piątek, 27 czerwca 2014

jutro spotkanie blogerek w gdańsku

cześć Dziewczyny, jestem w Gdyni, dziś zamierzam dotrzeć do Sopotu. Jutro mój ukochany Gdańsk, ok 15 będę w okolicy Galerii Bałtyckiej. Umówiłam się z kilkoma koleżankami po fachu, może Wy też macie ochotę dołączyć? Dajcie znać! Jeśli wolicie Gdynię, piszcie śmiało. Tutaj stacjonuję ;P
Możecie mnie znaleźć na instagramie albo napisać na strilinga@gmail.com :)
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, mam nadzieję, że lato będzie nam służyć!
Buziaki ahoj, do zobaczenia!
Stri

niedziela, 22 czerwca 2014

chłodne złoto od color club

Właściwie nie planowałam malować paznokci na złoto, ale przeglądałam swoje lakiery i robiłam spis powszechny. Wyciągnęłam złotko z pudełka i nałożyłam na paznokcie. Wow. Ten lakier to takie chłodne złoto, bardzo metaliczne, nawet nie aż tak bardzo streaky. Nieco się smuży, ale da się osiągnąć taflę. Zwykle przy pomocy top coatu. Ja zawsze używam, więc jest spoko.

Dzień dobry, dziś swatche :) Zapraszam serdecznie!


Dawno już nie kupowałam Color Clubów, głównie dlatego, że nie ma ich w TKMaxxie. Przeważnie spotykam OPIki albo lakiery Butter London. Oh well, mam bardzo dużo lakierów tej firmy to get back to. Jeśli chodzi o jakość, jest fantastyczna biorąc pod uwagę cenę, jaką musimy zapłacić - ok 5 zł/sztukę. Wysychanie jest niesamowicie szybkie, nawet nie zauważyłam kiedy lakier przestał się kleić. Top nałożyłam, żeby ujednolicić kolor. Trwałość to pewnie kilka dni, nie testuję lakierów bez baz i preparatów nawierzchniowych, więc się nie wypowiem. Pędzel jest normalny, nie za długi, nie za wąski. Polecam dwie cieńsze warstwy zamiast jednej grubszej.



Jestem bardzo zadowolona z linii CC dla TkMaxxa, mam kilkadziesiąt buteleczek i jestem zawsze ciekawa czy uda mi się znaleźć na zakupach zestawu, którego nie mam. Nie wszystkie przypadły mi do gustu przez lata, ale większość kupiłam.



Jest niedziela, ugotowałam dziś żurek i zrobiłam pranie. Szkoda, że jest raczej chłodno, bo nic nie schnie. Pomaluję paznokcie, one powinny wyschnąć. Żarty, żarciki..

Życzę Wam spokojnego wieczoru, wczoraj byłam na koncercie, a nawet dwóch. Mela Koteluk i Waglewski, Fisz, Emade to jedyna część festiwalu FrytkaOFF, którą udało mi się zobaczyć. Meli nie znałam, właśnie się zagłębiam w Jej twórczość, ale już widzę, że na żywo jest o wiele lepiej niż w studio. Może to tylko moje zdanie. Pogodzę się z tym jeśli tak jest, a przecież jeszcze mogę się przyzwyczaić. Waglewski jak zwykle był niesamowity, Fisz wyprzystojniał. Pamiętam moje młodzieńcze fantazje sprzed dziesięciu lat. On wyglądał inaczej i miał taki głos.. inny od tego wczoraj. Pozmieniało się. Na lepsze albo po prostu na inne. Time does that to you.

Gdybym napisała posta na temat ulubieńców czerwca, nie mogłabym nie wspomnieć o wczorajszych wydarzeniach muzycznych.

Spokojnego popołudnia Wam życzę,
dbajcie o siebie i zróbcie sobie jakąś przyjemność

Przytulam Was mocno,
Stri

sobota, 21 czerwca 2014

elf complexion perfection | puder neutralizujący

Cześć Dziewczyny,

Sto lat temu kupiłam puder ELF Complexion Perfection. Nawet jeszcze mam gdzieś prawie puste opakowanie, bo używam wielu rzeczy jednocześnie. Oh well, po prostu tak mam. Obiecałam Wam recenzję, więc jestem.


Zacznę od tego, że moda na ELF trochę przeminęła. Mam wrażenie, ale może to tylko wrażenie, że już się nie robi zakupów na Cherryculture, że ELF jest lepiej dostępny i nadal tani, ale już trochę droższy. Pamiętam jak oglądałam Iwetto na YT (nadal tęsknię) i myślałam sobie tak, kiedyś coś zamówię. W końcu nigdy nie zamówiłam, ale Complexion Perfection kupiłam za około 20 zł online.

Rozmiar opakowania, które do mnie przyszło nieco mnie zaskoczyło. Wiedziałam, że będzie bardziej pękate niż smukłe, ale nadal w kategorii płaskich. Wiedziałam, że będzie większe niż "standardowe", ale wydało mi się jeszcze większe. Byłam przygotowana na to, że może otwierać się w torebce i lepiej używać w domu lub nosić w kosmetyczce ciasnej i kompaktowej. Jakość plastiku jest jak najbardziej w porządku. Wnętrze się brudzi, bo puder pyli/opada na czarne brzegi. Można przetrzeć chusteczką lub nauczyć się z tym żyć. Lusterko jest mocną stroną produktu - jest duże i przejrzyste, spokojnie da się w nim pomalować i pooglądać/przeglądać.

