wtorek, 26 sierpnia 2014

drogie wibo, dziękuję za udane limitki | candy shop

Hej Dziewczyny :)

Dzisiaj chciałabym napisać o czymś, co wybitnie mnie cieszy zawsze jak się wydarza. Wibo to firma, po którą sięgam właściwie jedynie w trakcie trwania limitowanych edycji lakierowych. Nie muszą one nawet być piaskowe, ale piaski wychodzą im całkiem nieźle i dosyć tanio. Polskie firmy wydają się być momentami zagubione i czasem nie podoba mi się, że nie nadążają za trendami (w tym pozytywnym sensie różnorodności, a nie oferowania tandety). Z drugiej strony niech każdy robi to, w czym czuje się dobrze. Na pewno ktoś to kupi.


Ta przyjemna pastelowa czwórka idealnie wpisuje się w trend #neonmattes, czyli matowych neonów. Do tego są to piaski, więc ja jestem w siódmym niebie. Poza tym candy shop dobrze mi się kojarzy. Tak, ta limitka już nie jest "nowa", ale świetnie obrazuje jak łatwo jest zrobić sensowną kolekcję lakierów do paznokci. Jasne, że niektórzy mogliby upomnieć się o więcej odcieni albo bardziej zróżnicowane kolory. Ja prawdopodobnie kupiłabym wszystkie (gdyby jakość okazała się sensowna), bo lubię piaski i faza na nie mi nie przeminęła. Lakiery są cztery, ale ważne, że są.

Konsystencja charakterystyczna dla bezdrobinkowych piasków, wysychanie szybkie i sprawne, trwałość całkiem niezła. Cena to kilka złotych, dostępność z każdym dniem coraz słabsza, o ile jeszcze w ogóle do zdobycia. Wykończenie nie jest chropowate w żadnym momencie użytkowania. Z brokatowymi piaskami przez kilka pierwszych godzin może być bardziej zauważalne, później wszystko się ściera i wygładza (używamy rąk w życiu.). Pędzelki tym razem były prosto ścięte. Nie są za długie ani za szerokie, czyli chyba takie jak preferuje ogół klientów. Lubię szerokie pędzelki, ale nigdy nie miałam problemów z innymi - mniejsza powierzchnia pędzla to większa kontrola. To chyba jest kwestia przyzwyczajenia.

Zastanawiam się czy kiedyś zdyskwalifikowałam coś ze względu na aplikator (w świecie lakierowym). Mini-OPIki mają trudne pędzelki jeśli rozmawiamy o piaskach. Cóż.. i tak dałam radę, bo kolory były cudne! Pewnie przyjdzie taki czas, że nie będzie mi się chciało "męczyć". Na szczęście mam tyle lakierów, że spokojnie mogę wybrać taki, na który mam ochotę. Proste? Proste ;)

To chyba tyle ode mnie, miałam ochotę pochwalić Firmę i ogłosić wszem i wobec, że cieszą mnie te produkty. Mam nadzieję, że Wibo będzie dalej wypuszczać nowości, a każda z nas będzie miała dużo radości i pożytku z zakupionych produktów :) Lubicie Wibo/Lovely?

Miłego dnia!
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

niedziela, 24 sierpnia 2014

lactacyd emulsja do higieny intymnej

Dzień dobry,

dzisiaj będzie o higienie intymnej. Krótko i na temat, nie ma się co rozpisywać ;) Do Lactacydu wróciłam po latach używania innych rzeczy i jestem z niego zadowolona, więc pomyślałam, że dam Wam znać.


Moja filozofia dotycząca płynów przeznaczonych do higieny intymnej jest następująca: używam zawsze, od lat. Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to psychiczne uzależnienie. Mam wrażenie, że moje problemy zdrowotne w tym rejonie nie zależą od produktu do pielęgnacji, ale jeśli nie mam pod ręką czegoś dedykowanego tej konkretnej części ciała, zaczynam sobie wyobrażać infekcje, choroby i dolegliwości, które nie są ani spolegliwe ani nie da się ich wyleczyć bez recepty. Nie wiem czemu tak mam, ale tak właśnie jest. Swoją drogą, obejrzyjcie to.

Przez jakiś czas używałam produktów Ziaja (dawno temu), byłam zadowolona z Pliva Fem B i F (u mnie były bardzo wydajne), a także kilku innych. Lactacyd lubię od dawna, ale częściej wybieram chusteczki do higieny intymnej z tej samej linii (niż emulsję).

Oprócz emulsji, Lactacyd występuje w formie chyba żelu albo czegoś jeszcze innego. Z tego co czytałam u innych dziewczyn - nie sprawdzają się te wynalazki i tylko oldschool'owa wersja daje radę. Proponuję nie eksperymentować. Możecie mi coś polecić? Jestem skłonna wypróbować coś pro.

Taki niezobowiązujący post niedzielny.
Pozdrawiam,
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

środa, 20 sierpnia 2014

wtorek, 19 sierpnia 2014

tv time with stri #6 | dreamworks, disney, klasyka kina podróżowanie w czasie z rachel mcadams i filmowe plany na sierpień

Dobry wieczór,
Czas na post, w którym piszę o tym, co oglądałam.

