poniedziałek, 28 lutego 2011

her morning elegance / oren lavie



[nie aż tak dawno temu]

16/01/2008

wszystko, co działo się latem 2007

-2

w Gdańsku chłodno. nadal jestem chora, ale bez marudzenia biorę się za pisanie. pod koniec tego tygodnia muszę odnaleźć się jakoś w Bibliotece.
mam ochotę na rybę wędzoną, muszę zejść na dół do rybnego. dawno nie byłam nad morzem, ostatnio w czwartek. mam wrażenie, że minęły całe tygodnie.
chciałabym zrobić faworki, ale nigdy nie miałam okazji nauczyć się tego od mojej babci, a faworki są skomplikowane i trudne. kiedyś zrobię, nie wiem czy w tym sezonie ;)
zawsze można kupić, za 30zł/kg.

znalazłam ładowarkę do baterii aparatu, ale aparat mi się gdzieś zapodział.
bardzo chciałabym Wam pokazać genialny lakier do paznokci, ale trudno jest uchwycić jego kolor. pokazywanie lakieru i pisanie, że w rzeczywistości kolor różni się, jest trochę bez sensu. w każdym razie, kolor jest zimny. niebiesko-turkusowy, z genialnymi drobinkami niebiesko-zielono-jasnymi. w świetle dziennym jest po prostu niebieski, ale w sztucznym - och. idealny. szkoda, że jest go tak mało w buteleczce. właśnie czegoś takiego szukam na lato. kiedyś miałam taki lakier z essence, chyba z jakiejś limitowanki (bo teraz podobny jest tylko z serii antybakteryjnej coś tam show your feet) carribean sea. ten, który mam na paznokciach jest ciemniejszy, bardziej intensywny i ma inne drobinki.
Golden Rose Classics 140, bo o nim mowa, wygląda inaczej w buteleczce, spodziewałam się gorszego efektu ;) Naprawdę miło mnie zaskoczył, zwłaszcza, że to pierwszy lakier z tej serii. Muszę kupować więcej mniejszych lakierów. Tzn nie kupować dużych szalonych, tylko duże butelki używanych przeze mnie kolorów, a małe tych nietypowych (w moim przypadku, kolory stonowane, kolory ziemi i błota stoją i się kurzą, może powinnam się ich pozbyć?).

A teraz wyjmę z piekarnika ciasto czekoladowe.
W ramach zrzucania masy, które już bardzo wkrótce ;)

niedziela, 27 lutego 2011

ufc 127 penn vs fitch

:))

the kids are alright

Brakuje mi rozmów ze znajomymi na takie tematy. Film trochę taki po prostu, ale wyobraziłam sobie, że scenariusz można było napisać na kilka innych sposobów. Można obejrzeć.

Przy okazji, przypomniał mi się film Blindness, który z tematem The Kids Are All Right nie ma nic wspólnego (poza Julianne Moore i Markiem Ruffalo oczywiście). Film porusza ciekawe kwestie. Polecam.

sobota, 26 lutego 2011

sobotnie odgruzowywanie

po tygodniu pełnym wrażeń, muszę odgruzować mieszkanie. niektórych rzeczy nie da się naprawić, ale te które się da - ogarniam. lubię odnajdywać się w prostych czynnościach, jak sprzątanie, śpiewanie, tańczenie, segregowanie.. coś wspaniałego. proste czynności. uwielbiam.
więc powiesiłam trzecie pranie, pozmywałam, pościerałam kurze w szafkach kuchennych, wyczyściłam toster i przechodzę do kolejnych (nielicznych;) pomieszczeń.
muszę coś zjeść. może tosty?

ian somerhalder

w filmie "Wake" jest za bardzo zaróżowiony i mało demoniczny.
nie podoba mi się. tzn film, bo Ian jest do przyjęcia.
oglądałam w tle.

heineken music. open'er festival

Okres intensywnego uczęszczania na koncerty mam już za sobą. Tzn, w latach młodzieńczych jeździłam po spodkach i stadionach, uszkadzając sobie słuch i nabijając siniaki. Było fantastycznie, ale potem trochę wyrosłam. Zwłaszcza, że muzyki na żywo mogłam posłuchać właściwie przynajmniej raz w tygodniu, na próbach zaprzyjaźnionych zespołów. To było w Często.
Na studiach chodziłam na koncerty, ale raczej z przyzwyczajenia niż z potrzeby serca ;) Później przestałam, zwłaszcza, że mam uszkodzony słuch w lewym uchu. Coś tam słyszę, ale ubytek jest na tyle poważny, że nie powinnam. Kiedy jednak Mike Skinner ogłosił wydanie ostatniej płyty, byłam gotowa jechać do UK na koncert The Streets. Okazuje się, że mogę jechać trochę bliżej. Nigdy nie byłam na Open'erze, raz prawie pojechałam, ale prawie robi dużą różnicę. Coś zawsze mi wypadało w ostatniej chwili, a z południa na północ jest przeważnie zbyt daleko. Teraz nie mam wymówki. Bilety na jeden dzień kosztują 165zł.
Program jest tu.