Kolory są cztery, mają dosyć widoczną pigmentację, ale na skórze łączą się bardziej w warstwę krycia niż warstwę koloru. Neutralizują, dodają tego something special, więc jak najbardziej nie omijałam go nawet jeśli używałam podkładu, a często używałam go solo. Jest wydajny i to nie tylko zasługa mojego stylu zużywania. Po prostu jedno dotknięcie skóry pędzlem gwarantuje pokrycie jej pudrem. Trwałość produktu na twarzy w moim przypadku jest zależna od miejsca nałożenia - strefa T to około 3 godziny, reszta twarzy to nawet 8 godzin, później tłuszcz migruje i przejmuje kontrolę nad naskórkiem.

Nie ma zapachu ani smaku (puder bambusowy z BU ma).


Jak wygląda, każdy widzi. Tutaj po pierwszym użyciu, więc można wnioskować, że jest miękki, skoro pędzel zrobił tyle wgnieceń. Owszem, właśnie tak jest. Miękki, trochę się wzbija w powietrze, ale dzięki temu ładnie się stapia. Byłam z niego zadowolona, to jest po prostu dobry puder . Gdybym kiedyś musiała kupić awaryjnie puder prasowany, to byłby mój wybór (również ze względu na lusterko). Mimo wszystko.

Nie miałam problemów z cerą podczas używania Complexion Perfection. Dobrze się układał na filtrach (wtedy delikatnie go układałam na skórze nie pocierając), na podkładach, na kremach tonujących. Właściwie nie było z nim problemów. Nie widziałam różnicy pomiędzy używaniem na bardzo jasnych podkładach i na tych ciemniejszych. On jest jasny, ale się stapia, więc nawet jeśli jesteście w kolorze ciemniejszym, można nim rozświetlić centralną część twarzy rano, a w porze lunchu już mieć normalny kolor ;)

Lubiłam go jeszcze spryskiwać jakimś setting spray albo chociaż wodą termalną lub winogronową Caudalie. Nabierał jeszcze więcej miękkości. Nie mylcie proszę miękkości ze świeceniem się, moja niesforna strefa T była z niego zadowolona. Nie przesuszał, nie uczulił, nie zanieczyszczał porów. Bardzo pozytywnie.

Wracając do opakowania i projektu w ogóle. Często jest tak, że dotarcie do denka i obserwowanie jak jego powierzchnia się powiększa, wiąże się z rozwaleniem się resztek produktu na bardzo małe kawałeczki. Zwłaszcza jeśli jest mięciutki. Nie tutaj. Tutaj do ostatnich milimetrów brzegu puder się nie rozpadł. Bardzo duża zaleta, moim skromnym zdaniem.

Czy coś pominęłam? W razie pytań, dajcie znać w komentarzach. Udanej soboty :)
Dziś moja Przyjaciółka wychodzi za mąż, tyle emocji. Wszystkiego najlepszego Pul! :*

Buziaki ahoj,
Stri

piątek, 20 czerwca 2014

may empties | denko #1 2014

Hej hej hello!

Ostatnie denko opublikowałam we wrześniu zeszłego roku. Dlaczego? Nie wiem. Tak wyszło, trzeba się z tym pogodzić i iść dalej. Dzisiaj opowiem Wam co ostatnio wyciągnęłam z "kosza". Już nawet kosz na śmieci zamienił się w kosz na puste opakowania. Czy to jest normalne? Nie odpowiadaj.



ISANA krem do depilacji to taka moja fanaberia. Przeważnie używam depilatora lub męskiej maszynki jednorazowej lub po prostu mam włosy na nogach (zaskakujące), ale czasami podkusi mnie i kupuję krem do depilacji. Próbowałam już chyba wszystkich, zawsze mając nadzieję, że włosy wolniej odrosną/skóra nie będzie podrażniona przy odrastaniu/wydarzy się cud i wyłysieję wszędzie oprócz głowy, rzęs i brwi albo jeszcze coś innego w klimacie absurdu. Kremy miałam różne, wszystkie działają tak samo, więc teraz wybieram już tylko najtańszy. Przeważnie Isana właśnie taka i jest i to ją wybieram.
Używanie jest dziecinnie proste - nakładamy i czekamy.. i tutaj jest pies pogrzebany, razem z budą. Fajnie, że można sobie tym produktem odświeżyć różne okolice (np pachy, zwłaszcza jeśli nie ma się otyłych plaskich pach tak jak ja i Wasze szczupłe są trudno dostępne), ale czas konieczny na taką akcję depilację to chyba od 10 do 20 minut. Masakra. Kto ma 20 minut, żeby chodzić z podniesionymi do góry rękami? Bez sensu. Tanio, ale przy mocnych włosach to się mija z celem.

LACTACYD emulsja do higieny intymnej wróciła do łask, bo jakoś tak wyszło. Została, kupiłam już drugie opakowanie. Wersja z pompką jest droższa, później można dokupić wersję bez pompki. Pompka się nie zacina ani nie psuje, jest dosyć solidna. Kosztuje ok 10 zł

ORIGINAL SOURCE żel pod prysznic kokosowy* (kupiłam kolejne dwa, bardzo mi się podoba) i płyn do kąpieli pomarańczowo-imbirowy* (nie kupiłam, bo nie ma, ale chyba zdecyduję się na któryś jesienią). Kosmetyki OS nie są drogie i nie wysuszają skóry. Opakowania pozwalają na komfortowe (z)używanie, a zapachów jest mnóstwo i nawet fani konserwatywnych kompozycji znajdą coś dla siebie). Produkt do kąpieli robi fajną pianę, ładnie pachnie i jest wydajny. Warto.