Zaprzestałam właściwie oglądania seriali kilka miesięcy temu, zamiast nich były przez jakiś czas mecze (jestem fanką piłki nożnej). Później były już tylko KOTY, a teraz powoli wracam. Poza tym było za gorąco na oglądanie czegokolwiek. Nie wiem jak Wam, ale mnie lato (jakże filmowe) kojarzy się z chłodnymi salami (krakowskich) kin. Teraz nie mam za bardzo wyboru, tutaj na mojej wsi z tramwajem jest tylko Cinema City i małe kino studyjne z ograniczonym repertuarem. Nie dissuję, po prostu zauważam. Chyba nigdy Wam nie mówiłam, ale rozważałam filmoznawstwo. Zaczęłam nawet przebywać z ludźmi z tych studiów, żeby poczuć klimat. Nie zapomnę jak oglądaliśmy razem Escape from Alcatraz na rzutniku u kolegi w mieszkaniu i była kupa śmiechu. To jeszcze było za czasów zawierania znajomości i wychodzenia z domu w celach towarzyskich, a nie tylko ściśle kulturalnych. Jestem introwertykiem, kiedyś Wam pokazywałam obrazek poglądowy.

Chciałabym obejrzeć różne rzeczy. Robiłam podejście do japońskiego kina kilka razy w ciągu ostatnich tygodni i jakoś nie mogłam. Może mam ochotę na Kusturicę..? Pomyślałam, że całkiem sensownym pomysłem będzie odkopanie mojej listy na filmweb.pl. Na liście znajdują się tytuły, których jeszcze nie widziałam i chcę zobaczyć lub widziałam i chcę obejrzeć ponownie.

Wybrałam pięć i przymierzam się do pierwszego seansu dzisiaj. Najpierw jednak opowiem Wam co udało mi się zobaczyć przez ostatnie kilka tygodni i czego mi się nie udało, bo to też jest ważne.


Grace of Monaco z Nicole Kidman, przepiękne kostiumy, nawet fajne zdjęcia. Muszę przeczytać coś na temat Grace Kelly (i obejrzeć), jestem ciekawa. Do kina wybrałyśmy się z Mamą, więc to też było super. Rzadko wychodzimy razem. W październiku chciałabym Ją zabrać do teatru. Trzymam kciuki, żeby się udało.


Rise of the Guardians to animowany film twórców Shreka i Madagaskaru. Jest tak samo dobrze zrobiony, ale inny. Ma własną osobną historię (żadnych ogrów i zwierząt z zoo), efekty specjalne i zakończenie przynoszące ukojenie w tym popieprzonym świecie. Polecam ludziom z dziećmi i bez. Nie mam pojęcia co dzieci oglądają, pewnie aplikacje na tablecie. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłam.


How to Train Your Dragon 2 przepłakałam prawie cały, totalnie wzruszająca historia przyjaźni, miłości i walki z przeciwnościami losu. Zacznijcie od jedynki, w przyszłości nastąpi trójka. Tylko jeśli lubicie DreamWorks, inaczej Wam się nie spodoba.


Suits, sezon czwarty. Wracam do tego serialu z przyjemnością odkąd pierwszy raz go obejrzałam. Mocną stroną produkcji jest muzyka.


Transcendence oceniłam na filozoficznej płaszczyźnie, film przedstawia ideę bardzo bliską mojemu sercu. Rozmawialiśmy o tej produkcji ze znajomymi przy piwie. Padły bardzo ostre komentarze pod względem samego scenariusza i zastanawiam się komu (oprócz mnie) ten film się spodoba. Dajcie znać, jestem ciekawa.

[#byłotakźleżenawetniemazdjęcia]

A Million Ways To Die In The West to taki absurd bez klasy. Jeśli miała to być szydera to nie wyszło. Jeśli miała to być szydera bez formy i klasy to nie wiem po co. Wymiękłam po 30 minutach, nie dało się.


The Other Woman to komedia o kobietach, której normalnie bym nie obejrzała, bo ja raczej nie oglądam zbyt często takiego kina. Tym razem mi się podobało i sama sobie jestem wdzięczna, że się zdecydowałam. Było dużo śmiechu i takich momentów #truestory. Nie będę sięgać do moich życiowych doświadczeń, ale powiem Wam tylko, że scenariusz nie jest totalnie od czapy.


Some Like It Hot to klasyk. Oglądaliście, prawda?


Saving Mr. Banks obejrzałam już dawno, ale nie pamiętam czy mówiłam Wam o tym filmie. Filmweb pisze tak: Oparta na prawdziwych wydarzeniach opowieść o powstawaniu "Mary Poppins" i burzliwych relacjach Walta Disneya z autorką P.L. Travers, które niemal doprowadziły do klęski tej produkcji. Faktycznie o tym jest ten film, choć nie wiem jak było naprawdę. Polecam przeczytać, ale obejrzeć też można :)


About Time. Jest coś w filmach o podróżowaniu w czasie, w których występuje Rachel
McAdams. Tylko tyle, aż tyle. Romantycznie, bardzo fajnie.

[gładkie przejście do filmów, które chcę zobaczyć]

1. The Lunchbox
2. Cracks
3. Et Maintenant On Va Ou
4. Rsasa taycheh
5. Only Lovers Left Alive

Widziałyście? Dajcie znać, tylko bez spoilerów ;)
Dziękuję, dobranoc ;P
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

how the sun sees you | ultraviolet camera

Dzień dobry, jestem trochę chora dzisiaj, ale może wyzdrowieję. Przewiało mnie wczoraj. Miałam to wrzucić w niedzielę, ale byłam bardzo zmęczona po weekendzie pełnym wrażeń ;P
Ekipę z ultrafioletową kamerą powinny wynająć koncerny produkujące ochronę przeciwsłoneczną, żeby jeździli po miastach, plażach, aptekach.. :)


Genialne w swojej prostocie. Im więcej osób zobaczy tym bardziej świadomą decyzję będzie mogło podjąć. Fajnie!

