Nie mogę o tym pisać, bo mam łzy w oczach, ale chcę się z Wami podzielić tym, jak się czułam. Na IG kilka osób odezwało się do mnie prywatnie, opowiedziały swoje sytuacje i w Krakowie miałam okazję odbyć rozmowy ważne i bardzo ważne z różnymi przypadkowymi (czyżby?) ludźmi. Przemyślałam trochę spraw, a trochę jeszcze nie. Wszystko się poruszyło we mnie i wokół mnie i jakoś tak skłoniło mnie do reakcji. Nie wszystko jest dobrze, nie jest "z górki" ani nie jest łatwiej po śmierci (w męczarniach jakby nie było) Taty. Nie czuję ulgi, dużo osób mówiło mi, że będę czuć ulgę. Ulgę, bo nie trzeba o tym myśleć, bo nie trzeba kogoś przewijać czy po nim sprzątać? Nie sądzę, żeby ulga to było w moim przypadku dobre słowo. Jednocześnie chcę bardzo mocno podkreślić, że jeśli czegokolwiek się nauczyłam to z pewnością pogłębiło się moje poczucie, że każda sytuacja jest inna, wszyscy jesteśmy różni, ale to nie zmienia faktu, że niektórzy są chujowi, a inni nie. Oczywiście nie wiecie o co mi dokładnie chodzi, a ja dzisiaj nie będę pisać nawet o 1/10 tego, co zaszło. Po prostu wydarzyło się życie.


ALE! Nie poddajemy się, idziemy do przodu nawet czołgając się. Z czasem będzie lepiej, będzie łatwiej i będzie mniej emocji, a więcej dystansu. Czas leczy rany nie dlatego, że je leczy tylko dlatego, że mamy do nich inny stosunek. Tak mi się wydaje. Jak nie możecie sobie pomóc to poprzytulajcie jakieś futro albo siebie nawzajem. Nie wiem jaki byłby mój stan, gdyby nie moi Bliscy - Przyjaciele, Rodzina, Kiciunie, no i jeszcze Ktoś. Poznałam kogoś w całej tej chujozie życia, więc ponownie - nie ma tego złego. Co będzie dalej nikt nie wie, ale przez cały ten czas miałam ogromne wsparcie i dzięki temu teraz jestem w trakcie osiągania nowej normalności. Bycie w żałobie to jedno, ale codzienne życie takie normalne to drugie i żyć trzeba obojętnie co się dzieje. Poza tym w grudniu skończyłam 29 lat, nie chcę tracić życia na stanie w miejscu. Nie chcę też iść gdzieś szybko w pizdu, a później nadrabiać emocjonalnie żałobę, której nie pozwoliłam sobie odczuwać wcześniej.

Każda sytuacja jest inna, ta jest moja. Jeśli macie ochotę się podzielić swoimi doświadczeniami i przeżyciami to pamiętajcie, że ja naprawdę jestem i można śmiało pisać na strilinga@gmail.com.

Ten post trochę nie wyszedł tak, jak myślałam, że wyjdzie, ale macie z niego się dowiedzieć, że było chujowo, jest nie aż tak najlepiej, ale będzie lepiej i będzie dobrze. W gruncie rzeczy nie jest najgorzej, ale gdybym powiedziała, że jest w porządku to też nie powiedziałabym prawdy. Nie wiem jak odczuwają stratę rodzica inni ludzie, bo przecież to, że wszyscy umrzemy - wiadomo. To, że umieranie nie jest łatwe dla umierającego i jego otoczenia też wiadomo. To, że na takiego glejaka nie było skutecznej metody wiedziałam od razu. Zresztą ja wszystko wiedziałam dużo wcześniej, bo jak zaczęłam czytać i rozmawiać ze znajomymi lekarzami to szybko zorientowałam się co i jak. Chaos słabo znoszę i chyba przez to się tak źle czuję. Trudno mi złapać przyczynę, nie da się na coś wskazać i wyeliminować. Tzn da się, ale nie tak natychmiast. Przepracowuję wszystko, cokolwiek to znaczy. Mam znowu ochotę do działania, tak mniej więcej. Może to jest właśnie to światło w mroku.


