poniedziałek, 29 września 2014

inglot matte 724

Hej Dziewczyny,

Dzisiaj będą swatche i ootd z innej perspektywy ;)


Konsystencja lakieru jest dość lekka i lejąca się. Bałam się przez chwilę, że do pełnego krycia będzie trzeba nałożyć więcej niż dwie warstwy, ale nie - dwie wystarczą. Jeśli chcemy matowego efektu, oczywiście nie nakładamy top coat'u co przyspiesza cały proces malowania paznokci. Ja zawsze używam bazy, zamierzam zrecenzować kilka, bo jestem zadowolona z paru nowości, które pojawiły się pod moim ostatnim poście na ten temat. W przypadku tego mani, baza akurat też była ze stajni Inglota. Nigdy nie wiem czy to jest 06 cz 90, ale wiecie na pewno o który produkt chodzi ;)

Lakier wysycha dość szybko, ale do pełnej sprawności ruchowej dochodzimy jednak po kilkudziesięciu minutach od nałożenia pierwszej warstwy. Po kilku minutach widzimy jak matowy będzie efekt, a po około 30-40 minutach możemy włożyć ręce do kieszeni. Stresują mnie lakiery bez top coat'u, dlatego używam jedynie piasków w ten sposób, no i teraz również matów.

Efekt matowości jest ładny. Nie jest to płaski mat z gatunku papieru ściernego (nie wiem czy wiecie o co mi chodzi, są takie totalnie plaskie maty, które może dobrze wypadają przy stemplach, ale za cholerę nie podobają mi się na moich paznokciach). Jeśli komuś się znudzi - może użyć czegoś nawierzchniowego. Poza tym, po kilku dniach o ile lakier Wam nie odpryśnie, wytrze się i zrobi bardziej satynowy.

Przetarcia na końcówkach zauważyłam po 3 dniach, wiec jestem pod dużym wrażeniem i mogę polecić.

Kolor jest marchewkowo-czerwony, bardzo żywy i ładny. Podoba Wam się? Dajcie znać.
Buziaki!
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

niedziela, 28 września 2014

niedziela dla włosów #1 | granatowe kosmetyki do pielęgnacji włosów

Dzień dobry,

Dzisiaj niedziela, a na wielu blogach niedziela dla włosów - zjawisko, które bardzo mi się podoba i sama chcę spróbować swoich sił w tej dziedzinie. W weekendy mamy przeważnie więcej czasu (nie ja, ale Wy na pewno;) zwłaszcza jeśli nie pracujemy w niedzielę, więc można pozwolić sobie na kilka godzin z olejem i maską albo na inne podobne atrakcje. Im więcej uwagi poświęcicie swoim włosom, tym lepiej ;) Ja mam to szczęście, że zawsze miałam bardzo ładne włosy i przez większość życia nie musiałam z nimi za bardzo nic robić. Teraz połowa mi wypadła, a druga połowa smętnie wisi. Nie farbowałam ich, nie używam narzędzi do stylizacji na gorąco (raz na miesiąc może, właściwie rzadziej), ale i tak nie jest tak fajnie jak było. Trzeba działać, więc działam.

Dziś nie miałam zbyt wiele czasu, ale tydzień temu owszem, więc będzie to taka niedziela dla włosów z opóźnieniem. Zdążyłam wtedy nałożyć Heenarę na 2 godziny, umyć włosy szamponem Yves Rocher ułatwiającym rozczesywanie i odżywić. Odżywiałam Garnierem - odżywka z drożdżami piwnymi i owocem granatu wylądowała przy skórze głowy, a na długości/końcach Alterra z granatem i aloesem. Granat wydaje się być motywem przewodnim tej imprezy, ale właściwie dlaczego nie :)


Zdjęcie jest minimalnie rozmazane, ale tylko na tym kolor wyszedł w miarę sensowny.

Po nieudolnym rozczesaniu włosów szeroko-rozstawionym-grzebieniem i wstępnym osuszeniu ręcznikiem (nawet nie takim specjalnym do włosów, cały czas mam wyrzuty sumienia) nieco je spsikałam lotionem Seboradin przeciw wypadaniu włosów, którego używam z nadzieją, że oczyści mi głowę z łuski. Nie jakoś spektakularnie, ale powoli systematycznie. Na już-nie-kapiące-wodą włosy napsikałam termo-ochrony w postaci [tu będzie nazwa, zawsze zapominam.. Guardian Angel?] i lekko podsuszyłam używając suszarki no-name bez bajerów i nawet bez dyfuzora, bo upadł i pękły zaczepy i już nie jesteśmy razem. Następnie (jak już naprawdę z nich prawie nic nie ciekło) na długość włosów "od spodu/od wewnątrz" nałożyłam [tu nazwa, znowu zapomniałam] i suszyłam dalej.

Zapomniałam zabezpieczyć końcówki, taki mały fail. Nie zrażam się, może następnym razem nie zapomnę?