a Wy, przyjedziecie? może się spotkamy? :)

legend of the guardians: the owls of ga'hoole

mam słabość do sów i epickich opowieści fantasy.
połączenie idealne.


instagram | twitter | bloglovin'

dziesięć lat temu

shakira ważyła 10kg więcej, miała czerwone włosy i nosiła swetry. teraz, w swoim złotym wdzianku i z blond włosami wygląda na wysuszoną. zdaję sobie sprawę, że "podbicie ameryki" przyniosło jej ogromny sukces i pieniądze, ale ci, którzy pamiętają ją z dawnych czasów chyba wiedzą o co mi chodzi.
Shakira - Estoy Aqui

piątek, 25 lutego 2011

sunny day

ten piękny słoneczny dzień warto byłoby zacząć od nowego odcinka "pamiętników". ostatnio było dużo emocji, ciekawe jak będzie tym razem.
a niedługo oscary.
wczoraj przejrzałam to, co działo się na grammy. większości osób w ogóle nie kojarzyłam, a te które kojarzyłam - niezbyt mi się podobały. ale drake jest ciekawy. chyba się zapoznam z jego twórczością. mam słabość do takich chłopców jak on ;)

czwartek, 24 lutego 2011

pierwszy raz. muffinki.

Dziewczyny, po raz pierwszy zrobiłam muffinki. Przez wiele lat się tylko przyglądałam, aż w końcu dziś.. (na pewno ułatwiły mi to papierki z ikei)
DRÖMMAR
Forma do pieczenia
5,99 PLN / 65 szt.
zainspirowana Szuszowymi korzennymi muffinkami i latami doświadczeń znajomych (kiedyś w mieszkaniu mieliśmy nawet taką blachę z otworkami, ale miałam przykre doświadczenie i się zraziłam), zdecydowałam, że dziś jest ten dzień. chłopaków wysłałam nad morze (gdzie huk łamanego przez statki lodu przypominał burzę) i zaczęłam łączyć składniki.
zrobiłam tak:
250 ml mąki (tak, wiem, że mąki się nie odmierza w ml tylko w gramach, ale nie mam magicznej miarki, tylko skalę na słoiczku od blendera. więc wsypałam mąkę zgodnie z nią.
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 opakowanie cukru waniliowego
"trochę cukru", myślę, że około szklanki, ale chyba jednak mniej, bo wyszły niesłodkie.
2 łyżeczki kakao (bez cukru)
8 kostek gorzkiej czekolady ritter (tzn chodzi mi o wielkość kostek, nie o producenta)
150 ml mleka
6 łyżek oleju
2 jajka

suche mieszamy, mokre mieszamy i dodajemy.
pokruszoną/pokrojoną czekoladę dosypałam do suchych składników.
nie było aż tak łatwo wsadzić to ciasto do papierków, rozjeżdżały mi się i nie które musiałam włożyć do drugiego papierka. nie wiem czy to ja spanikowałam, czy faktycznie te papierki są nie teges. anyways, jakoś tam dałam radę. przygotowanie trwało kilka minut, rozgrzewanie piekarnika zaczęłam w momencie rozpoczęcia mieszania suchych składników.
temperatura pieczenia 200 st C,
czas 18 minut.

nie było moją intencją zrobienie słodkich muffinków. chciałam, żeby były stonowane. z zimnym mlekiem smakowały wyśmienicie.
zapomniałam dodać płatków migdałów, następnym razem dodam też kawałki białej czekolady.
tyle możliwości, tyle kalorii, tyle radości.
z prostych czynności ;)

serdecznie polecam,
bardzo szybkie, proste i satysfakcjonujące.  

jakie są Wasze doświadczenia? opowiadajcie! jestem ciekawa.. 