TAFT czarny lakier do włosów trochę mnie tym swoim skończeniem zaskoczył, ale okazało się, że mam w szafce z włosowymi zapasami jeszcze jedno opakowanie. Uff. Przyzywczaiłam się do niego i mam dziwną obawę przed spróbowaniem czegoś innego. Nie skleja włosów tak bardzo jak inne, ale podejrzewam, że może to również zależeć od właściwości włosów, fryzury i ilości nakładanego produktu.

PILOMAX szampony i odżywki* w miniaturowych opakowaniach były w normie, ale na jeden produkt zwróciłam szczególną uwagę. Zacznijmy od tego, że w #goodiebag były jedynie kosmetyki do włosów farbowanych. Dlaczego? Nie wiemy. Maska do włosów ciemnych poziom 2 regeneracja ułatwiła rozczesanie włosów kilka razy (na więcej testów zabrakło produktu) i kiedyś ją kupię.
Używałam kiedyś maski z serii WAX henna włosy ciemne i chyba nawet zużyłam 3 opakowania, ale później już nie wróciłam. Była spoko, ale jakaś taka bez rewelacji. W tej chwili maskuję się mleczną maską jakiejś nieznanej firmy, a włosy myję szamponem Khadi, ale o nim musi być osobno.

ISANA pianka do golenia fioletowa, do której wracam z każdą kolejną promocją. Muszę wypróbować jakiś ekskluzywny produkt do skóry wrażliwej i powiem Wam czy jest różnica, bo może I'm missing out? Mam już następną, może wrócę do brzoskwiniowej kiedyś?

FLOSLEK Dr Stopa płyn zmiękczający to cudotwórca, ale nie taki od razu. Bardzo lubię ten produkt, chociaż nie jest taki super wydajny kiedy używa się go naprawdę dużo i często. Nie chodzi nawet o to, że dużo kosztuje, bo chyba nie kosztuje sporo, ale jest upierdliwie dostępny. Mam kolejny, bo ostatnio kupiłam dwa w sklepie internetowym.

CLINIQUE High Impact Mascara jest sucha i dobra do layeringu. Odważyłam się i połączyłam 2 tusze do rzęs na tych samych rzęsach w jednym makijażu. Totalne #odkrycieroku, ale nie zawsze wychodzi wow, no i demakijaż trwa dłużej. Niekoniecznie chcę mieć aż tyle produktu zawsze na rzęsach, więc w celu delikatnego podkreślenia wybieram produkty w stylu tego tuszu. Można nim zrobić długie rzęsy, nawet pogrubione, ale nie trzeba. Da się wykonać nim bardzo delikatny makijaż typu #makeupnomakeup, ale taki naprawdę. Miniaturkę można było dostać w Sephorze w ramach akcji wymień tusz i sprzedawaj za allegro lub użyj sam i czuj się jak miliony monet.

ART DECO All In One Mascara* była bardziej mokra od Clinique i denerwowało mnie osypywanie się/rozpuszczanie/osadzanie się pod oczami. Jak to powiedzieć? Nie osypywała się w tym sensie, że z suchości aż się pokruszyła. Ten tusz po prostu nieco się rozpuszczał na dolnych powiekach. Nie za bardzo, inaczej byłabym pandą na całego, ale trochę się rozpuszczał. Myślę, że po ok 10 godzinach dopiero, ale jednak. W tym momencie nie mogę nie wspomnieć o moich łzawiącach od tygodni oczach. Alergia rządzi moim światem.

ISANA zmywacz do paznokci w kolorze zielonym. Nie wiem, która to może być butelka. Zużywam trochę tych zmywaczy, powinnam kupić aceton i mieć z głowy, ale ten zmywacz mi tak pasuje, że aż nie mam ochoty. Kosztuje 7 zł w cenie regularnej i 5 zł w promocji. Zawsze robię zapas #whatcanisay. Plus za inteligentnie wąski kanał wylewny. Jak można się domyślić, w zapasach jest jeszcze kilka butelek.

PŁYN MICELARNY z Biedronki leci jak woda ostatnio i nie wiem czy to przez moje ciągłe nakładanie makijażu na twarz i potrzebę zmycia go później czy też już używam zbyt dużo, żeby przestał być. To drugie byłoby trudne, bo mam w go pojemniku z atomizerem. Używam go do szybkiego mycia pędzli, polecam naprawdę.
Następcą może być Eveline jeśli się sprawdzi (dostałam go na spotkaniu i staram się nie nastawiać sceptycznie, ale nie kupiłabym go sama mimo opakowania pozornie zachęcającego), ale pewnie sięgnę po jeszcze jedną butelkę Caudalie. We'll see. Mogłabym też sprawdzić Garnierowy płyn.

BIODERMA antyperspirant zastąpił Vichy z zieloną nakrętką po chyba 15 latach i nie zamierzam wracać.

YVES ROCHER szampon, wersję do włosów suchych z odżywczym mleczkiem z owsa zużyłam już jakiś czas temu. Cóż mogę powiedzieć, te produkty bardzo mi odpowiadają. Chyba nikt nie jest zdziwiony. Z mojego kartonu z zapasami wyciągnę coś następnego, ale powiem Wam w tajemnicy, że mam ochotę się przełamać i po kilku latach wrócić do jakiegoś drogeryjnego szamponu. Tylko na jakiś czas, zobaczyć różnicę. Może możecie mi coś polecić? Dużo Dziewczyn chwaliło jakiś szampon Nivea i muszę się dowiedzieć które to produkty Garniera byłyby dobre dla mojego rodzaju włosów. Jestem bardzo podekscytowana.. Myślę, że to nastąpi latem. Nie kupuję szamponów tego typu już prawie 4 lata.