Miłego dnia, do zobaczenia później!
Stri

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

odkrycie sezonu wiosenno-letniego | declare switzerland bb cream spf 30 swatches


Hej Dziewczyny,

Declare w mojej głowie wzięło się chyba ze zmęczenia popularnymi markami, a z braku funduszy na produkty reklamowane na np brytyjskich kanałach YT. Tak, jestem podatna. Tak, chcę wypróbować. Wszystko, natychmiast. Niestety tak się nie da. Szukać na naszym krajowym podwórku jakoś wtedy nie miałam ochoty, więc w aptece zdecydowałam się na Declare. Firmy na blogach nie widywałam chyba nigdy, więc nie wiedziałam też w co się pakuję. Wiedziałam jednak, że będzie to coś innego niż do tej pory.

Byłam podekscytowana, jak to ja. Bardzo mnie kręcą takie sytuacje.

Wszystkie zachodnio-europejskie kremy BB mają jedną wspólną cechę - są tak naprawdę kremami tonującymi o różnym stopniu nasycenia pigmentem, niegdyś zbyt ciemnym (zmieniło się trochę w tej kwestii). Miękkość produktu jest wyższa w przypadku produktów dedykowanych suchej skórze, a dla cery trądzikowej zaprojektowano już nawet kosmetyki szybciej schnące i z matowym wykończeniem. To żadna nowość, wszyscy  wiemy jak jest. Kremów BB wypróbowałam około dwudziestu. To dużo, ale było warto. Zaspokoiłam ciekawość, a niektóre faktycznie zasługiwały na chwilę uwagi.

Declare to linia selektywnych kosmetyków zaprojektowanych specjalnie na potrzeby skóry wrażliwej. Moja skóra jest coraz starsza i mam zmarszczkę, która mnie postarza (podobnie jak moje siwe włosy), więc w tym roku na urodziny strzelę sobie coś pod tym kątem. Nie wiem jak będą się zmieniały potrzeby mojej skóry, ale wiem na pewno, że zawsze pozostanie płytko unaczyniona i wrażliwa; na czynniki zewnętrzne, na produkty do mycia i oczyszczania twarzy, na ściągające produkty w strefie policzków i na bogate konsystencje w strefie T.

Ten krem BB występuje w dobrze brzmiącej gamie Hydro Balance. Równowagi w strefie wodnej chyba nigdy za wiele, nawilżanie jest nieco oklepane, ale jakże potrzebne. Oczywiście proponuję nawilżać się wodą, a nie kremem. Po pierwsze jest taniej, a po drugie bardziej efektywnie (i efektownie).
Sam produkt jest wszechstronny i to bardzo dobra wiadomość pod warunkiem, że faktycznie taki jest, a nie tak wyobraża sobie go producent. Mogę Wam już zdradzić, że naprawdę jest wszechstronny i ja znalazłam w nim kolorowy krem idealny.

Przede wszystkim ma SPF 30, to jest zawsze dobry początek w takim kosmetyku. Być może zapytacie "Stri, ale czy nie lepszy byłby SPF 50?". Cóż, dla mnie niekoniecznie. Jeśli wystawiam twarz na słońce stosuję filtr (w tej chwili SVR Lysalpha SPF 50)  i niczym go już nie przykrywam, żeby go nie popsuć i nie zmniejszyć jego skuteczności. Reaplikuję i mam nadzieję, że letnie słońce nie wypali mi skóry. Jeśli decyduję się pokolorować twarz jakimś produktem do makijażu albo łączącym makijaż z pielęgnacją, trzydziestka will do.




Najmocniejszą stroną tego kremu jest chyba jednak jego kolor. Konsystencja jest równie świetna, ale ja obawiałam się, że będzie zbyt ciemny. Niepotrzebnie, bo delikatny brąz fantastycznie niweluje zaczerwienienia i nierówności, które towarzyszą mi przez 24h/dobę. Oczywiście nie zakryje wysypu grudek na czole, ale trochę zmniejsza widoczność. Zapewnia długotrwała nawilżenie, nie przetłuszcza mi strefy T (bo działa delikatnie odtłuszczająco), jest trwały i odporny na pot i deszcz.
W swoich produktach, Declare stosuje opracowany przez - jak sądzę - siebie, kompleks SRC. Jest to opatentowany miks składników - again, jak sądzę - który redukuje wrażliwość skóry. SRC to skrót od Sensivity Reducing Complex. SRC ma za zadanie zwiększać funkcje ochronne skóry. Moja skóra clearly nie umie się sama chronić, bo naczynko nie zostało schowane głęboko tylko czai się tuż pod skórą. Oprócz ochrony, SRC ma też łagodzić podrażnienia, które już istnieją i chronić komórki zapobiegając powstawaniu zmarszczek. Och, gdyby mogło być tak pięknie..

Ogromny plus dla Zespołu Declare za ekspresową odpowiedź mailową (kilkanaście minut) w sprawie INCI (profesjonalnie zgubiłam kartonik/zdjęcie INCI). Skład proszę bardzo:

INGREDIENTS: AQUA [WATER], PROPYLHEPTYL
CAPRYLATE, OCTOCRYLENE, ETHYLHEXYL,
METHOXYCINNAMATE, BUTYLENE GLYCOL,
METHYL GLUCOSE SESQUISTEARATE, STEARETH-21,
CETEARYL ALCOHOL, NYLON-12, BISETHYLHEXYLOXYPHENOL
METHOXYPHENYL TRIAZINE, ETHYLHEXYL TRIAZONE, SACCHARIDE
ISOMERATE, GLYCERYL STEARATE, SODIUM
POTASSIUM ALUMINUM SILICATE, PHENYL TRIMETHICONE,
ECTOIN, HYDROLYZED LINSEED
EXTRACT, LAUROYL LYSINE, DIMETHICONE,
RETINYL PALMITATE, HELIANTHUS ANNUUS
SEED OIL [HELIANTHUS ANNUUS (SUNFLOWER)
SEED OIL], GLYCERIN, GLUCOSE, CHONDRUS
CRISPUS EXTRACT [CHONDRUS CRISPUS
(CARRAGEENAN) EXTRACT], HYDROLYZED
LUPINE PROTEIN, SILICA, XANTHAN GUM,
LECITHIN, SODIUM LEVULINATE, LEVULINIC
ACID, ASCORBYL PALMITATE, BHT, TOCOPHEROL,
TOCOPHEROL, DISODIUM EDTA,
CAPRYLYL GLYCOL, ETHYLHEXYLGLYCERIN,
CITRIC ACID, PARFUM [FRAGRANCE], PHENOXYETHANOL,
SODIUM BENZOATE, SODIUM
DEHYDROACETATE, CI 77 891 [TITANIUM
DIOXIDE], CI 77 492 [IRON OXIDES], CI 77 499
[IRON OXIDES], CI 77 491 [IRON OXIDES] 7113

Cena widniejąca na stronie internetowej Declare to 108 zł. Ja kupiłam go nieco taniej. Pojemność to 50 ml, więc dosyć dużo. Wydajność rekompensuje wysoką cenę, zresztą sama skuteczność rekompensuje.
Ma delikatny zapach, nic drażniącego. Nie uczulił, nie zapchał mi porów. Spisywał się dzielnie i jak się skończy będę wspominać go z uśmiechem - aż tak się polubiliśmy :)

Dzień dobry, jest poniedziałek. Zaczynamy zabawę od początku!
Ahojka,
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

#justbreath



do pracy, do pracy.
dzień dobry

otwórz oczy, już rano.
stri

instagram | twitter | bloglovin'

niedziela, 17 sierpnia 2014

sos czosnkowy z ogórkiem kiszonym

Cześć Dziewczyny,

Opowiem Wam dzisiaj jak robię ogórkowy sos czosnkowy. Sprawdza się idealnie jako sos do mięs albo frytek albo jako dip do chipsów czy innych wynalazków. Jest prosty, szybki (można jeść od razu, choć najlepiej jest schłodzić) i tani.



Ja lubię sos czosnkowy typu siara, ale czasami lepiej pasuje coś mniej zobowiązującego. Ogórek kiszony to moje ulubione warzywo w wersji kwaśnej, więc połączenie czosnku i ogórków kiedyś musiało się wydarzyć.

Ja użyłam: kilku ząbków czosnku (im więcej tym lepiej sasasa), 3-4 ogórków kiszonych (najlepsze są małe, ale duże też są OK. Im więcej soku w ogórkach tym bardziej ciekły ostateczny produkt), koperku, pietruszki, jogurtu bałkańskiego, śmietany (wtedy to chyba była łyżeczka 12%, ale przecież 30% też może być;), majonez winiary, sól, pieprz i pewnie coś jeszcze o czym zapomniałam, ale teraz to już i tak za późno.

Zachęcam do eksperymentowania.

Co robimy? Jeśli mamy blender można wszystko od razu zblendować, ale nie trzeba aż tak upraszczać tej pięknej czynności, jaką jest przygotowanie sosu. Można zatem obrać i pokroić albo przecisnąć czosnek, pokroić ogórki w kosteczko-paseczki, posiekać koperek i pietruszkę, wyjąć bazę z lodówki i przystąpić. Jeśli lubicie śmietanę, a nie lubicie jogurtu bałkańskiego albo greckiego albo majonezu - dajcie to, co lubicie. Ja przeważnie w lodówce mam wszystko, więc dodaję trochę każdego elementu bazowego. Nie lubię sosu czosnkowego na samej śmietanie, wychodzi trochę za tłusty (moim zdaniem). Dla osób w ogóle unikających nabiału proponuję zamienniki albo najzwyczajniej w świecie wodę i olej/oliwę.

Najlepiej byłoby gdyby po wymieszaniu/zblendowaniu sos leżakował w lodówce kilka godzin, nawet całą noc. Ja uwielbiam, zawsze wyjadam łyżeczką, a później jestem czosnkowa #onomnomnom.

Smacznego!
Stri

these nights never seem to go to plan

Mnie na kaca pomagają Nestea Green Tea i jedzenie z McDonald's. Muzyka musi być soothing, tak jak tutaj. Koniecznie też krem łagodzący podrażnienia.


Trzymajcie się dzielnie,
zmęczona Stri

sobota, 16 sierpnia 2014

oragasm / don't be shy swatches | 60 seconds rita ora for rimmel

Dzień dobry,

Pamiętam takie czasy, kiedy w ramach moich muzycznych poranków wrzuciłam utwór Rity. To było 2 lata temu, ponad. Rozpoznanie nie było zbyt duże, bo Rita Ora wtedy była całkiem mała. Dopiero wydarzył się Jej pierwszy featuring i wszystko działo się powoli. W zeszłym roku przyspieszyło i teraz ludzie mający radio w pracy pewnie Ją znają. Na pewno znają Ją fanki Rimmelowych lakierów do paznokci i produktów do ust.


Rita Ora for Rimmel. Promocja -50% w Rossmannie poskutkowała pięcioma odcieniami, jak widać na zdjęciu. Po dwóch z lewej nie spodziewałam się łatwej obsługi. Biel podejrzewałam o dramatyczną konsystencję, a Oragasm i Don't Be Shy moim zdaniem nie powinny były sprawiać problemów. Nie miałam ich jeszcze wszystkich na paznokciach, ale dwa ostatnie owszem..