bomba w ikei, mufinki i lodowisko

wczoraj byliśmy w ikei. pod koniec zakupów, spokojnym głosem, pan pracownik oznajmił, że "z przyczyn technicznych sklep będzie nieczynny do odwołania. proszę kierować się do kas".
bomba w ikei! chłopaki trochę pobledli, ale wszystko zakończyło się pozytywnie i już po kilku minutach uspokajało ich żarcie z kfc. trochę ich wymęczyłam, bo biegaliśmy po mieście od 12 do prawie 20 ^^ ale to tylko dlatego, że się okazało, że "nowa kolekcja ecco" (która zdaniem pani sprzedającej ma być dopiero za miesiąc, tak przynajmniej powiedziała mi przez telefon) jest już w sklepach dawno temu i model, na który się czaiłam był PRZECENIONY na 250 zł. 
 zdjęcie ze strony producenta.

anyways, rozważałam jeszcze krótkie żółte, bo czarnych w ogóle nie było. ale w końcu przestałam się oszukiwać i wzięłam te, które podobały mi się najbardziej. i 150 zł zostało mi w kieszeni. pozytywnie, bo mam ochotę na pieczenie.
jak znajdę chwilę to napiszę o zakupach w ikei, o kosmetykach paese, o podkładzie z MUFE HD, o cieście, które się nie udało i podróżach po Polsce.
tymczasem, nadchodzi pora karmienia dzieciaków. oddalę się więc w kierunku kuchni ;)
pozdrawiam Was bardzo serdecznie i życzę Wam cudownego dnia, wypełnionego słońcem i radością :) 

sobota, 19 lutego 2011

i rave therefore i am

napiszę tylko, że sofa.
i że zostałam mistrzem buzza. graliśmy prawie 4 godziny.
muszę coś teraz zjeść.

czwartek, 17 lutego 2011

internet jest przereklamowany

od kilku dni coś było nie tak z moim blogspotem,
teraz jest coś nie tak z pogodą
bardzo nie tak, deszcz zamarza i jest lodowisko.

a ja w moim sportowym obuwiu nie nadaję się.


kebab za 6.5 rządzi, nawet sos ziołowy średnio ostry smakował
czekolada u belga jest OK, tylko strasznie słodka.


możnaby pomyśleć, że odkąd przyjechałam, tylko jem.
nic bardziej mylnego, nie jem zbyt dużo, bo mam
maraton dentystyczny i albo jestem znieczulona albo obolała,
więc jedzenie nie przychodzi łatwo.


korektora do brwi z delii nie znalazłam, zawsze go nie ma jak ja jestem.
za to znalazłam satysfakcjonujący mnie dupe mojego pierwszego lakieru,
który nie był mój, tylko mojej mamy, ale mama użyła go tylko raz
do jakiejś sukienki jej pasował..
no a ja. ja się zakochałam. wszystko działo się bardzo dawno temu,
ale pamiętam. był to kolor niebiesko-chabrowy, a może po prostu chabrowy
taki sam jak mój polar. mam gdzieś zdjęcia. coś niesamowitego.


anyways, szukałam długo. wierzcie mi, kilka lat szukałam i nie znajdowałam nic
aż wreszcie... nie jest idealny, ale jest wystarczająco podobny.


seria proteinowa golden rose, 334.
omg, amazing. jeśli uda mi się zrobić jakieś sensowne zdjęcie,
to je wrzucę po powrocie. 


co ponadto?
dużo spraw, dużo niespodziewanych wydarzeń nie cierpiących zwłoki
szarlotka mamy


waniliowy serek homogenizowany
(serek z dzieciństwa)


dużo Muchy. Mucha zjadła dzisiaj papier toaletowy.
Mucha lubi papier i chusteczki higieniczne, potrafi je wywęszyć wszędzie
takie hobby.


w pociągu zaczęłam czytać Pamiętniki wampirów.
ooooo jaka ta książka jest denna.
nie spodziewałam się.
Zmierzch był źle napisany, ale to...to przechodzi ludzkie pojęcie.
zastanawiam się jak były tłumaczone Pamiętniki.
tak się składa, że jedna z tłumaczek była kiedyś moją współlokatorką
i pamiętam jaki buchał z niej entuzjazm na myśl o tłumaczeniu kolejnej strony.
może niechęć do dzieła miała wpływ na jej pracę ;)
z tego miejsca chciałabym bardzo serdecznie pozdrowić Sherloczka.


ale, jako, że serial uwielbiam i Damon jest sexy,
postanowiłam, że na lekturę pociągową jest w sam raz.
udało mi się nawet dorwać dwie książki w dziale nowości, biblioteki,
więc pomyślałam "czemu nie"
resztę mam na laptopie i jedynym problemem jest brak prądu w pociągowym gniazdku.
więc zaczęłam czytać w pociągu, pierwszą część przeczytałam w podróży,
później zajęta byłam rozmową z pewną bardzo miłą starszą Panią.
gadałyśmy ponad 5 godzin. coś niesamowitego.