Udanego tygodnia, walczcie dzielnie z jesienną chandrą i przeziębieniami. Ja stawiam na zupy w tym sezonie, a Wy?
Pozdrawiam bardzo serdecznie,
stri

instagram | twitter | bloglovin'

spice girls były najlepsze

niedziela rano. śniadanie, maseczka, włosy i do pracy. dzień dobry :)


delikatnie i w latach 90-tych.

stri

sobota, 27 września 2014

#idziejesień | lakiery do paznokci inglot matte

Cześć Dziewczyny :)

Właściwie jesień już jest, ale jeszcze chwilę zaczekam do października i już naprawdę schowam letnie rzeczy ;) W Inglocie jest dużo rzeczy, które chciałabym wypróbować, ale jakoś tak nie bardzo mam ochotę, bo w gruncie rzeczy nie lubię tych sklepów i wysp. Rzadko kiedy spotykam "miłe panie", a stopień zainteresowania swoją pracą i klientami jest przeważnie niski. Na pewno nie wszędzie tak jest - ja odbieram je jako nieprzystępne, chłodne i popychające pierdoły ze sobą nawzajem. Oh well.


Oprócz pań, nie lubię też polityki firmy w kwestii braku promocji i obniżek cen. Gdyby od czasu do czasu trochę wyszli mi na przeciw, na pewno wydawałabym u nich regularnie pieniądze. Postawa roszczeniowa mnie nie zachęca, ale czasami sobie coś wypatrzę i nie ukrywajmy, ceny nie są specjalnie wysokie tak zupełnie szczerze (chociaż mogłyby być niższe, ale to jest jak widzicie moja opinia i to ja to tak odczuwam, a Wy wcale nie musicie).

Wokół matowych lakierów Inglota zakręciłam się kiedyś i wydawało mi się, że tylko kolory nude są matowe, a reszta występuje w "normalnej formule". Jakież było moje zaskoczenie kiedy okazało się, że jest inaczej!

Pomarudziłam sobie, a teraz Wam powiem co widzicie na zdjęciu ;) Po lewej mamy 724, a po prawej 705. Swatche pojawią się lada dzień (w tej chwili na pazokciach kolejny nowy nabytek, przenieś się na mój instagram i zobacz!), ale od razu Wam powiem, że kolory są wyjątkowe. Czerwień nie jest wiśniowa ani malinowa. To taka bardziej marchewka, która idealnie wpasowuje się w październikowy sezon dyniowy. Fiolet jest przepiękny, jesienny, ale na tyle jasny, że intensywny.

Być może inglotowych skarbów ciąg dalszy nastąpi.. ;P

Udanej soboty!
Napijcie się herbaty, może być z prądem.

stri

poniedziałek, 22 września 2014

wrześniowe nowości yves rocher i konkurs ziemia planeta kobiet 2014

Dzień doby,

Dzisiaj będziecie mogli obejrzeć przetestowane przeze mnie nowości Yves Rocher, dowiedzieć się czego oczekuję od peelingu do dłoni i co robię mając maseczkę na twarzy :) Na koniec kilka słów na temat konkursu Ziemia Planeta Kobiet 2014.

Pierwsze wrześniowe nowości dotarły do mnie z końcem lipca. Perfumy wydały mi się trochę za mocne na upalne jeszcze wtedy lato, ale o nich opowiem Wam następnym razem, bo od dawna w głowie mam post o zapachach Yves Rocher. Sama mam ich bardzo dużo, chyba wypróbowałam na sobie większość i znalazłam kilka perełek. Oprócz zapachu była też paleta 4 cieni do powiek. Przepiękne złote opakowanie przyciąga uwagę, wizualnie ten produkt jest bezbłędny. Nowy tusz do rzęs jest utrzymany w podobnej estetyce, co bardzo mnie cieszy i skłania do malowania rzęs używając lusterka znajdującego się w paletce :) (bardzo glamour)


Paleta czterech cieni wygląda dobrze KLIK- luksusowe lustrzane opakowanie zachęca do korzystania z palety, po zamknięciu słyszymy podnoszący na duchu "klik". Gdyby nie to, że nie mam do siebie zaufania z torebką (czasami mi upada, różne rzeczy się obijają np telefon) nosiłabym paletkę ze sobą "do poprawek" w ciągu dnia. Z tej linii jest jeszcze puder, może on byłby mniej ryzykowny i bardziej przydatny. Przecież cieni w ciągu dnia nigdy nie poprawiam, a puder czasami mi się zdarzy.

Polecam zapoznać się z innymi kolorami, mnie kuszą róże i brązy. Cena 39 zł w promocji  i pamiętajcie o innych ofertach i akcjach sezonowych.


Czwórka cieni jest dobrze przemyślana jeśli lubimy błyszczące wykończenie - 3 błysko-perły i 1 mat zapewnią dużą ilość kombinacji, ale jakiś podstawowy cielisty/beżowy cień jednak się przyda. Ja próbowałam używać ich dwójkami, ale pojedynczo również świetnie się sprawdzają (chociaż aż się prosi o roztarcie czymś neutralnym). O dziwo chyba najczęściej sięgałam po mat na całą powiekę, blendowałam to ciemniejszym niebieskim (nazwijmy to smokey) i rozświetlałam środek powieki i kącik wewnętrzny jaśniejszym niebieskim. Najjaśniejszy cień służył mi głównie do budowania koloru za pomocą cieni bazowych, nie czuję się dobrze w tak białym cieniu na całej powiece. Widzicie jak błyszczące są na swatchach. Coś niesamowitego. Światło było dziennie i nawet nie było tak bardzo słońca. Najbardziej napigmentowane są te najciemniejsze, ale jasne odcienie nie mają prześwitów. Po prostu bardziej błyszczą.