Przepraszam, że mnie nie było. Tęskniłam.
Buziaki, ahoj
stri

sobota, 19 marca 2016

yves rocher | indygo

To jest jeden z tych odcieni, które sprawiają, że chce się malować. Nawet gdyby jakość nie była tak bardzo super, druga warstwa zależała od pierwszej, gdyby coś było nie tak z pędzelkiem. Chciałoby mi się nawet wtedy, a to już coś. Na szczęście wszystko inne jest idealnie, więc muszę Wam opowiedzieć i wysłać do salonów stacjonarnych, żeby obejrzeć kolory.


Lakier kupiłam kiedyś spontanicznie, bo mi zabrakło do kolejnej pieczątki, a kończę poziom i chciałam pieczątkę. Chciałam też lakier, nie oszukujmy się. Wybrałam Indygo trochę bez przekonania, bo ciągle te niebieskie i niebieskie i nie po to się pozbywałam, żeby teraz znowu i na kij mi ten niebieski, ale inne nie były takie ładne, więc niebieski. Indygo.

14,90 zł za 5 ml, link do sklepu internetowego. Kryje przy grubszej warstwie, ale ja wolę dwie. Błyszczy się jak szalony, podobno pomaga mu w tym ekstrakt z roślinnej żywicy drzewa Elemi. Mnie pomaga Seche Vite. Trwa wtedy do pięciu dni, przeważnie czwartego dnia następuje zmiana warty. Odcień jest unikatowy, przynajmniej w moim Helmerze nie znajduję nic podobnego. Polecam serdecznie, a jeśli ta niebieskość jest dla Was zbyt jasna to Yves Rocher ma w swojej ofercie również granat*, który trafił do mnie kiedyś w ramach współpracy. Granat jest przepiekny, niestety bez promieni słonecznych nie zobaczycie całej jego okazałości. W cieniu trochę się marnuje i przypomina czerń, ale jest to zdecydowanie granat.

Miłego dnia, ahoj!
Stri

piątek, 18 marca 2016

picie płynu do mycia naczyń, badania kontrolne, kociasteczka i neko atsume

Nie pytajcie mnie jak to się stało, ale wypiłam 200 ml herbaty z płynem do mycia naczyń. To bardzo, bardzo dziwna historia i nigdy nie sądziłam, że tak potoczy się moje życie, ale stało się. Poza tym od 5:34 stałam w kolejce do przychodni, żeby zarejestrować Mamę (i siebie przy okazji też). Wizyta u lekarza przebiegła dosyć sprawnie. Pani lekarz powiedziała, żebym się nie przejmowała herbatą z płynem do mycia naczyń, a co do wyników moich badań to wątroba mi trochę kuleje i mam nie jeść smażonych i pieczonych rzeczy (a mój nowy piekarnik to co?). Dostałam też jakieś tabletki dwa razy dziennie przez dwa miesiące. Mam też nie jeść słodyczy i chodzić schodami. 


Wczoraj Guenhwyvar pomogła mi wybrać lakier, którym powinnam pomalować paznokcie. Uniosłam ją nad szufladą z lakierami i wskazała łapką tzn oparła łapkę na jednej z buteleczek. Jak już to zrobiłam to pomyślałam sobie, że ja jednak jestem szalona, ale Ona była taka urocza z tą łapką, że nie mogłam się powstrzymać.

Oglądałam FREDCEMBER, czyli vlogmas w wykonaniu Fran i Eda. Oprócz radości takiej po prostu zgapiłam od nich trzy rzeczy: imbirowe ciasteczka (w moim wypadku były to kociasteczka), sałatkę z quinoa (quinoo :D) i last but not least aplikację Neko Atsume.


Kociasteczka są dzięki Słomce, która obdarowała mnie cudownymi foremkami w kształcie kotów. Po zrobieniu ciasteczek jednak doszłam do wniosku, że są trochę creepy, bo to jakbym jadła koty, ale właściwie nie do końca tak jakbym je jadła, więc w sumie spoko. Dzięki Słomku :*


Sałatka z quinoo polegała na ugotowaniu kaszy (dodałam kilka kostek zamrożonego bulionum, bo mrożenie bulionu w kostkach jest TRENDY i ja jestem na czasie), dodaniu sałaty, startej marchewki i buraków też startych. W sumie burak był jeden. Można ucierać na większych oczkach, ale ja chciałam na mniejszych, żeby quinoa i burak się połączyły w różowe coś. Mieszając skropiłam cytryną. Dietetycznie jeśli nie dodamy sosu ze śmietaną albo czymś.