po powrocie, wieczorem, przeczytałam do końca drugą książkę, teraz skończyłam trzecią
reszta jest elektroniczna, więc trochę mnie to ogranicza.


mama chce, żebym została do poniedziałku i pomogła przy porządkowaniu piwnicy.
bardzo chciałabym zostać, ale w gda czekają na mnie pewne dwa nie do końca
samodzielne zobowiązania. będziemy mieli gości.
nie chciałabym ich zostawiać samych, ale porządki w piwnicy to po pierwsze,
frajda, po drugie, dobre ćwiczenie fizyczne (wiele pięter w dół i górę z pudełkami)
no i po trzecie, najważniejsze. odciążę trochę mamę.
hmn hmn
hmn


co zrobię, przekonamy się już wkrótce..


a tytułu posta nie wyjaśniłam.

poniedziałek, 14 lutego 2011

romeo and juliet

polubiłam ALE KINO odkąd mogę oglądać w TV filmy w oryginalnej wersji językowej.
a teraz spróbuję sprawnie się spakować.
mhm, już to widzę..

jutro (i dlaczego wet glaze sucks a golden rose rocks)

o 11.40ileś wsiadam w pociąg (o ile przyjedzie), przed 21 powinnam być już w często. och, jak mi się nie chce. nie czuję się dobrze, podróż mnie wyczerpie i długo będę dochodzić do siebie. ale to jutro, a dzisiaj? może napiszę słów kilka o tym dlaczego wysuszacz z wet glaze jest moim zdaniem gorszy od quick dry z golden rose..
klik klik

cieszmy się, że olałam pociąg o 6:14.
cieszmy się(, że) w ogóle.

dobra, do rzeczy!

na początek kilka podstawowych informacji

do tej pory używałam INGLOTA dry and shine, MY SECRET quick dry and mega shine, GOLDEN ROSE quick dry i teraz WET GLAZE.

dwa pierwsze są właściwie wysuszaczo - nabłyszczaczami, chociaż mam wrażenie, że ten ostatni również (ale jestem dopiero w fazie testów, więc dam mu jeszcze szansę).
o INGLOCIE i MY SECRET słów kilka:

- oba są w zakraplaczu (jak dla mnie duży minus)
- w związku z tym są niewydajne
- do inglota można kupić "wkład" (bez pipety)
- opakowanie inglota jest dramatyczne, każde mi się rozwaliło
- inglot ma 9 ml i 18 m-cy ważności. cena kilkanaście zł, wkład 10 chyba?
- my secret ma 8 ml i 24 m-ce ważności, cena kilka zł
żadnego z nich nie polecam. odradzam.

moje życie zmieniło się po zakupieniu preparatu GOLDEN ROSE quick dry nail care line. Dziewczyny, to co ten produkt robi z moim lakierem to jest coś niesamowitego. Wysusza lakier szybciej niż ww. i go utwardza. mogę zmywać naczynia, prać ręcznie, pakować pudła taśmą klejącą podczas przeprowadzki, uczęszczać na basen, myć włosy bez obaw masując głowę, bawić się ze zwierzakami, drapać je za uszkiem;) i lakier wytrzymuje nawet 7 dni w stanie bardzo dobrym. nie ma problemu z jego zmyciem, wszystko działa jak zwykle. zużyłam dwa opakowania.
polecam serdecznie preparat z GOLDEN ROSE.
cena 7-8 złotych, pojemność 12 ml, ważność 12 miesięcy. w przeciwieństwie do pozostałych, jest w pędzelku i ma konsystencję rzadkiego lakieru a nie wodną i dzięki temu jest bardziej wydajny.

no i właśnie. wet glaze ma niestety postać "wodną", przez co "zbiera" lakier z paznokci i transportuje go na inny kolor. ja często mam 2 kolory na paznokciach, tzn ostatnio miałam kilka paznokci czarnych a kilka czerwonych, no i później na czerwonych miałam czarne zacieki a na czarnych czerwone. a teraz malowałam paznokcie jeszcze raz i na ślicznym czerwonym SENSIQUE 124 mam czarne zacieki. NIENAWIDZĘ. po prostu nie znoszę takich zachowań. i właśnie dlatego u mnie ten preparat się nie sprawdzi. nie chcę czyścić szczoteczki za każdym razem. nie chcę też odczekiwać aż lakier mi porządnie wyschnie, żeby nie pobrudził wysuszacza.
golden rose nie robił takich akcji, zawsze się sprawdzał i ubóstwiam go za to. zachciało mi się pieprzonego wysuszacza. za 15 zł (z przesyłką). no hello?