#niedoczyściłamskórek, ale poza tym kolory są bardzo fajne. Soczysta pomarańcza i elektryzujący róż. Dla mnie bomba, bardzo lubię takie odcienie i sprawiają mi dużo radości.
Pozostaje mi wypróbować trójkę i dać Wam znać co i jak. Wiem, że u niektórych te lakiery się sprawdziły, u innych nie. Jak to ze wszystkim - trzeba wypróbować na sobie. Kolory są dla mnie nietypowe, więc jestem ciekawa jak zareaguję mając biel na paznokciach.



Przekonamy się w następnym odcinku spotkań z rimmelem.
Udanego wieczoru, ja zaraz udaję się na taniec na rurze!
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

weekend w łodzi

Nie mogłam tego tutaj dzisiaj nie wrzucić. Weekend spędzę w Łodzi, na wieczorze panieńskim mojej Przyjaciółki. Jestem podekscytowana, mam nadzieję, że chwiejny stan zdrowia nie przeszkodzi mi w dobrej zabawie, a samopoczucie utrzyma się na co najmniej w miarę dobrym poziomie. Zacznijmy imprezę już teraz (bo czemu nie;P)

Macklemore daje radę, a biodra same zaczynają mi się ruszać, żeby nie powiedzieć kołysać, żeby nie powiedzieć jeszcze inaczej.


O 16 wyruszamy, muszę do tego czasu się ogarnąć, więc trzymajcie kciuki, żebym zdążyła ;P Wiecie same jak to jest szykować się na imprezę, a jeszcze w innym mieście i z noclegiem w nie swoim mieszkaniu. Ojej.

Udanej zabawy / produktywnego weekendu / pijcie wodę / wyśpijcie się za mnie w niedzielę.

Pozdrawiam,
imprezowaStri

ps. Nie sądzę, ale gdyby ktoś chciał się na mnie natknąć to będę w Czekoladzie.

piątek, 15 sierpnia 2014

bardzo czarny tusz do rzęs | art deco all in one mascara swatches



Miniaturę All in One Mascara dostałam w goodie bag rok temu, ale dopiero niedawno ją zużyłam. Wszystko byłoby OK - kolor świetny (bardzo czarny), konsystencja na początku mokra, później trochę zgęstniała (normalne), nie uczulała i nie robiła grudek, szczoteczka bez problemu docierała w kąciki oczu i rzęsy można było nią pokryć równomiernie. Niestety, trwałość ją dyskwalifikuje. Trochę mi smutno z tego powodu, ale nie jest fajnie mieć czarne plamy pod oczami. Dlaczego Art Deco, dlaczego?

Znalazłam swatche!


Jedna warstwa, można mocniej. Nie widać tego jak bardzo intensywna jest czerń, ale uwierzcie mi, że jest.

Polecam wypróbować coś innego.
Do następnego,
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

muzyczne poranki wracają

Od 3 dni obsesyjnie słucham i oglądam (dopiero poznałam ten utwór, chociaż obił mi się o uszy może gdzieś przedtem) Chandelier. Sia chyba dopiero teraz się upublicznia, chociaż nie pokazuje twarzy to wszyscy ją doskonale znają. Słusznie, dobry pop nie jest zły. Zawsze to powtarzałam, obojętnie jaka muzyka gościła w moim odtwarzaczu.



Obie wersje są fajne, ale nie można nie zatrzymać się i nie spojrzeć na choreografię. Chyba, że ktoś nie lubi tańca. Ja lubię.



udanego weekendu,
buziaki!

instagram | twitter | bloglovin'

czwartek, 14 sierpnia 2014

migdały i miód | cat's little corner


..albo odwrotnie ;) Miód i migdały. Dobrą kondycję moich ust sponsoruje Cat. Przymierzam się do posta zbiorowego na temat produktów do pielęgnacji ust. Planuję czystki w mojej "kolekcji", ale nie takie, że zostanie mi jedna pomadka pielęgnacyjna - bez przesady.

Wracając do migdałów - chciałabym zrobić mleczko migdałowe. W kwestii miodu - mam straszną ochotę na miód. Od kilku dni. Chyba w przyszłym tygodniu kupię chałkę mmm.... ;P Jeśli ktoś ma doświadczenie jak z migdałów zrobić mleko migdałowe - dajcie znać. Kupiłam ostatnio kokosowe, do curry, ale musiałam odwlec gotowanie do poniedziałku/wtorku.

Kasiu, dziękuję za wspaniałe prezenty. Minął już ponad rok, a ja nadal je podziwiam i używam ich z przyjemnością :)

Spokojnego wieczoru, dajcie radę.
Ja jeszcze tylko 3 godziny i do domuuu.

Buziaki ahoj!
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

naturalna pielęgnacja | bogate masło do ciała go cranberry

Hej Dziewczyny,

Mieszkamy z Angel w jednym mieście. Czasami się spotykamy i gadamy przy kawie albo koktajlu (owocowym) o różnych rzeczach, również o kosmetykach. Podczas jednej z takich rozmów przy okazji jednego z takich spotkań, temat zszedł na masła do ciała / polskie produkty NOVA Kosmetyki linii Go Cranberry. Ona powiedziała kilka słów, ja powiedziałam kilka słów i jakiś czas później otwierałam słoik z masłem w zaciszu swojego domu :)


Pierwsze było opakowanie-kartonik. Informacyjne bardzo, ale przede wszystkim podejrzanie niewielkie, tak samo jak sam słoik (plastik z metalową zakrętką). Jestem (śmy?) tak przyzwyczajeni do ściemowych opakowań, że zapominamy ile materiału marnuje się na pustą przestrzeń pod pokrywką albo napompowane dno. Tutaj miejsce wykorzystane jest do końca i totalnie, masło znajduje się tuż pod przykryciem.Ogromny plus dla firmy, że zwracają uwagę na tak istotny aspekt produktu jakim jest wpływ na środowisko naturalne.