Neko Atsume Kitty Collector to jest właśnie to - kitty collector. Zwabiamy koty na nasze podwórko / do naszego pokoju (so creepy), dajemy im jedzenie i zabawki. Zabawki zmieniamy kupując nowe, pieniądze zostawiają nam w podziękowaniu za spędzony czas koty. Zabawa jest przednia, mówię Wam!


Spójrzcie na te zadowolone pyszczki! CUDOWNIE jest. Kotom robimy zdjęcia, każdy ma swój album z liczbą wizyt i ulubionymi zabawkami. Tyle emocji.


Udanego popołudnia i weekendu, bo dzisiaj piątek. Ja czytam cykl demoniczny Brett'a i jestem bardzo wciągnięta, ale za szybko czytam i muszę zwolnić, bo jak mi się wszystko skończy to będzie mi smutno. Okay. Dziękuję za uwagę, ahoj załogo! Stri

czwartek, 17 marca 2016

dzisiaj jest czwartek


Dzień dobry. Lubię wietrzyć pościel, lubię spać w pachnącej świeżym powietrzem pościeli. Lubię wietrzyć mieszkanie, robię to codziennie albo prawie codziennie. Wczoraj spało mi się genialnie i śniły mi się palety cieni takie trochę Zoevy, a trochę tańsze odpowiedniki z mintishopu. Świeci słońce, ciekawe czy tak już zostanie do Wielkanocy czy coś się zmieni. Śnieg się roztopił, ale rozumiem, że tak musiało być. Na śniadanie zjadłam ryż z tuńczykiem, bardzo dawno nie robiłam owsianki, wybierałam raczej słone potrawy. Nauczyłam się robić cienkie naleśniki, okazało się, że wystarczy być cierpliwym i ograniczyć tłuszcz rozsmarowując go pędzelkiem na patelni.

Mam małą awarię kranu w kuchni, mam nadzieję, że to kwestia uszczelki, a nie całej baterii.Chociaż, są gorsze rzeczy w życiu niż awaria kranu w kuchni :) Pościel się wietrzy, koty śpią, bo się najadły. O, tak w ogóle to kupiłam kilka saszetek dla stada. Shiro jest nieco wybredny, a przy tym musi jeść pokarm przystosowany do problemów z układem moczowym. Mówię o tym, żeby zwrócić uwagę na banner umieszczony na stronie koteria.org.pl - robiąc zakupy w zooplusie kliknijcie wejdźcie na stronę klikając w banner, 5% wartości zamówienia powędruje do Koterii. Ja odkryłam to dopiero niedawno, a wydaję zostawiam w zooplusie nawet 2000 zł rocznie (jedzenie, żwirek, akcesoria, zabawki, drapaki dla stada, ale również jedzenie dla bezdomniaków, no i czasami wspólne zakupy z kimś kto nie ogarnia internetu, a jeszcze czasami coś dla Muchy). Myślę, że powinnam umieścić tę informację jeszcze w jakimś osobnym poście na temat Kiciuniów. Ja nie wiedziałam tego wcześniej, może ktoś jeszcze też nie wie. Tak samo jak może jeszcze ktoś nie wie, że mając kota w mieszkaniu trzeba zabezpieczyć okna. Patologiczni ludzie nie wiedzą, nie wiem czemu.

Płakać mi się chce jak o tym myślę, wczoraj spotkałam koleżankę i pokazywałam jej zdjęcia Kiciuniów. Ostatni raz widziałyśmy się jak Shiro był jeszcze jedynakiem, opowiedziałam jej szybko historię dziewczyn i cała akcja miala miejsce w tramwaju. Pani siedząca krzesełko obok odwróciła się i powiedziała, że sąsiad otruł jej kota i nie dało sie go uratorwać. Ja nigdy w życiu bym nie wypuściła stada, żeby były narażone na rzeczy, nad którymi nie mam kontroli. Moje koty nie wychodzą, mają taras na parapecie, polują przez siatkę ogrodzeniową na wróble i gołębie, ale nie wypuszczam ich tak po prostu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że są koty dzikie albo takie, które nie wyobrażają sobie nie wychodzić (a mieszkają na parterze), przyzwyczajone do spacerów po okolicy. Może takie trochę starsze, które nie wychowywały się w domu? Nie wiem, nie byłam w takiej sytuacji.