grrrr. nie cieszy mnie ten produkt.
coś jeszcze kiedyś o nim napiszę. ile trzyma lakier itd. ale jestem zasmucona.
dobrze, że jutro będę mogła wytarmosić Muchę (moją suczkę), to może napięcie spowodowane wysuszaczem mi przejdzie ;)

dzisiaj

sto tysięcy spraw. od rana jeżdżę, biegam, załatwiam a przede mną jeszcze trochę rzeczy do zrobienia. w tzw międzyczasie zajrzałam tu i pomyślałam, że przekażę Wam pozytywną energię i trochę lata ;)

niedziela, 13 lutego 2011

szarlotka mojej Mamy (już jutro)

na tortownicę 22 cm:
6 jabłek
1 margaryna (do ciasta i do wysmarowania blachy)
2.5 szklanki mąki (łącznie wychodzą 3 szklanki, ponieważ mąkę dodaje się również podczas rozwałkowywania)
3 jajka
1/4 szklanki cukru do żółtek
1/2 szklanki cukru do białek
2 łyżeczki śmietany
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
odrobinę bułki tartej (do wysypania blachy)
cukier puder do posypania ciasta
opcjonalnie cukier waniliowy, cynamon/przyprawa do szarlotki

generalnie zasada jest taka, że im ktoś bardziej lubi słodkie, tym więcej cukru dodaje.
ja wychodzę z założenia, że im słodsze, tym lepsze, więc robię z takich ilości. można jednak nie dodawać cukru waniliowego a do żółtek i białek też dodać trochę mniej. no i zawsze można wybrać słodkie lub kwaśne jabłka, wiadomo.

zaczynamy od jabłek, obieramy, ucieramy i podsmażamy (żeby woda odparowała, bo jak użyjemy surowych to może nam się rozwalić cała struktura ciasta;) opcjonalnie dodajemy pod koniec smażenia cukru waniliowego, cynamonu albo przyprawy do szarlotki.
powinno to potrwać ok 15 minut
w tzw międzyczasie:
tortownicę smarujemy margaryną i posypujemy bułką tartą
i ogarniamy ciasto:
do mąki dodajemy proszek do pieczenia i siekamy razem z margaryną, dodajemy śmietanę i utarte żółtka z cukrem, zarabiamy ciasto szybko szybko, w razie potrzeby podsypujemy mąką, ale bez szaleństw. z zarobionego ciasta robimy wałeczko-kulkę i dzielimy na części 1/3 i 2/3.
1/3 wsadzamy do zamrażalnika (będzie na kruszonkę), a resztą wykładamy blachę. wyłożoną blachę wkładamy do lodówki.
ubijamy białka.
do wyłożonej ciastem blachy wrzucamy jabłka (mogą być gorące prosto z patelni), na to wylewamy ubite białka i teraz robimy moją ulubioną część: kruszonkę. z kruszonką jest jeden myk. otóż: lepiej jest jak część kruszonkowa jest dobrze zmrożona, bo wtedy łatwiej jest ją zetrzeć na tarce. jak się rozrywa palcami, wychodzą duże kulfoniaste kawałki i zamiast kuleczkowej struktury, kruszonka ma strukturę gąbczastą. ale jeśli nie mamy czasu, gąbczasta struktura też przejdzie.
ciasto wkładamy do nagrzanego do 180-190C i pieczemy ok godzinę.
przed podaniem posypujemy cukrem pudrem
mniam.

piosenka niedzielnego popołudnia

przyspiesza układanie puzzli

sobota, 12 lutego 2011

pitch black

och jak dobrze, że bez lektora. kroniki riddicka były fajniejsze. ale i tak, vin diesel mniam.

piątek, 11 lutego 2011

spełnione marzenie

dzisiaj spełniło się jedno moje marzenie :) miałam je już od dobrych kilku lat i w końcu się udało. totalnie się nie spodziewałam, świetna niespodzianka. jest superrr

czwartek, 10 lutego 2011

ufc 111: st. pierre vs. hardy (przeżyjmy to jeszcze raz)

armbar aua, dan był dzielny. gsp nie wszystko zrobił tak dobrze jak mógł, ale i tak...
a kimura? auć.



mma is sexy.

seven nation army


the white stripes się skończyło.

eco tools brushes

6 częściowy zestaw pędzli do oczu jest znów dostępny na iherb.com
ja ostatnio kliknęłam 2 zestawy