Skończył mi się również płyn do kąpieli Original Source o zapachu pomarańczy. Kiedyś będzie promocja i kupię sobie wersję macadamia/mango albo orange/liquorice. 500 ml za ok 10 zł - spoko, ale chwilowo zużywam jeszcze żele pod prysznic w roli płynu do kąpieli. Niestety niektóre wysuszają moją skórę za bardzo, ale niedługo się skończą i już ich nie będzie ;) Produkt robi fajną pianę, ładnie pachnie i jest wydajny. Warto.

Chwilowo tyle. Kolejna relacja wyciągania rzeczy z kosza w kolorze żółtym (jestem do niego bardzo przywiązana, mam go już prawie 20 lat. W zeszłym roku robiłam porządku i przez przypadek włożyłam go do worka na śmieci i wyrzuciłam do kontenera. Kilka godzin później się zorientowałam i poszłam przekopać śmietnik w poszukiwaniu mojego ulubionego kosza, znalazłam!:) wcześniej niż za kilka miesięcy.

Pozdrawiam Was gorąco, ahoj!
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

czwartek, 19 czerwca 2014

clinique all about eyes

Dzień dobry :) Dzisiaj będzie o kremie pod oczy. Mam nadzieję, że moja recenzja okaże się przydatna.


Miniaturę kupiłam w ramach Glossy Box, 2 albo 3 lata temu bodajże. 5 ml zużyłam już dawno, ale miło go wspominam, więc dzisiaj Wam o nim opowiem. Zwłaszcza, że zamierzam do niego kiedyś wrócić.

Zacznę od tego, że moja skóra pod oczami chyba nie wygląda na 25+ i  Mam trochę zasinienia, a moja budowa oka nie pomaga w ukrywaniu tej przypadłości.. Poza tym zrobiły mi się pierwsze zmarszczki. Jeszcze są nieśmiałe, ale niedługo na pewno zaistnieją bardziej.
Krem pod oczy to konieczność, inaczej czułabym ściągnięcie w okolicy "od początku do końca brwi i jeszcze dookoła". Mam problem z przesuszającą się skórą m.in. w tym miejscu, kremy pod oczy stosuję dwa razy dziennie od lat. Nie wyobrażam sobie żyć inaczej.

Szczegóły techniczne mojej 5 ml próbki: opakowanie to prosty plastikowy słoiczek, ładny i uroczy. W środku lekko brzoskwiniowy krem, pachnący owocowo (bardzo przyjemnie), konsystencją przypomina żelowy krem. Rozprowadza się bez problemu, wchłania się po chwili zostawiając skórę jędrną, nawilżoną i gotową do nałożenia makijażu.

Nigdy nie zdarzyło się, żeby mnie podrażnił albo zawiódł. Co właściwie ten produkt ma robić? Redukować opuchliznę, rozjaśniać cienie pod oczami i przygotowywać skórę do dalszych zabiegów z kategorii makijaż/pielęgnacja. Czy wywiązuje się ze swoich obietnic? Zaobserwowałam natychmiastową poprawę wyglądu mojej skóry. Obojętnie czy spadek kondycji wynikał z braku snu, opuchlizna była skutkiem płaczu albo spożywania alkoholu, ten krem poprawia wygląd mojej skóry. Dlatego go lubiłam. Wydajność na pewno może być dobra, ja go sobie nie żałowałam, bo było mi bardzo przyjemnie i lubiłam moment nakładania go na twarz (okolicę oczu). Wiem, że Clinique ma w swojej ofercie również roll-on, ale takich produktów jest dużo nawet na drogeryjnym rynku, więc raczej pozostanę. Byłam bardzo zadowolona z pielęgnacji skóry wokół oczu Yves Rocher, więc niewykluczone, że do nich też wrócę.

Czego Wy używacie? Jestem ciekawa. Ja w tej chwili używam Creme Riche z YR, jestem zadowolona, ale następnym razem wybiorę coś w tubce albo z pompką.

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę spokojnego wieczoru,

Stri

instagram | twitter | bloglovin'

poniedziałek, 16 czerwca 2014

lovely baltic sand haul | piaskownica

Dzień dobry :)


Jestem do tego stopnia nie na bieżąco, że nawet nie wiedziałam, że miały pojawić się nowe piaski z linii Baltic Sand. Lovely nie zawiodło mnie w kwestii piaskowej jeszcze chyba nigdy, więc i tym razem nie mogłam odpuścić. Co do niebieskości, byłam pewna, że będzie magiczna i taka jest. Ten blady mięto-błękit ma potencjał, ale na pierwszy rzut oka różni się konsystencją i każda mniej lub bardziej doświadczona fanka lakierów do paznokci pozna, że będą potrzebne 3 warstwy


Lovely Baltic Sand #9


Lovely Baltic Sand #7

Tutaj mały update na temat moich piaskowych poczynań. Uwielbienie do tego typu wykończenia nigdy się u mnie nie skończyło. Trwa już ponad rok, przez ten czas nabyłam kilkadziesiąt lakierów rozmaicie piaskowych. Nie pisałam o nich wszystkich na blogu, bo jakośtakwyszło, a poza tym dużo z Was pisało, że nie odnajdujecie się w takich paznokciach. Mnie podobają się ogromnie i mają jedną zaletę, która sprawia, że bezkarnie wracam do piasków wiele razy w miesiącu. Moje paznokcie się pod nimi "regenerują". Chyba czas na jakąś nail routine. Podejrzewam, że nie odbiega od Waszych, ale ja uwielbiam takie posty, więc chętnie taki stworzę.

Macie swoje ulubione piaski? Używacie ich jeszcze, czy raczej ten trend Wam się już znudził? Ja nadal nie wypróbowałam piasków wielu firm, ale może kiedyś będzie mi dane ;)

Życzę Wam udanego tygodnia,
do zobaczenia!