Szybka zmiana tematu, wiosną będę chodzić w długich spódnicach. Poza tym Iwetto zainteresowała mnie serum Yonelle. Jeszcze poza tym podoba mi się nowa kolekcja OPI, bo The Originals dzieją się w Nowym Orleanie i trochę mnie to wszystko ekscytuje. Mam pastylki pudrowe, znalazłam sklep na osiedlu gdzie nimi handlują :) Chcę zrobić blok i chcę pojechać na wycieczkę do Warszawy. Poza tym zamówiłam sobie cienkopisy do kolorowanek. Jutro zaniosę książki do biblioteki, jeszcze mam kilka do oddania (stopniowo). Post o przeczytanych książkach powstaje.

Udanego popołudnia! Buziaki ahoj,
Stri

środa, 16 marca 2016

pióro wieczne faber-castell loom metallic

Kilka miesięcy temu drukowałam coś w punkcie xero i zauważyłam na wystawie pióro, które mi się spodobało. Zapytałam o szczegóły, pani pokazała mi pióra z dwóch różnych firm, a później wyjęła z torebki Faber-Castell LOOM, czyli pióro, które widzicie na zdjęciu poniżej.

Zaczęłam pisać piórem w wieku 7 lat i przestałam jakoś na studiach, bo pod koniec robiłam większość notatek netbookiem. Brakowało mi tego uczucia, poza tym czasami jednak coś teraz piszę ręcznie. W związku z tym zaczęłam robić research, zwłaszcza, że cena stacjonarnie była wysoka. Chyba 160 zł, ale może 180. Trochę za dużo - pomyślałam. Obejrzałam te dwa filmy na YT: film 1 i film 2. Poźniej obejrzałam film 3 (jeszcze recenzja pisana) i wiedziałam już, że to jest pióro dla mnie. Nie za ciężkie, ale ciężkie, metalowe, matowe, kolorowe, ale jednak nie. Odporne na mój styl życia, bardzo ładnie pisze. Obawiałam się, że będzie pisać zbyt cienko i nie wiedziałam czy stalówka M nie będzie za gruba. Nie jest.

Swój egzemplarz kupiłam na papiernozyce.pl, bo nazwa tego sklepu jest bardzo zachęcająca & I'm a hipster like that. Link przeniesie Was do tego konkretnego koloru (piszą, że to fiolet, ale to chyba bardziej fuksja, no ale w sumie fiolet). Wydaje mi się, że była jakaś promocja być może albo przesyłka taniej albo coś. Mój egzemplarz sprawuje się genialnie, używam nabojów. Konwerter / tłoczek kosztuje 22 zł. Szkoda, że nie jest gratis, ale z drugiej strony okay - pewnie cena byłaby wyższa, a nie każdy używa. Może gdyby był gratis to by ludzie używali?

Jeśli macie jakieś pytania dotyczące tego produktu to śmiało, zadajcie je w komentarzach. Nie jestem specjalistą od pisania ani kaligrafii, ale ten produkt przynosi mi dużo radości i pomyślałam, że warto o nim wspomnieć. Inne posty na temat artykułów papierniczych i pisania analogowego znajdziecie w zakładce papier. Chyba tak będzie wygodnie.

dzięki za uwagę, buziaki ahoj!
stri

telewizja, kino i płatki kukurydziane


Obejrzałam Scandal, dużo dźwieków mam w glowie. Lubię jak ktoś mi znajduje muzykę, bo przeważnie szukam jej sama. Dzisiaj jest środa, połowa marca za nami. Niedługo kalendarzowa wiosna i już nie będę mogła być grumpy w środku w sobie, że będzie ciepło (musisz tańczyć). Idę do kina na Allegiant. Będę się podniecać Theo, Four jest tak fantastycznie napięty i lubię Shailene Woodley. Przed południem będzie artykuł piśmienniczy. Mam w domu tylko płatki Cheerios. Chocapic i Nesquik dawno się skończyły, zdziwiło mnie, że nie ma nawet Corn Flakes'ów. Chlip. Zużywam jedzenie ;) Tak serio trochę zużywam, bo nastąpiły mole w fistaszkach i miałam apokaliptyczne wizje, na szczęście nic strasznego się nie wydarzyło od tamtej pory. Uważajcie na fistaszki. Dzień dobry, czas wstawać. Stri.

wtorek, 15 marca 2016

opi | wharf wharf wharf

OPI San Francisco to edycja limitowana z 2013 roku. Fajnych lakierów była masa. Ja nadal jestem bardzo przywiązana do wykończenia liquid sand, więc wciąż posiadam Alcatraz Rocks i nadal bawię się w piaskownicy. Dzisiaj Wharf wharf wharf, który jest zawsze ciemniejszy niż mi się wydaje. Na zdjęciu jest filtr, ale on w cieniu bywa ciemniejszy niż normalnie.

