środa, 19 stycznia 2011

scrabble championship

w tej chwili prowadzę, ale wczoraj przegrałam w memory i jutro muszę obejrzeć mecz w piłkę ręczną. ech..

niedziela, 16 stycznia 2011

sobota, 15 stycznia 2011

mleko i miód.

Saga o inkwizytorze Mordimerze Madderdinie jest niesamowita, ale opowiadanie "Mleko i Miód" to była przesada. Ryczałam jak bóbr. Nie wiem jak Piekara mógł to napisać.

piątek, 14 stycznia 2011

sporty drużynowe: piłka ręczna.

przeważnie sportów drużynowych nie trawię.
tzn ja nie grywam, ale również nie oglądam.
ostatnio oglądałam mistrzostwa w piłce nożnej w '98r.
zdecydowanie wolę mma, ale nie mam nic przeciwko
wygranej chłopaków w piłkę ręczną.
zastanawiam się czy karol bielecki widzi w trójwymiarze.

ps. jeśli dostawca z pizzy 33 nie przyjedzie w ciągu 2 minut,
nie dostanie napiwku. czekamy już 88 minut.

czternasty dzień stycznia

dzień upłynął mi na kichaniu i sprzątaniu.
nie wiem jak to się stało, ale przeziębiłam się wczoraj.
beznadzieja, bo weekend miał być outdoorsowy i co teraz będzie.
monopol, stock i giddens? blee..
boli mnie głowa i nawet budyń czekoczekoczekoladowy nie pomógł.

znowu nadużywam sudoku.
nowy film z natalie portman w kinach powinien być (ale czy jest?)
black swan aronofskiego. aronofsky w ogóle jest zjawiskowy. lubię.

czwartek, 13 stycznia 2011

pomysł na obiad


dorsz, ryż, marchewka, kapusta, nowość z torebki.
przeważnie nie używam przetworzonej żywności, ale
miałam ochotę wypróbować. smakowało nam bardzo,
obyło się bez negatywnych reakcji żołądkowych.

godziny stresu

od wczoraj atmosfera zrobiła się podejrzana.
nie wiem o co dokładnie chodzi, a jak nie wiadomo o co chodzi
- chodzi o nasze pieniądze (które trzeba będzie wydać na rzeczy,
za które nie powinniśmy płacić).
dotarło do mnie, że muszę napisać pracę, ale nawet nie mam sformułowanego tematu.
no cóż.
czwartek, 13 dzień roku.
powodzenia.

środa, 12 stycznia 2011

czasu coraz mniej

no to teraz posprzątam w mieszkaniu, ugotuję, wypiorę.. dobrze, że jeszcze nie kupiłam żelazka (misja na styczeń), bo musiałabym też wyprasować.
och (westchnęłam)

wieczorem broadwalk empire, bo na monopol nie mam chyba siły.
może kawa? nie wolno, nie wolno...

pan lekarz dermatolog jest spoko. też się przeprowadził do gdańska z krk i też nie miał żadnych znajomych :)) z rzeczy, o których mogę napisać: poradził mi cetaphil (emulsję i krem) i powiedział, że spacery nad morzem zrobią resztę ;P

morze było dzisiaj zielone, a niebo granatowo-fioletowe. coś niesamowitego.

gda

och jak ja nie lubię jak piszę, piszę i piszę a potem coś wciskam i wszystko mi znika.
miało być o różnych rzeczach, ale teraz nie będzie ;)
napiszę tylko, że na 10 godzin w pkp nadaje się craig david, eminem, przypadkowe piosenki z początku lat 90tych i the streets (beat stevie zawsze się sprawdza).
napiszę też, że nadal szukam korektora do brwi z delii w gdańsku, bo w często nie znalazłam (był, ale się skończył. czyżby Angel wykupiła wszystkie?;)
i rozważam zielony korektor na zaczerwienienia. być może z inglota, być może z delii, z loreal raczej nie, ale nie wiem)
we wszystkim po 4zł w II alei zawsze kupuję lakiery z safari, cena 2zł/sztuka. tym razem padło na ciepły różowy (157) i na niebieski(67), oba matowe. zrobiłabym zdjęcia, ale nie wiem czy uda mi się wstrzelić się w kolor. ustawienia aparatu to nie jest moja mocna strona. najlepsze jest to, że 2 dni później znalazłam sweterek dokładnie w takim samym kolorze jak lakier :)) są świetne, ścierają się po 3 dniach, nie odpryskują. bez lakieru podkładowego ani nawierzchniowego. żadnych topcoatów, seriously. akurat nic nie zabrałam ze sobą, więc obawiałam się, że nie wyschnie a potem, że odpryśnie, ale nie - safari są naprawdę spolegliwe. było jeszcze z 20 innych kolorów, ale nie przesadzajmy. kupiłam jeszcze golden rose (273, o którym więcej tu)z serii proteinowej, bo kosztował 3zł i również dlatego, że jestem uzależniona i nie mogę się powstrzymać jak widzę lakier do paznokci.