Stri

instagram | twitter | bloglovin'

piątek, 13 czerwca 2014

balea aqua serum | nowy element pielęgnacji


Dzień dobry,

Moja Mama pojechała jakiś czas temu do krainy deemów, więc poprosiłam ją o kilka rzeczy. Wróciła z serum dla mnie i kremem do rąk dla siebie. Zawsze coś :) Nie słyszałam o tym serum niesamowitych rzeczy, ale chciałam wypróbować i w końcu mam. Pielęgnacja Balea jest tania, ma swoje perełki, ale trzeba się nieco zagłębić. Produktów jest dużo, linii pielęgnacyjnych również. Oprócz serum miałam okazję wypróbować peelingi, żele, szampony, odżywki i lakier do włosów. I kremy do rąk.

Wszystko jest dość przyjemne, ale niekoniecznie super skuteczne. Zawsze tanie, to na pewno duża zaleta.

W tym produkcie na pewno podoba mi się opakowanie air-less, fajna pompka, przyjemny design etykiety i lekka konsystencja. Nie jest klejąca, szybko się wchłania, ale nie ściąga skóry. Pierwsze testy pokazały brak alergii na skład i potencjalnie przyjemny mały nawilżacz.

Co będzie dalej, okaże się :)

Miałyście okazję? Jakie są Wasze skarby z deemu? Mnie przypadł do gustu mocznikowy krem do rąk, którym poczęstował mnie kiedyś Jeż. Kupiła go też moja Mama (inspirując się moją wishlistą jak sądzę), jest zadowolona.

Buziaki ahoj, życzę Wam udanego weekendu. Ja odpoczywać nie będę, ale może ktoś odpocznie za mnie? ;)

Stri

instagram | twitter | bloglovin'

środa, 11 czerwca 2014

księżniczka achaja

Wczoraj w Częstochowie na placu Biegańskiego miało być kilka koncertów, umówiłam się z Przyjaciółmi, że pójdziemy. Oni się trochę późno zebrali, ja zebrałam się jeszcze później. Już nawet nie planowałam zdążyć na wydarzenie, ale na piwo zawsze można pójść. Miałam iść na autobus, ale odjechał. Miałam iść inną drogą, ale poszłam tą. Nie mogłam zignorować miauczenia, które było słychać zza krzaków. To było takie miauczenie rozpaczliwe i nawołujące. Wszystkie koty uliczne żyjące na moim osiedlu są władcami osiedla. Są silne, dobrze zbudowane, biją się o terytorium, polują. To małe wychudzone stworzenie po prostu się do mnie przykleiło, a jak już się położyło na plecach i ocierało - wymiękłam. Sprawdziłam uszy, obejrzałam ranną łapkę, pogłaskałam, pomiziałam, wzięłam ze sobą do domu.

Shiro był zaskoczony, ale jest nadzieja, że się dogadają. Dzisiaj zabrałam małą do weterynarza. Ma około 5 miesięcy, dostała pierwsze kompleksowe szczepienie, została zbadana, zważona (2,3kg) i obejrzana dokładnie ze wszystkich stron. Przed nami akcja odrobaczanie i nawiązywanie relacji z Shiro. Ona jest młoda i trochę ostra, ostatnią rzeczą jaką chcę zrobić to skrzywdzić mojego Bombura, ale nie mogłam Jej tak zostawić i nie zaniosę Jej do schroniska ani "domu przejściowego". Wątpię, żeby ktoś Ją chciał adoptować, zwłaszcza, że nie jest wysterylizowana (jeszcze). Jeśli się dogadają, a wszystko wskazuje na to, że tak (nie minęło nawet jeszcze 24h odkąd się pierwszy raz spotkali), Achaja zostanie. Właściwie już jest częścią rodziny, ale najważniejsze jest, żeby się do siebie przyzwyczaiły i żeby żadne nie było zastraszone.

Dziękuję za wszystkie pomocne komentarze na instagramie i jednocześnie proszę o więcej. Każda rada jest cenna, zwłaszcza dla takiego laika jak ja (Shiro był już dorosłym kotem kiedy do mnie trafił). Podzielcie się swoimi historiami, jak wprowadzaliście drugiego kota do swojego stada? Jak wygląda opieka nad kotką? Co ze sterylizacją, jak wygląda rekonwalescencja? Tyle pytań!

Pierwsze najważniejsze to jaką karmę wybrać. Biorąc pod uwagę, że za 2-3 miesiące powinna przejść zabieg sterylizacji i wtedy zmieni karmę na właściwą dla kotów wysterylizowanych oraz zwracając uwagę na fakt, iż Achaja w ogóle nie chce pić wody (od wczoraj je Whiskas w saszetkach z braku laku, tylko to było w Żabce, no i mokre jedzenie pomaga w nawodnieniu i pomaga w przemyceniu tabletki na robaki). Rozważałam Royal Canin Kitten, bo Shiro jest na RC Urinary HD (problemy z układem moczowym), chociaż wiem, że mogłabym teraz wybrać coś tańszego. Poza tym na co mi 10 kg jedzenia dla juniorów, jeśli w perspektywie mamy sterylizację. Tyle pytań, tak mało odpowiedzi. Muszę coś ustalić.

Wczoraj spałam może 2 godziny, byłam tak przejęta całą sytuacją i tym, że Shiro się zarazi chorobą, że Ona na pewno jest niedożywiona i odwodniona i umrze do rana, że ma rozoraną łapkę i w ogóle. Od razu zadzwoniłam do weterynarza i się skonsultowałam, ale termin wizyty wyznaczył na 12h później i to 12h było dla mnie trudne. Dla nich chyba aż tak bardzo nie, ale dla mnie to był dramat. Ja się w ogóle nie znam na kotach, jedynie na swoim, a Shiro jest specyficzny i jest chory, więc trudno mi było porównywać.