W tej chwili za oknem leży śnieg i jest chłodno (jak to zimą bywa), więc odcień jest jak najbardziej na miejscu. Wiem, że dzielenie na pory roku jedni uznają, inni nie. Ja chyba dzielę na światło. Po co mi holo w cieniu/bez sztucznych świateł? Bez sensu!

(w cieniu)

Paznokcie pasują mi do kubka ze Starbunia. Lubię go, bo ma fajny kolor i dobrą pojemność. Był jednak absurdalnie drogi i nie polecam chyba. Koleżanka z pracy kupiła sobie Contigo w fajnym fioletowym kolorze. Chyba jest zadowolona.

Piaskowość tego lakieru jest delikatna, być może dlatego, że jest to kremowo jednokolorowy piasek. Zmywa się cudownie, nie odbarwia płytki paznokcia, nie zostaje na skórkach ani nie wżera się w skórę. Zawsze stosuję bazę, akurat w tej chwili jest to NailTek, bo kilka miesięcy temu kupiłam duo w Sephorze. Przeważnie używam NT + 2 warstwy lakieru + SV, ale czasami jak robię coś ryzykownego i obawiam się, że wyląduję w szpitalu na operacji to używam tylko NT i Intensive Therapy II, żeby ułatwić pracę anestezjologowi.

Dla uściślenia - używam NailTek Foundation II wygładzającej bazy podkładowej (Ridge Filler). Bardzo lubię, ale nie próbowałam innych. Więcej na temat tych produktów na stronie producenta.

Nie ma problemu ze zmywaniem, ale co ze ścieraniem się końcówek? Zależy co robimy, jeśli pomaluję paznokcie wieczorem (przeważnie przed snem, żebym nie była bezbronna/bezużyteczna w ciągu dnia), a cały kolejny dzień napitalam w klawiaturę to końcówki zetrą się po dwóch dniach. Jeśli żyję nornalnie powiedziałabym, że zmieniam lakier czwartego dnia.

Życiowy update jest taki - chwilowo jestem przeziębiona, bo biegałam z lwami po suchej ziemi (ale wiał zimny wiatr). Kupiłam jeszcze kilka par niewidocznych skarpetek, ale z innej firmy. Postanowiłam, że wiosną będę nosić długie spódnice. Zrobiłam spis zapasów, jest tam około 40 pozycji, wliczając ostatnie włosowe zakupy w promocji na zaś. Od początku roku (ale głównie od początku lutego) przeczytałam prawie 30 książek, ponieważ bezrobocie. Mam nadzieję zakończyć bezrobocie za 3 tygodnie, żeby kupić jeszcze więcej i bardziej ;) Niby mnie nie ma, ale jestem. Mam 17 postów w kopiach roboczych.

buziaki ahoj!
stri

wtorek, 1 marca 2016

przejazdem w krakowie haul

ALOHA!

Sobotnie popołudnie spędziłam w Krakowie, udało mi się kupić kilka rzeczy. Niezbyt dużo, bo minimalizm, ale potrzebowałam czegoś z Ikei, jakiejś kurtki, portfela i pozwoliłam sobie na pamiątkę z podróży. Trzy nawet, ups.

nie jestem pewna czy to ten model, ale coś w tym stylu

Zacznijmy od sklepu, który kiedyś był w mojej mieścinie, ale już go nie ma. Vero Moda jest fajna, ma rozmiary dla otyłych i nie jest aż tak drogo. Bardzo rzadko tam bywam, ale jak już jestem to zawsze coś mi się podoba. Kupiłam tam płaszcz w szlafrokowym stylu, był trochę za duży, ale ogarnę go jakoś. Cena była zachęcająca, zdecydowałam się.