Po opakowaniu przychodzi czas na samo masło. Bez konserwantów i alergenów (ale za to z zapachem tak mocnym, że ojej.. ale można się przyzwyczaić), zawiera składniki z certyfikatem ekologicznym (i pewnie to robi cenę), nie testowany na zwierzętach (bombowo).

W składzie znajdziemy olej żurawinowy, arganowy, migdałowy, masło mango, shea i arganowe, a także witaminę E. Konsystencja jest bardzo stała, gęsta, ociekająca tłuszczem i genialnie sprawdza się przy skórze atopowej. Jest cudnie naprawdę, gdyby nie mocny perfumowany zapach, byłoby idealnie.


Nie zdarza mi się kopiować słowa producentów często, ale tym razem to zrobię:
Naturalna Pielęgnacja - Bogate Masło Do Ciała przeznaczone jest dla każdego typu skóry. Produkt stanowi kompleks naturalnych maseł i olejów, których uzupełniające się działanie sprawia, że nawet najbardziej przesuszone partie skóry odzyskają aksamitną miękkość i gładkość. Olej żurawinowy działa przeciwstarzeniowo (zwalcza wolne rodniki) oraz łagodzi podrażnienia. Masła, Mango i Shea i arganowe, doskonale natłuszczają skórę, zmniejszając przy tym szorstkość i łuszczenie. Oleje, arganowy i ze słodkich migdałów, dostarczają skórze cennych składników odżywczych i poprawiają jej koloryt. Masło stosowane systematycznie pozostawia skórę doskonale nawilżoną i jedwabistą w dotyku w dotyku. Produkt polecany również jako ratunek dla skóry podrażnionej działaniem słońca. Można stosować miejscowo jako intensywny kompres dla przesuszonych, łuszczących się partii skóry.

Nie wklejam bezmyślnie obietnic producenta, bo przeważnie mają się one nijak do rzeczywistości. Tutaj jest inaczej. Zgadzam się, że używać masła mogą wszyscy, ale nie wszyscy będą chcieli go używać. Masło ma bardzo tłustą konsystencję. To nie jest produkt, który można nałożyć przed założeniem ubrania, zwłaszcza latem. Nawet jeśli jest się smukłym i ma się bardzo suchą skórę - trzeba odczekać. Inaczej wszystko spłynie. Stosując to masło - na noc - zaczęłam nawet spać w piżamie. Normalnie śpię nago, ale nie dało się, bo pościel się przyklejała i czułam się obezwładniona. Koszulka i długie spodnie robiły robotę. Przyklejała się do mnie tylko cienka warstwa piżamki, a rano byłam gładka i mięciutka. Ja przeważnie jestem mięciutka, bo mam nadmiar tłuszczu, ale tym razem byłam mięciutka na powierzchni, a nie wgłąb. Sukces!

Nakładałam na rany, na otarcia, na rozdrapania (nazwijmy rzeczy po imieniu). Oczywiście nie na świeże sączące się, ale na takie kilku/nasto-godzinne już tak. Było to ryzykowne z mojej strony, ale wiecie.. jeśli polewacie się wrzątkiem tylko po to, żeby przez chwilę nie czuć swędzenia to już nie jest dobrze. Wtedy spróbujecie czegokolwiek.Jeżu, trochę Ci zostawiłam :)


Poniżej screen ze sklepu internetowego, taka miła dla oka grafika, żeby lepiej zapamiętać co tam w składzie piszczy. Zainteresowanym polecam poczekać na promocję (zawsze lepiej jak jest taniej).
Chciałabym wypróbować serum nawilżające do twarzy i cukrowy peeling do ciała (solne peelingi w moim przypadku to złooo), może kiedyś :)


Mam nadzieję, że u Was OK. Ja mam problemy ze zdrowiem, na tak wielu płaszczyznach, że mam ochotę się poddać, ale się nie poddaję. Trzeba walczyć. Trochę schudłam i mam ochotę na jesień, ale ani jedno ani drugie niczego właściwie nie zmienia.Czytam książki. Tylko tak chciałam Wam powiedzieć.
Ściskam Was mocno, ale nie za mocno, bo nie mam siły ;P

Buziaki ahoj!
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

*

piątek, 8 sierpnia 2014

life update | guenhwyvar, komary, słońce, literatura erotyczna niskich lotów, sukienki i zabiegi chirurgiczne

Cześć Dziewczyny,

Ten post mógłby mieć tytuł "lato w pełni", bo lato jest w pełni, a wcześnie rano czuć zbliżającą się jesień. Mam ochotę przeczytać Mary Poppins albo jeszcze lepiej - obejrzeć. To jest film mojego dzieciństwa #faktomnie

Nie macie pojęcia jak bardzo chciałam usiąść i napisać. Oczywiście komputer nadal nie działa {#problemyblogerów), ale nie zniechęcam się. Guenhwyvar właśnie poluje na moje palce (#małyazazel). Na instagramie przekazałam Wam informację, że Mała zostaje w stadzie i że nie dało się inaczej. Radzimy sobie dobrze, Achajka miała wczoraj sterylizację i dopiero się wybudza. O zabiegu i rekonwalescencji mogłoby być osobno gdyby ktoś sobie życzył. Dotychczasowe zmagania z powrotem do zdrowia mogę podsumować w ten sposób - wczoraj miałam bardzo trudne chwile, bo narkoza zaczęła puszczać po kilkunastu godzinach od zabiegu. Dzisiaj jest na tyle dobrze, że mogę skoncentrować się na robieniu prania (chyba już piąte..) i włączyłam komputer. Pranie robię również dlatego, że Achaja zasikiwała wczoraj kolejne ręczniki, prześcieradła, koce itd.. a ja tylko zmieniałam Jej podkładki i próbowałam Ją ogrzewać.