Eco Tools, Bamboo 5 Piece Brush Set


Eco Tools, Bamboo Mini Brushes, 6 Brushes


napiszę coś więcej po praniu, ale najpierw muszę się upewnić, że umiem wyprać tego mini kabuki. włosie jest super miękkie, przesyłka dotarła w ciągu 10 dni od kliknięcia w bardzo sensownym kartoniku, z papierem w środku (eko na maksa;), dostałam też próbki, co było bardzo miłe, bo w ogóle się nie spodziewałam.
w sieci dużo jest miejsc, gdzie można zdobyć cupon code na 5% off przy pierwszym zamówieniu, z którego ja również skorzystałam, więc cała zabawa kosztowała mnie 30zł z groszami (już z przesyłką, kt kosztuje 3$, nieubezpieczona/nierejestrowana, ale bezpieczna i podlega reklamacji, jeśli towar do nas nie dotrze)
lubię takie okazje. jestem bardzo zadowolona.
na pierwszy rzut oka mogę powiedzieć, że pędzelek "do rozcierania" jest ogromny i nie wiem gdzie mam nim coś rozcierać. jeśli chcę bardziej precyzyjnie rozetrzeć cień, ten pędzel jest dla mnie o wiele za duży.
pędzel do pudru jest dobrze przemyślany, bo ze względu na swoją płaskość, dobrze się nim "dociska" puder do twarzy nie trąc twarzy (moja sucha skóra tego nie lubi).
mini kabuki jest przesłodki i świetnie sprawdza się do różu i bronzera. to mój pierwszy kabuki, jestem tak podekscytowana... ;D aż mam ochotę używać różu codziennie, niestety mam tylko jeden matowy odcień (nie mogę się przekonać do drobinkowych odcieni, mimo, że podoba mi się jak wyglądają na innych dziewczynach), ale zawsze lepiej jeden niż żaden.

without thinking (i honestly love you mr skinner)

computers and blues the fifth and final album from the streets
zdjęcie z http://computersandblues.com

cos life moves pretty slow
if you don't even show up for the show you might never know

i'll go out without a blink
out without a blink
i'll go downtown without thinking and shout over a drink

i'll go out without a blink
out without a blink
i'll go downtown without thinking and shout over a drink

all the people in the place
all the people in the place

środa, 9 lutego 2011

zoya intimate collection 2011


Marley

Dove

Caitlin

Dannii

Jules

Gemma

zdjęcia z zoya.com

nie wiem jakim jestem typem urody, chyba jestem latem (ale ręki nie dam sobie uciąć), w chłodnych miesiącach jestem "porcelanowa" i "chłodna", mam ciemną oprawę oczu i ciemne włosy. latem natomiast.. i jesienią ;) włosy mi się rozjaśniają od słońca, mają kolor kasztanowy, opalam się na brązowo (oliwkowo? nie wiem), w każdym razie nie mam problemu ze słońcem. tzn wiadomo, że jak nie użyję jakiegoś porządnego kremu przeciwsłonecznego to się poparzę, ale nie jest mi trudno się opalić.
przydługawy wstęp miał na celu wprowadzenie w rozważania na temat nowej kolekcji.
podobają mi się te lakiery, nie wszystkie oczywiście, ale zastanawiam się czy na moich nieopalonych dłoniach będą wyglądać dobrze czy bardzo dobrze. a na opalonych? chyba nie najlepiej.. hmn.
moje typy to Jules, Caitlin i Dannii. Marley i Dove też są fajne, ale lakier z wibo w podobnym kolorze chyba mi wystarczy. najzwyczajniej nie używam takich kolorów.
chwilowo, niezupełnie stać mnie nawet na te 3. niemniej jednak, chciałabym.
westchnęłam.

i guess i'm just too late

coz it gets you in,
to places
and it gets you in,
to places

i wish i'd never been

wtorek, 8 lutego 2011

when the wind is blowing (try to stay sane)

powoli, spokojnie.
bo od tego wiatru można zwariować.
szczególnie, że śnieg się rozpuścił a minione chwile nie wrócą.
nie wrócą, więc uważaj co robisz. uważaj co myślisz, bo możesz
powiedzieć to na głos.
a wtedy

trouble's what's you're in

fink sprawdza się w rozmaitych sytuacjach. dawno go nie było.
inna sprawa, że dawno nie było w ogóle niczego.

niczego.

ale przebudzę się. mam nadzieję, że wcześniej niż później.