Teraz Kiciunio śpi na krzesełku, a Ona mi na brzuchu "pomiędzy laptopem a mną". Jest taka mała i krucha, ale pewnie wyrośnie na dumną kocicę, która już teraz nie daje sobie w kaszę dmuchać.

Z technicznych informacji, dzisiaj brałam prysznic i Ona weszła za mną do łazienki, omiauczała mnie dając mi do zrozumienia co sądzi o tym, że zostawiłam Ją w pokoju i sobie poszłam, a następnie władowała się do kuwety, wysikała, zasypała i poszła. Sukces? I think so :) Instynkt. Nie wiem czy powinnam dokupić drugą kuwetę, trochę nie mam jej gdzie postawić, ale to akurat jest do ogarnięcia, najwyżej pozbędę się mebli.

Okay, to byłoby na tyle pisania o moich kotach. Teraz Wam je pokażę. Spały oba w różnych miejscach, ale jak włączyłam odkurzacz (Achaja chyba pierwszy raz miała styczność z odkurzaczem, no bo gdzie?), wydarzyło się to:


"o nie, odkurzacz, uciekajmy! nie ma gdzie! może tu? może tam! o nie, tylko nie wyjący potwór"

pozdrawiam Was serdecznie, pijcie dużo wody i trzymajcie się chłodno ;)
Stri


sobota, 7 czerwca 2014

świeci słońce haul | produkty przeciwsłoneczne do ciała

Cześć Dziewczyny,

Nadal jestem chora, czuję się kiepsko, ale zebrałam się w sobie i napisałam posta! Jedzenie mi się skończyło, ale nie mam mocy, żeby iść do sklepu. Będę musiała zjeść węglowodany ups ;P


Używanie filtrów jest sprawą bardzo subiektywną, więc zamiast Wam doradzać powiem tylko, że w tym roku wybrałam filtr do ciała SPF 50 z linii Vichy Capital Soleil o pojemności 300 ml, a balsam po opalaniu 100 ml dostałam gratis do zakupów. Zapłaciłam 55 zł, jestem pewna, że się sprawdzi, ale dam sobie jeszcze kilka tygodni na napisanie recenzji.

Poza tymi produktami będę zastanawiać się nad kupieniem pełnowymiarowych opakowań następujących kosmetyków przeciwsłonecznych: Uriage Bariesun Creme Minerale SPF 50+, SVR 50+ Ultra Max, Ziaja SPF 50+ tonujący krem do twarzy odcień naturalny, SVR Lysalpha Creme SPF 50 dla skóry mieszanej/tłustej. Dostałam kilka próbek, zawsze warto wypróbować.

W tej chwili na twarz nakładam SVR Rubialine SPF 50, który zaraz dobiegnie końca. Ziaja przeciwzmarszczkowa dobrze się zapowiada, dam Wam znać. Muszę się zdecydować czy podchodzić do swojej skóry na twarzy jak do obszaru naczynkowego (Rubialine koi i zdecydowanie daje ochronę przed słońcem) czy też jak do obszaru zanieczyszczającego się i tym samym wymagającego czegoś do skóry problematycznej (uwielbiałam Uriage Hyseac). 2 lata temu używałam Antheliosa AC SPF 30 (mleczka matującego) i wprowadziłam z powrotem do użycia sztyft z tej samej linii. Sztyft mam w domu at all times, zdecydowanie jest stałym elementem słonecznej pielęgnacji. Nie tylko dlatego, że mam znamiona, które muszę zabezpieczać, ale również z powodu jego kompaktowych rozmiarów.

Pozdrawiam serdecznie!
Stri


piątek, 6 czerwca 2014

naturalne pasty do zębów | vicco vajradanti i dabur red

Dzień dobry! Tęskniłam :)

W tym poście dowiecie się czego używam w zakresie higieny jamy ustnej, a także co pomogło mi pozbyć się (jak dotąd skutecznie) problemu aft/owrzodzeń błony śluzowej.

Pasta do higieny jamy ustnej to dobra nazwa dla produktów, o których Wam dzisiaj opowiem. Moim skromnym zdaniem to więcej niż pasty do zębów, u mnie zadziałały spektakularnie. Jednocześnie chcę podkreślić, że nie jestem lekarzem ani specjalistą w kwestii uzębienia, więc jakiekolwiek wątpliwości lub pytania przychodzą Wam do głowy - skonsultujcie je ze swoim stomatologiem.

 
VICCO Vajradanti wzmacnia zęby i dziąsła. Do mnie trafiła za pośrednictwem Taty, któregoś dnia wręczył mi ją i powiedział "spróbuj". Nie wiedziałam czego się spodziewać, ale już od jakiegoś czasu planowałam porzucenie drogeryjnych past na rzecz czegoś bardziej naturalnego (czyt. nie słodkiego). Słodkie pasty do zębów są okrutne, więc używałam słonych typu Parodontax, ale wiedziałam, że prędzej czy później znajdę dla siebie coś innego. To była kwestia czasu.

VICCO nie jest testowana na zwierzętach, produkuje się ją w Indiach. Cena zależy od sklepu. Helfy mają ją w sprzedaży za 25 zł/200 g. Przeciętna pasta drogeryjna to 100 g albo 125 g.. może nawet 75 g jeśli wybieramy coś bardziej "pro". Jednym słowem - cena jest bardzo normalna, a właściwie atrakcyjnie niska biorąc pod uwagę niesamowitą wydajność zarówno tej, jak i pasty Dabur Red, o której za chwilę.
Pasta wystarcza na wiele miesięcy, smakuje specyficznie ziołowo. Jest oczyszczająca,  ma w składzie 20 ziół, korę drzew itd..