W Only znalazłam kurtkę. Tamtejsze L-ki są czasami dobre, a czasami nie. Kurtka o kroju nietoperza to nie jest najlepszy kształt dla klepsydry (nawet dużej, ale nadal klepsydry). Zobaczymy co da się przerobić, cena nie do przebicia. Kupiłam. Podoba mi się jasny kolor. Wyglądam trochę jak chmurka albo wata cukrowa z pieprzem.

Te dwie rzeczy kupiłam w The Factory gdyby ktoś był zainteresowany. Obie pojechały do krawcowej na małe poprawki.

LÄMPLIG Deska do krojenia IKEA W rowku deski zbiera się sok z mięsa i owoców powstały podczas krojenia, co zapobiega zabrudzeniu blatu kuchennego.
W Ikei okazało się, że nie ma już siateczko-woreczków na pranie. Były za to pokrowce ochronne na moje nowe odzienie, drewniana stolnica, wyciskarka do cytrusów (ręczna), rolki do odkłaczacza i ciepłe cynamonowe bułeczki.


w luksusowej Biedronce  był świeżo wyciskany sok #luksus

Później spontanicznie pojechaliśmy do Galerii Krakowskiej, widziałam dworzec i byłam w ekskluzywnej Biedronce i w toalecie, w której grali Cinematic Orchestra. Znalazłam sklep Parfois i jak zwykle kupiłam sobie portfel.


Mam jeden portfel, trochę popsuty, ale działa. Jest duży i czarny, lubię go bardzo. Dostaję dużo komplementów na jego temat, więc zawsze polecam sklep znajomym. Teraz potrzebowałam czegoś mniejszego i zależało mi na tym, żeby w środku przegródki na monety nie były czarne. Czarne są praktyczne, bo się nie brudzą, ale nic nie widzę w autobusie jak kupuję bilet i próbuję znaleźć 10 groszy albo 20.


Portfel jaki jest każdy widzi, podobają mi się trendy impresjonistyczne kolory w tle i podoba mi się, że jest granatowy. Kosztował 30 zł i to chyba nawet nie była wyprzedaż. Spoko.


Na półce w apteko-drogerii zobaczyłam Łaźnię Agafii i kupiłam dwie maseczki do twarzy. Ekspresową odświeżającą i odmładzającą na mleku łosia. Kosztowały 7.50 zł / sztuka i mają jak zwykle 100 ml. Marzec będzie maseczkowy jak już wspomniałam. Oby się sprawdziły.



Przy okazji zgarnęłam AKTYWATOR MŁODOŚCI Avy - witaminę C z acerolą. Kosztował 20 zł chyba.

wiem, że skarpetki nie są ekscytujące, ale I'm keeping it real

Z życiowych potrzeb, nie mogłam znaleźć fajnych stopek, które nie wystawałyby poza cokolwiek, co mam na stopach. Nie mogą być za wysokie, ani za niskie (tzn wycięte głęboko albo płytko), muszą być cienkie, ale nie zbyt cienkie, no i bawełniane im bardziej tym lepiej. Znalazłam w TkMaxxie takie Conversy. Co prawda mają napisane ALL STAR przez całą szerokość, ale przecież w butach nie będzie tego widać, więc spoko. Wiem, że skarpetki to trochę dziwny temat, ale pomyślałam, że jeśli ktoś szuka to będzie zainteresowany. Ja jestem zainteresowana, bo te z Deichmanna przestały spełniać oczekiwania. Zresztą zobaczymy co się wydarzy wiosną i latem, może w sklepach pojawi się coś ciekawego. Ja mam taki problem, że noszę rozmiar 40, moja stopa ma 25,5 cm, ale jest smukła. W związku z tym rozmiary 39-42 są za duże, 35-38 za małe. JAK ŻYĆ! Problemy pierwszego świata, I know. Te są grubsza na dole, cieńsze od góry. Zobaczymy, jeszcze nie miałam tak wyciętych skarpetek. Szaleństwo.

Wtorek. Może pojechałam do Katowic.
Buziaki ahoj!
Stri

niedziela, 28 lutego 2016

niedziela dla włosów # 10 | invisibobble


Odkąd wymyśliłam, że stworzę ten post to zdążyłam już skrócić włosy o kilkadziesiąt centymetrów oh well. Nie będę robić scen i mówić, że jestem stara, bo nie jestem, ale głupio byłoby nie zauważyć, że pewne rzeczy się zmieniają z wiekiem. Kondycja moich włosów była z miesiąca na miesiąc coraz gorsza, teraz po skróceniu może być. Na pewno nie jest idealnie, ale nie jest też najgorzej.