Okay, tyle o zabiegu. Trzymam za nas kciuki, bo niektóre osoby już się zainteresowały plasterkiem (Pan Weterynarz nie praktykuje ubranek ani kołnierzy, a ja nie kombinuję, bo jestem z Nią dzisiaj w domu i śledzę każdy Jej ruch, ale jeśli okaże się potrzebne to coś wymyślimy). Spałam dwie godziny, może dwie i pół. Nie te lata już powiem Wam, ale teraz już doszłam do siebie (piję szóstą herbatę).

Może kilka słów o Guen i skąd takie imię. Jeśli nic Wam nie mówi Forgotten Realms ani imię Drizzt Do'Urden wyjaśnię krótko, że jest to imię "z książki" i jest wariacją imienia Ginewra. Czemu wybrałam takie imię dla kotki? Książkowa Guenhwyvar to pantera, ogromna czarna prawie 300-kilogramowa pantera. Nie będę Wam spoilerować, bo jeśli ktoś nie jest totalnie zamknięty na fantastykę.. może akurat przeczyta? :) Kilka Dziewczyn pytało jak wymawia się to imię, ja sama podczas pierwszego czytania dawno temu, musiałam zrobić mały research. Powszechne odczucie jest chyba takie, że można wymawiać na różne sposoby. Dla mnie zawsze najbardziej intuicyjne było [guenwiwar] i tak też do Małego Kłębusia mówię, ale Kłębuś oczywiście reaguje jedynie na odgłos pudełka z jedzeniem ;P

Wygląda na to, że stado ucina sobie drzemkę. Ja też powinnam, ale jakoś szkoda mi czasu. Wracając do tematu posta..

Komary pogryzły mnie tak, że jeszcze nigdy mnie w takich ilościach nie pogryzły. Być może od tego nawet przeszła mi alergia. Wszystko mnie swędzi jak szalone, ale mam wrażenie, że mniej puchnę miejscowo (czy spożywanie dużych ilości wody może mieć coś wspólnego z tym faktem?) i nie dostałam w tym sezonie ani jednej wysypki hurrraaaaaaaaaaa! Psikam się antyowadowymi psikpsikami, które strasznie śmierdzą, ale nie są skuteczne, ale i tak się nimi psikam. Słońce opaliło mnie w paski. Wyglądam podejrzanie, niestety muszę zacząć się wyrównywać na solarium, bo pod koniec sierpnia wciskam się w sukienkę i idę na wesele Przyjaciół. Nie jestem zwolenniczką solarium, moja naczynkowa skóra nie nadaje się do takich sytuacji, ale na pewno nie pójdę w takim stanie (mam opalone łydki od kostki do ok 3 cm poniżej kolana, reszta moich nóg jest przeraźliwie biała;).

Mniej więcej tydzień temu utknęłam na kilka godzin w miejscu, w którym za bardzo nie mogłam robić nic poza korzystaniem z telefonu. Nie miałam ochoty na internet, więc zaczęłam robić porządek na dysku i odkryłam fifty shades, które pochłonęłam wtedy od razu. Wiem, że kontrowersyjnie, również dlatego, że książki są napisane dramatycznie, a ja przecież miałam okazję obcować z najwyższymi myślami tego świata, więc jak to jest, że jestem w stanie to czytać. Nie wiem, może się nie spinam i nie mam ciśnień. Wstydziłabym się przeczytać niektórych szmirowatych książek o niczym albo tandetnych pozycji o.. (bez szczegółów, ja nikogo nie oceniam;), a czytam to. JAK?! No.. jakoś tak. Fifty shades wchodzi do kin w lutym, ja jestem podekscytowana i chcę obejrzeć. Pomyślałam, że w tak zwanym międzyczasie przeczytam coś innego. Wygooglowałam fifty shades of grey like books, kliknęłam w któryś rezultat wyszukiwania i znalazłam się na stronie maryse.net. Urocza blond-autorka bloga opisuje kolejne opowiadania i nowele erotyczno-miłosno-niepokojące. Bared to you opisała jako idealną książkę do przeczytania po szarej trylogii, więc postanowiłam spróbować. Na przemian ekscytuję się losami bohaterów (trochę jak kryminał, żadnego chyba w życiu nie przeczytałam;) i śmieję się z przewidywalności niektórych wątków. W Crossfire Series jest kilka książek, przeczytałam już pierwszą - Bared to you i drugą Reflected in you, a teraz czytam trzecią - Entwined with you. Na pewno jest rozrywkowo, ale nie liczcie na jakąkolwiek jakość literacką. Chociaż muszę przyznać, że Pani Sylvia Day używa bardziej zaawansowego słownictwa niż Pani E. L. James. Wszystko czytam w oryginale, pięćdziesiąt twarzy greya jest tak przetłumaczona, że to aż boli.

Alrighty, chwilowo tyle podsumowania minionych dni. Powiem Wam jeszcze tylko, że jestem bardzo szczęśliwa, że idzie jesień. Wrzesień to dla mnie nowy początek, zawsze tak było i w tym roku też czuję się gotowa, żeby zacząć od nowa. Na pewno prosteczynności odżyją. Lato nie sprzyjało pisaniu, bo nie sprzyjało w ogóle byciu w jednym miejscu dłużej niż kilka sekund ;) Moje lato było super, nadal jest super. Chociaż nie brakuje szarej rzeczywistości i każdy ma problemy, a ja nie różnię się niczym od reszty świata.. to jednak jest pięknie, a będzie jeszcze lepiej.