INCI: Fine Chalk, Water, Sorbitol, Sodium Lauryl Sulphate, Gum Tragacanth, Extracts of Indian Licorice Root, Currant, Common Jujube, Rose Apple, Barleria Prinitis, Asian Holly Oak, Persian Walnut, Prickly Ash, Indian Almond, Bedda Nut, Bishop's Weed, Sarsaparilla, Catechu, Sappan Wood, Medlar, Cinnamon, Gum Arabic, Bengal Madder, Mayweed. Flavour, Sodium Saccharin, Methyl Hydroxy Benzoate Sodium.

Ma za zadanie wzmocnić zęby i dziąsła, usunąć osad, kamień nazębny i inne przebarwienia. Nie jest to jednak produkt wybielający. Wskazaniem do stosowania tej pasty są owrzodzenia jamy ustnej. Ja miałam ogromne problemy z aftami. OMG dramat! Czasami tygodniami nie mogłam normalnie jeść, mówić i żyć, bo robiły mi się nadżerki. Wydaje mi się, że na początku były one skutkiem np przygryzienia wnętrza jamy ustnej. To jeszcze dało się przeżyć, nie zdarzały się aż tak często. Później, tak około 15 roku życia częstotliwość wzrosła. Miewałam ich wiele jednocześnie, najwięcej chyba 11. Myślę, że to jest miejsce na mały disclaimer. Zawsze dbałam o higienę jamy ustnej, a nawet jeśli nie miałabym ochoty dbać to moje wizyty u stomatologa kontrolowała Mama. Bywałam u dentysty kilka razy w roku, nigdy nie miałam popsutego zęba, jedynie jakieś małe ubytki na stykach. Wydawało mi się, że może mam złą pastę albo szczoteczkę, a może płyn do płukania powinnam kupić mocniejszy. Ojej, tyle lat straconych. Nie mówiąc już o braku pewności siebie i różnych innych komplikacjach wynikających z faktu posiadania owrzodzeń błony śluzowej. To w ogóle brzmi obrzydliwie i na samą myśl robi mi się smutno. Oczywiście zdałam sobie w końcu sprawę, że to nie moja wina, a lekarz uznał, iż przyczyną prawdopodobnie jest stres, alergia lub niedobór żelaza/witaminy B12. Rozpoczęłam suplementację, badania krwi wyszły lepiej i nadal nic się nie zmieniało. Zrezygnowałam za to z płynów do płukania ust, również tych "stomatologicznie profesjonalnych", drogeryjne porzuciłam już przedtem. Oczywiście istnieją lekarstwa bez recepty i z receptą, ale nic nie powstrzymuje powstawania nadżerek.
Cóż, musiałam jakoś żyć.

Kiedy Tata powiedział mi o tej paście głównie wypowiadał się na temat niwelowania przykrego porannego oddechu. Zapach może wynikać z chorób wewnętrznych, niekoniecznie musi to być kwestia higieny jamy ustnej. Do tego dochodzi również dieta, przecież to też jest istotne. Nie narzekałam na swój poranny oddech, ale zdecydowanie lubię umyć zęby tuż po przebudzeniu. Tata stwierdził, że zauważył różnicę, więc myślałam, że może i ja ją zauważę. Wydawało mi się, że już po pierwszym użyciu czułam się inaczej, ale przekonałam siebie, że to siła perswazji. Postanowiłam obserwować. Tygodnie mijały, mój oddech nigdy nie był inny niż optymalny po zastosowaniu tego produktu. Fajnie.


Po kilku miesiącach doszłam do wniosku, że żadna afta nie powstała w mojej buzi. Sukces.
W międzyczasie zmieniłam pastę na DABUR RED. Ooo, to był odlot. Jest pieprzowa, ma w swoim składzie 13 aktywnych ajurwedyjskich ziół. Cytuję Helfy: "Pomaga zapobiegać bólom zębów, likwiduje nieświeży oddech, zabija szkodliwe bakterie. Zapewnia mocne zęby i zdrowe dziąsła. Imbir zawarty w paście działa antyseptycznie i przeciwzapalnie, pieprz odświeża oddech, działa antyseptycznie. Cynamon działa przeciwbólowo, dodatkowo goździk zapobiega próchnicy, natomiast mięta działa przeciwgrzybicznie. Pasta jest w 100% wegetariańska."

INCI: Calcium carbonate, Sorbitol, Aqua, Hydrated silica, Sodium Lauryl Sulfate, Herbal Extrack: (Piper nigrum, Pipper longum, Tooth ache tree), Ginger, Red ochre, Xanthan gum, Sodium silicate, Sodium benzoate, Methyl paraben, Sodium sacharin, Propyl paraben, Eugenol.

Używałam jej przez kolejne kilka miesięcy, skończyła się w zeszłym tygodniu i wróciłam do Vicco, bo kupiłam 2 opakowania za pierwszym razem. Trochę mi teraz brakuje czerwonej, była ostrzejsza i bardziej dawała popalić. Potrzebowałam chwili, żeby się przyzwyczaić, ale teraz się nie mogę odzwyczaić. Nie twierdzę, że Vicco jest gorsza, ale na pewno jest delikatniejsza. Dla osób szukających mocnych wrażeń polecam od razu Dabur Red. Dla tych planujących przejście stopniowe - sięgnijcie po Vicco.

Szczegóły techniczne: 200 g Dabur Red kosztuje 22 zł / 200 g.