sleek make up

róż w kolorze flamingo, miejmy nadzieję, że się wydarzy.
nie mam wolnostojącego różu na co dzień. tylko w palecie.
a on jest chłodny i matowy. czego chcieć więcej ;)

w poszukiwaniu korektora/przygoda z kosmetykami mineralnymi

nie mam prawie żadnych doświadczeń z kosmetykami mineralnymi.
czas to zmienić.
zamówiłam kilka próbek korektorów z edm.
i pudełko z sitkiem. zawsze chciałam mieć takie pudełko.
słoiczek?
właśnie takie, z białym dekielkiem i coolowym napisem.

będę informować na bieżąco.

cetaphil md dermoprotektor

ha! no w końcu dotarł do mnie balsam do twarzy (i ciała)

bez parabenów,
bez środków drażniących,
bez środków zapachowych.


polecony przez dermatologa jakiś czas temu.
ma nadzieję, że skóra się nie przyzwyczai.

cena:
250ml, 40zł z przesyłką.
jest OK!

liczę na szybką poprawę mojego stanu skóry,
małą buteleczkę emulsji dostałam gratis.
rozważę ją po wypróbowaniu, jeszcze jej nie używałam.

mam ochotę na maseczkę rozpulchniającą, na oczyszczanie twarzy,
na algi... och, jaką mam ochotę.

ale nie. nie nie. muszę kupić zasilacz do komputera, dysk zewnętrzny,
później skopiować dane, zareklamować zepsuty zasilacz,
ewentualnie dosłać komputer, zapłacić za kuriera, opakowanie zastępcze..

no jakiś hardcore.

wieje wiatr.

niedziela, 6 lutego 2011

another morning black sunday

czasami próbuję przypomnieć sobie przeszłość.
i jakoś nie mogę. to było tak dawno temu.
tak cholernie dawno.

czy wszystko się zaciera? pozostają tylko wyblakłe emocje
i zadumanie nad tym jak to mogło być i dlaczego
i co się wtedy działo.
a może można napisać historię od nowa? w swojej głowie.

hitler w poszukiwaniu elektro

william był nieobecny, więc do domu wróciliśmy z johnnym.
chce mi się spać.

wymienianie się jest..

fajne :D czuje, że to może być moje nowe hobby. nie wiem jak Wy, ale ja mam mnóstwo rzeczy, które zostałyby bardziej docenione i wyeksploatowane przez kogoś innego. mam nadzieję na dużo pozytywnych doznań w związku z tym nowym zjawiskiem w moim życiu

zasilacz chuj strzelił

nie zawracam sobie zazwyczaj głowy takimi katastrofami, ale komputer jest mi niezbędny do napisania tej pieprzonej pracy i zamknięcia rozdziału mojego życia pt studia. doczekać się nie mogę. a tymczasem, jak nie skasowanie sobie całego dysku, to awaria zasilacza. tak mi się nie chce teraz tym zajmować. o jak mi się nie chce.

czwartek, 3 lutego 2011

prosperity (chiński nowy rok)

Ja jestem królikiem, więc..

Dla Królików rok 2011 to rok obfitujący w korzystne relacje uczuciowe. Dzięki obecności Hong Luan, uznawanej za najsilniejszą gwiazdę związków, sprawy sercowe Królików przedstawiają się kwitnąco. Istnieje prawdopodobieństwo, że wiele z nich w tym roku stanie na ślubnym kobiercu.

W roku 2011 urodzeni pod znakiem Królika zaznają miłości od wszystkich bliskich i kochanych osób. Jednakże muszą uważać w kwestii wyboru partnerów biznesowych. Zaleca się, aby dowiedzieli się, kto im tak naprawdę dobrze życzy. Króliki, które pracują na własną rękę lub jako wolni strzelcy zyskają naprawdę dużo w 2011 roku.
Szczęśliwa gwiazda Tai Yin pomoże Królikom w uzyskiwaniu pomocy, szczególnie ze strony kobiet. Zaleca się, aby Króliki były ostrożne w kwestiach finansowych pod koniec 2011 roku. Ponadto powinny też być świadome plotek na swój temat w połowie roku. Zaleca się, aby w ciągu roku nie podejmowały żadnych ryzykownych decyzji. Podsumowując rok 2011 będzie pełen rozrywki i aktywności społecznej dla ludzi urodzonych pod tym znakiem.

Kim jest zodiakalny Królik?

Osoby urodzone w latach Królika są uprzejme i wrażliwe. Delikatne, a jednak bardzo wytrzymałe. Do wszystkiego podchodzą ze spokojem i dystansem. Nie lubią pośpiechu i nadmiernego zamieszania.