#bokeh

Skoncentruję się dzisiaj na Invisibobble, lajfstajlowych gumkach do włosów, których używam od.. wielu miesięcy. Okay, może nie dla wszystkich jest to produkt idealny, ale ogromna ilość dziewczyn zdecydowało, żeby je przynajmniej wypróbować. Ja też. Moje włosy na pewno nie są proste i gładkie. Przy odpowiednich produktach skręt bardzo ładnie się trzyma, ale przeważnie są po prostu falowane. Mają strukturę i grip, więc nie wyślizgują się z kucyka..chyba, że je wyprostuję i zbombarduję silikonami. Wtedy tak.

Moje wszystkie gumki kupiłam w mintishop.pl, nikt jednak mi nie płaci, żebym to napisała, ani nie dostałam od nich niczego za darmo (oprócz krówki albo dwóch przy zakupach). Mogę jednak polecić ten sklep, bo nigdy nie miałam problemu z realizacją zamówień czy obsługą klienta. Zawsze kupuję pojedyncze sztuki z różnych kolorów, żeby łatwiej było mi śledzić moje gumki podczas używania. Mieszkają w torebkach albo kieszeniach, czasem wiszą na wieszaczku na drzwiach w łazience. Czasami wpadają za/pod łóżko, czasami Kiciunie na nie polują. W tej chwili mam 3 albo 4 i to jest ilość, która w zasadzie mi wystarcza. Jedna z gumek jest już bardzo rozciągnięta, koka związuję nią na cztery razy. Ma to swoje dobre strony, czasami wychodzi mi messy bun / just fucked hair.

Jeż powiedział, że można je zamoczyć w gorącej wodzie i się skurczą. Przezroczyste mogą nie być najlepszym materiałem na moczenie we wrzątku, podobno robią się żółte. Ja nie moczę w ogóle, bo messy just fucked bun. Wytrzymałość tych gumek jest bardzo w porządku. Żadna się nie popsuła, nie pękła, nie poplątała, nie zmieniła koloru.

Cena 5 zł / sztukę to dobra cena. Pisałam o tych produktach już na blogu, więc to będzie ostatni raz. Postanowiłam sobie uporządkować włosy w ramach NDW i będę sukcesywnie uporządkowywać. Następnym razem może suszarka albo wypróbuję loki na opasce? Któż może to wiedzieć, zobaczymy :)

Buziaki ahoj,
Stri

sobota, 27 lutego 2016

motywacja


..a może soboty będą dniem motywacyjnym? lol. nie działają na mnie żadne motywujące cytaty, jestem sceptykiem jeśli chodzi o podświadome budowanie siebie patrząc na tabliczkę z pepco za 8 zł. wiem, że niektórym dodaje to sił. mi sił dodają pieniądze, seks, nutella i moje sierściuchy. pożądanie wywołuje we mnie pokłady energii, o których nie wiedziałam, że je mam. pieniądze sprawiają, że mogę poświęcić bardzo dużo, nawet te niewielkie zapasy energetyczne, które mi pozostały i które miałam wykorzystać na coś innego. nutella sprawia, że chce mi się wstać i iść do biedronki jak pada deszcz, ale tak naprawdę jest gorąco w kurtce i wszystko się przykleja do mojego ciała. bleh. Kiciunie są całym moim światem, zrobię dla nich wszystko co muszę.

jak jeszcze wydawało mi się, że MUSZĘ MIEĆ wszystko, co przyjdzie mi do głowy, oglądałam fototapety czy tam naklejki na ścianę. patrzyłam na napisy, które może sobie kupić każdy, zastanawiałam się nad napisaniem sobie czegoś na papierze pakowym. dziś rozważam farbę na drzwiach albo bezpośrednio na ścianie, ale dziś - jak już ustaliliśmy - już wiem, że cytaty raczej nie zadziałają.

może jeden albo dwa mi się podobają.
mogłabym zrobić tatuaż do more, albo coś. raczej live light ;) tatuaże to jest naprawdę osobna historia.

stri

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...