Nie żałuję, że Guen została ze mną. Trzy koty to duża odpowiedzialność - finansowa, ale przecież też emocjonalnie może wyczerpywać i tak się czasami dzieje (na pewno wczoraj). Radości jest jednak nieporównywalnie więcej i codziennie budzę się ze świadomością, że jest fajnie, a będzie jeszcze lepiej. Poza tym nie mogłabym żyć ze świadomością, że mogłam zapewnić im bezpieczeństwo, a nie zrobiłam tego. Jeśli nie byłam w stanie zostawić ich na ulicy to jak miałabym być w stanie wynieść je z domu i gdzieś zostawić (i nawet nie mówię tu o schronisku, bo na adopcję Guen byli chętni, w końcu jest bardzo młoda i ma prześliczne umaszczenie.. szkoda, że nie wszyscy pamiętają o kotach bezdomnych dorosłych, po przejściach, chorych). Dwa ostatnie miesiące uświadomiły mi, że jestem osobą, która nie może przejść obojętnie obok krzywdy zwierząt. Zawsze wiedziałam, że mam soft spot dla czworonożnych istot i z założenia wspierałam fundacje zwierzęce, a nie ludzkie (pewnie to też jest kontrowersyjne, ale chyba nie będziemy się oceniać, już się trochę znamy). Teraz po prostu pozwoliłam sobie być taką osobą naprawdę. Nie wiem czy zrozumieją to ludzie o innej konstrukcji moralnej, większość osób (w tym 90% najbliższych) nie zrozumiało. Może to źle świadczy o mnie, bo kim ja się otaczam, ale z drugiej strony to jest chyba OK. Wszyscy jesteśmy różni, niektórzy mają siłę przebicia, żeby być sobą, czasami jesteśmy zbyt leniwi, a czasami jest nam wszystko jedno co pomyśli reszta.

Nie sądziłam, że ten optymistyczny post-aktualizacja skończy się takim mocnymi rozważaniami, ale na złagodzenie atmosfery niech będą zdjęcia Guenhwyvar. Małe koty zawsze rozmiękczają, nawet na imgurze albo innych wizualno-ogłupiąjących (obawiam się w większości przypadków) portalach.





Zdjęcia nie były obrabiane graficzne, po prostu świeciło słońce.
Buziaki ahoj, tęsknię za Wami :)
Stri

niedziela, 3 sierpnia 2014

models own amethyst swatches


Hello,

Genialny lakier, który pożyczyłam od Słomki. Wcale nie dla fejmu na blogu (mhm, akurat;), po prostu zrobił na mnie wrażenie. Wszystkie Jej lakiery robią wrażenie, zwłaszcza jak się je zobaczy na żywo ;P Sama żadnej modelki nie mam, ale może kiedyś... Na zdjęciu lakier ma kilkanaście godzin, niestety trochę się dotknęłam, ale nie mogłam poprawić, bo musiałam wsiąść w pociąg i jechać w dół mapy. Trudno, musiałam się z tym pogodzić.

Jak wygląda modelka? Różowe, fioletowe i niebieskawe brokaciki zanurzone w fioletowej bazie, całość wysycha do ładnego matu, ale można też pokryć topcoatem. Nie schnie super szybko, ale nie jest źle. Właściwie powinnam tutaj wspomnieć, że teraz dla mnie już nic nie schnie super szybko, lakiery piaskowe trochę zmieniły moją perspektywę.

Dzisiaj krótko, ale może jeszcze kiedyś się z ametystem spotkamy i opowiem Wam o tym lakierze więcej. Zdjęcie jest bez filtra.

Dziękuję za uwagę, do zobaczenia!
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

piątek, 1 sierpnia 2014

lip gloss sweet berry #27 scandal | kryjący błyszczyk od pierre rene


Cześć Dziewczyny,

Błyszczyk Pierre Rene trafił do mnie w goodie bag dawno temu w Gdyni. To było tak dawno temu, że prawie o nim zapomniałam, ale znalazłam kartę pamięci ze zdjęciami, więc podzielę się opinią na jego temat.

Po pierwsze, kolorów było kilka do wyboru, ale jak tylko wypatrzyłam ten odcień - wiedziałam ;) KOLOR jest świetny, czerwień z czerwono-różowymi drobinkami (drobinki to nie to samo co brokat, nie czuć ich w ogóle na ustach). Tworzy przepiękną taflę na ustach, ale jeśli chcemy zrobić całe usta błyszczykiem to tylko do zdjęć, bo rozlewa się wokół ust. Proponuję konturówkę, może być czerwona, albo różowa albo przezroczysta. Możemy też nałożyć błyszczyk na pomadkę, ale poziom krycia jest na tyle wysoki, że nie ma problemu z prześwitywaniem. TRWAŁOŚĆ jest dobra, ale wynika to pewnie z gęstawej, aczkolwiek nadal lekkiej KONSYSTENCJI. Na dłoni mam bardzo cienką warstwę, widać moją skórę pod spodem, ale wszystko jest ładnie pokryte równą warstwą koloru. Pozytywnie.

Wydaje mi się, że miał ZAPACH, ale nie pamiętam. Podobno smakuje borówką. Przejdźmy do OPAKOWANIA. Tutaj produkt zawiódł na całej linii, po kilku tygodniach użytkowania plastik przy szyjce się rozwalił i nie dało się już go używać. APLIKATOR był typowo błyszczykowy.. chyba, on się nie popsuł :)

W tej chwili błyszczyki kosztują 5 zł, cena jest obniżona o 50%. Do kupienia tutaj. Kolorów jest dużo, można coś wybrać :) Pojemność 7 ml.

To by było na tyle, może przydadzą się Wam te informacje :)
Buziaki ahoj!
Stri


i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...