niedziela, 9 stycznia 2011

buzz!


wygrałam raz, następnym razem wygram więcej razy ;)

jutro urząd skarbowy ponownie i zamykam sprawy w cze na kilka tygodni.

sobota, 8 stycznia 2011

w inglocie

zakupiłam pro 5 i wkład luzem. powoli wypełniam swoją magnetyczną paletę z inglota.
cieszę się małymi rzeczami, oczywiście lepiej jak jest ich więcej.
czuję się usatysfakcjonowana, brakuje mi tylko kilku przedmiotów do pełni szczęścia.
wkrótce je nabędę a potem nie kupię sobie już nic, co nie jest mi niezbędne aż do skończenia pracy. w przeciwnym wypadku chyba nigdy nie wezmę się za pisanie.
jak trudno jest się zmobilizować, och jak trudno..

oczyszczam pory, a po powrocie do gda, mam wizytę u dermatologa.
brakuje mi morza i nie tylko.

czwartek, 6 stycznia 2011

często.

z góry map zjechałam w dół. nie spałam długo.
o 4:12 obudziłam się, chyba z nadmiaru wrażeń..
zjadłam rybę (żeby dobrze zacząć dzień),
pociąg 6:16 z gdyni do krakowa nawet się nie spóźnił.
pomijając opornych ludzi w przedziale,
którzy nie dawali mi spać - wszystko spoko.
w domu czekała zupa ogórkowa, bo kotlety zjadła Mucha ^^
(o dziwo)

z nowych miejsc na mieście; całkiem przytulnie było
w cafe coś tam twoja kawiarnia, w III alei (nie w bramie)
jutro dużo dużych spraw i może w końcu podetnę końcówki.
marzy mi się wycieczka po małych drogeryjkach osiedlowo-
okolicznych. i zakupy z dziewczynami, tylko dziewczyn brak.

dobrze jest wracać tutaj. dobrze się tutaj wraca.
naprawdę, lepiej niż myślałam.

piosenka wieczoru



a w weekend pojedziemy do olsztyna.
ostatnio jak tam byłam, było lato, jedliśmy lody a irek
bieleninik przyjechał na kolażówce bez siodełka.

iwostin rządzi, a korektor z astora anti stress&lift sux.
po pierwsze, chyba mam za ciemny odcień (002).
po drugie, z kryciem szału nie ma.
po trzecie, podkreśla suche skórki.
nie wiem. może poczekam na lato, na lepszą kondycję mojej skóry itd.
ale cholera, przecież korektor powinien pomagać
właśnie w sytuacjach awaryjnych

co jeszcze. szampon z yves rocher przywracający blask,
mimo, że zapowiadał się miło, okazał się być jedynie spolegliwy.
nie mam 82% więcej blasku, ale mam napuszone, sianowato druciane włosy,
tak jak po rozplątaniu warkoczyków tylko mniej intensywnie.
nie wiem czemu moja mama tego używa.

czytałam fentona. jak wrócę do gdańska,
śmigam do nieprzyjaznej biblioteki. no trudno.
i zrobiłam broszkę. to też osiągnięcie.

także, nie jest źle. ostatnie dni były konstruktywne.
tylko zalegam z mailami i muszę kupić żelazko. z odpowiednim
wyrzutem pary. hmn

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...