Dajcie znać czego Wy używacie? Może macie jakieś asy w rękawie. Zawsze lubię nowinki i skuteczne produkty. Poza pastą używam nici do zębów.

To chyba tyle z mojej strony w dniu dzisiejszym. Mam nadzieję, że wszystko u Was w porządku.
Buziaki ahoj!
Stri

środa, 4 czerwca 2014

how am i gonna be an optimist about this?


Porzuciłam zasadę 60 sekund, nie zrealizowałam kursu online, na który się zapisałam, nie zrobiłam porządku w szafie z kosmetykami i nie robię brzuszków. DLACZEGO?!

This ends now.


wtorek, 3 czerwca 2014

skincare tuesday #4 | caudalie grape water



Dzień dobry!

W poprzedniej odsłonie opowiadałam Wam o demakijażu, dzisiaj pora na bazę mojej pielęgnacji - wodę winogronową. Bardzo chciałam ją wypróbować na mojej kapryśnej skórze, która nie może się zdecydować czy jest bardziej płytko unaczyniona i trzeba ją koić, czy może się przetłuszcza i trzeba walczyć z niedoskonałościami, a może akurat ma nastrój na nawilżanie, bo w gruncie rzeczy jest sucha. Na początku roku (a może to było pod koniec?) nadarzyła się okazja - dermokonsultacje :) Uwielbiam to słowo.. zawsze sprawia, że nieco tracę kontrolę nad kartą kredytową, ale warto. Można spokojnie pogadać, zdermokonsultować się, załapać na jakiś zabieg i dostać pakiet próbek to przetestowania w zaciszu domowym.

Czuję, że trochę wyszłam z wprawy w pisaniu. Przejdźmy.

Woda winogronowa Caudalie. Zacznijmy od podstaw. 200 ml, aerozol z drobną mgiełką. Bardzo wydajny nawet jeśli używamy na ciało, a nie tylko na twarz. Koi skórę, nie przesuszając jej. Wiecie jak to jest z wodami termalnymi i produktami kojącymi - przeważnie zdrowa skóra nie zauważy różnicy. U mnie woda termalna (i teraz winogronowa) jest w użyciu średnio 2 razy dziennie. Dostaję różnych podejrzanych wysypek, pęka mi skóra, różne rzeczy mnie swędzą i pieką. Depilacja i golenie nie pomagają w utrzymaniu skóry w optymalnym stanie Przykrywanie skóry warstwą kremu nie zawsze jest najlepszym pomysłem, więc wodne produkty sprawdzają się w takich momentach doskonale. Zwłaszcza na twarzy, a już na pewno jeśli skóra jest zróżnicowana (jak moja). Zaletą grape water jest to, iż nie trzeba jej nadmiaru usuwać ze skóry chusteczką - można poczekać aż wyschnie.

Genialnie sprawdza się również przy makijażu - czy to do nakładania produktów na mokro, czy też scalania dzieła na sam koniec i niwelowania pudrowego wykończenia. Oczywiście niekoniecznie chcemy wypsikiwać sobie ekskluzywną magiczną wodę na pędzle, ale można. Zmierzam do tego, że jest wielofunkcyjna, naprawdę. Wielofunkcyjność czasem wyklucza wydajność, ale nie w tym wypadku. 200 ml wystarcza na kilka tygodni. Ja używam jej naprawdę często i nie ograniczam jej sobie, bo widzę pozytywny wpływ na moją podrażnioną skórę. Ostatnio podrażnia ją słońce, mimo prawidłowej aplikacji filtrów. Cóż, nie da się tego uniknąć.

Wróćmy do szczegółów technicznych. Woda ma konsystencję wody (zaskakujące), pachnie charakterystycznie dla serii, ale bardzo bardzo delikatnie. Zapach nie przeszkadza i nie zostaje na skórze ani w powietrzu.

Opakowanie zawsze wybierałam większe, nigdy nie zdecydowałam się na wersję do torebki. Oczywiście, że duża butla nie jest poręczna, ale z drugiej strony wolałabym nosić ją ze sobą i mieć coś kojącego niż cierpieć. Tak się złożyło, że wszystkie moje miniaturki to Vichy, Avene, LRP. Zrobię mały przegląd jeszcze za chwilę. Akurat mam je wszystkie, więc może zauważę wyraźne różnice. Nawet kupiłam sobie Uriage, bo tak wszyscy o niej mówią i dlatego, że kosztowała 12 zł. Uriage używałam w czasach wielkiej suszy, więc wiem, że jest dobra, ale długo już nie używałam, bo po prostu nagromadziłam zapasy innych (nie tylko ze swojej winy, często wody termalne są dodawane jako gratis do zakupów dermokosmetycznych - pewnie ze względu na uniwersalność).
W każdym razie pojemności są dwie, można wybrać.

Cena. Najwięcej zapłaciłam za Grape Water 45 zł.. najmniej chyba 33 zł. Myślę, że cena do 40 zł jest do przyjęcia jak na taki produkt. Zwłaszcza latem, zwłaszcza na podrażnienia. Bomba.

Podsumowując, jak widzicie u mnie się sprawdza, że hej. Na pewno nie u każdego efekt będzie spektakularny, istnieją skóry odporne, normalne i wytrzymałe. Moja skóra chroni mnie jak może, ale trzeba jej raczej pomagać, żeby było komfortowo.

Mam nadzieję, że moje spostrzeżenia okażą się przydatne. Jednocześnie serdecznie zachęcam do podzielenia się swoimi uwagami w komentarzach. Zawsze dowiaduję się od Was różnych ciekawych rzeczy. Dziękuję, buziaki, ahoj.

Stri

you should be honored by my lateness


dzisiaj jest zbyt wcześnie na cokolwiek innego

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...