Królik nie lubi ryzyka i niespodzianek. Pragnie żyć w bezpiecznym i miłym świecie. Ma pogodny charakter i sympatyczne usposobienie. Jest elegancki, subtelny i dobrze wychowany. W miarę możliwości unika osób nieprzyjemnych i agresywnych, dba o dobre samopoczucie wszystkich swoich bliskich i przyjaciół.

Królik jest systematyczny i pracowity, szybko zdobywa zaufanie i sympatię różnych ważnych osób. Nie jest jednak przesadnie ambitny, a kariera i zaszczyty nie są dla niego w życiu najważniejsze. Woli być na drugim miejscu i wcale nie chce ponosić odpowiedzialności za działania innych ludzi. Nie podejmuje się też trudnych spraw, do których nie jest odpowiednio przygotowany. Z wiekiem nabiera jednak pewności siebie i uczy się wykorzystywać wszystkie swoje talenty. Króliki są uzdolnione artystycznie. Dobrze sprawdzają się w zawodach, które związane są z medycyną, sztuką i architekturą.

W miłości szuka przede wszystkim zaufania i czułości. Nie lubi się zwierzać, chroni się przed zazdrośnikami i plotkarzami. Jego uczucia są szczere, choć czasem obawia się mówić wprost o tym, czego naprawdę potrzebuje.

Szczęśliwym kolorem królika jest kolor zielony.

Ciekawe..

środa, 2 lutego 2011

i have been blessed.

tyle radości, dobrych dni, łez szczęścia, spokoju, ciepłych słów, wsparcia, czułości, wiary w możliwości, wszechobecnego Piękna, czystego Dobra. tyle ich było w moim życiu, to niesamowite.

wtorek, 1 lutego 2011

po trudnej nocy przychodzi (trudny) dzień

mam atak azs. mam ochotę wydrapać sobie skórę z pleców. ciekawe jest to, że mimo, że wiem co mnie czeka i wiem co powinnam robić i że trzeba przeczekać, gorsze dni zawsze są tak samo uciążliwe i odkrywam moją dolegliwość na nowo.

również coś z oskrzelami mi nie działa.
dzisiaj chyba nie pójdę biegać. hmn.

a luty (i marzec?) jest miesiącem nie nabywania nowych towarów. nowa kolekcja ecco zaraz wejdzie do sklepów, mam ochotę na jeden model..







zdjęcia z http://www.ecco.com/pl/pl/

odzyskiwanie danych, kasza gryczana i weekend poza miastem

utracone (w wyniku własnej głupoty) dane odzyskałam dzięki programowi TestDisk
nadal szukam pracy magisterskiej pośród plików, ale jestem dobrej myśli. tak czy siak, w lipcu będzie już po wszystkim. wystarczy ją tylko napisać i obronić.
próbowałam wielu programów, wersji scrackowanych i innych pirackich full wersji z dodatkami. NIC mi nie pomogło, tylko ten niepozorny program. genialny. i super.

komputer personalizuję powoli, bardzo powoli.

nigdy nie lubiłam kaszy, ale tym razem może polubię. jest całkiem smaczna. oczywiście jest od cholery rodzajów, ale zaczęłam od gryczanej. zatopiona w sosie pomidorowym mniam. ja w ogóle uwielbiam pomidory. mam obsesję na punkcie smaku pomidorowego.

weekend poza miastem zbliża się. nie mamy śpiwora, ja mam jakiś problem z pęcherzem i zatokami jak zwykle i wiele jest czynników przeciw, ale nie odpuszczę. nie mam w trójmieście żadnych znajomych, z nikim się nie spotykam i do nikogo nie mówię więcej niż poproszę 2 kg ziemniaków (czujecie klimat). znajomi znajomych znajomego są dobrą okazją do kontaktu z ludźmi. jacykolwiek by oni nie byli. nie mam jakiegoś ciśnienia, ale to dlaczego nie mam ciśnienia na ludzi, to jest już totalnie inna sprawa. dużo można powiedzieć na ten temat, może kiedyś zastanowię się nad powodem i jakoś to naświetlę.

próbuję sobie przypomnieć nazwę filmu, w którym chłopak zatrzymujący czas pracował w supermarkecie. tzn film był o miłości itd, ale tytuł ani reżyser mi się nie nasuwają, jak to zwykle bywa.

układamy puzzle, czytamy mordiego (słodkiego cukiereczka), robimy pompki, przysiady i wyciskamy 4kg na klatę ;)))))))))))

jesteśmy najlepsi.

nie mogę znaleźć moich szachów, pewnie zaginęły w jednym z miliona pudeł rozrzuconych po całym kraju. nie wiem. a kiedyś przecież byłam dobra w te klocki. może kupię sobie nowe. takie o, treningowe.

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...