Konsystencję opisałabym jako pudrową z nutką kremowości. Rozcierają się bez problemów, również z cieniami innych firm. Trwałość bez zarzutu - na bazie wytrzymują do wieczornego demakijażu. Nie uczulają mnie, mogę ich używać codziennie i tak właśnie robię. Na zdjęciach powiek wszystkie kolory wyglądają szaro i niezbyt atrakcyjnie

 Rozważam zakup lampy pierścieniowej, może mi coś doradzicie? Muszę przejrzeć Wasze wpisy z zeszłego roku, ale nie ukrywam, że jestem ciekawa jakie macie zdanie po dłuższym używaniu lampy.



Jeśli cienie na powiece to raczej obowiązkowo tusz do rzęs. Nowy dodający objętości tusz Volume Elixir KLIK teoretycznie występuje w 3 odcieniach - klasyczna czerń (którą mam ja), brąz (którego zabrakło w sklepie internetowym) i niebieski (na który mam ochotę, ale trochę się obawiam). Producent określa swój tusz jako produkt wzmacniający i odbudowujący rzęsy. Jest za wcześnie na zweryfikowanie tego twierdzenia, ale (przypadkiem albo nie) od jakiegoś czasu faktycznie znajduję mniej rzęs w oczach i na policzkach. Pisałam Wam kiedyś, że codziennie jakaś rzęsa wpada mi do oka. Już nie. Może ma to związek z czymś innym, ale naprawdę ilość widocznie wypadających rzęs się zmniejszyła. Oprócz funkcji pielęgnacyjnej mamy też po prostu zagęszczanie rzęs i na pewno tak, ale bez jakiegoś dramatycznego efektu. Inna sprawa, że ja nadal nie nauczyłam się nakładać kilku warstw tuszu.


Szczoteczka jest z rodzaju tych normalnych z włoskami, docierających do najdalszych zakątków rzęs. Teoretycznie, bo w praktyce albo się brudzę tuszem albo muszę wspomagać się podnoszeniem powieki/wizytówką.
Trwałość tuszu jest godna podziwu, chociaż deszczowych dni spędziliśmy ze sobą kilka, a pora jesienno-zimowa dopiero przed nami. Po nałożeniu dosyć szybko schnie i do wieczornego demakijażu trzyma się bez zarzutu. Ja jestem bardzo zadowolona z tego produktu, ale nadal kocham Sexy Pulp. Wydaje mi się, że różnica między tymi maskarami może leżeć w konsystencji - SP jest jednak bardziej mokry i pogrubia, a ten faktycznie rozczesuje. Nie wiem sama, musiałabym nałożyć na jedno oko SP, a na drugie XE, żeby to sprawdzić. Na poniższym zdjęciu widzicie jedną warstwę tuszu. Obróbka graficzna odebrała nieco czerni, więc bez obaw - tusz jest totalnie czarny.


Tyle kolorówki na dziś, przejdźmy do pielęgnacji :)


Były jeszcze nowości wrześniowe, które dotarły do mnie już we wrześniu. Pisząc "dotarły do mnie" mam na myśli "wysłało je do mnie Yves Rocher", nie kupiłam ich sama. Co nie znaczy, że nie kupiłam w YR innych rzeczy w tzw międzyczasie ;P (szampon ułatwiający rozczesywanie to mój nowy ulubiony szampon ever) Używam nowości od trzech tygodni i myślę, że mogę się na ich temat wypowiedzieć, bo chodzi w nich o to, żeby szybko zobaczyć rezultaty.

Maseczki (intensywnie) nawilżającej z serii Hydra Vegetal spodziewałam się już dawno tzn spodziewałam się, że powstanie tak samo jak pojawiła się maska z zielonej linii Sebo Vegetal. O zielonej linii pisałam szerzej tutaj KLIK. Znajdziecie tam recenzję płynu micelarnego, serum zwężającego pory, maski oraz żel-kremu. Miałam nadzieję, że będzie równie świetna co genialny koncentrat nawilżający, który uwielbiam i zawsze polecam zapytana o dobry i jednocześnie lekki nawilżacz.


Opakowanie bardzo intuicyjne - tubka ma blokadę otworu w postaci "dziubka", więc nic nam nie pobrudzi krawędzi. Kliknięcie informuje nas o tym, że produkt został zamknięty. Tylko tyle / aż tyle :) Informacje dotyczące używania maseczki znajdują się na opakowaniu, skład też tam jest, więc nie ma problemu "skład był na kartoniku, a kartonik jest nie wiem gdzie". Yves Rocher stara się działać zgodnie ze zdrowym rozsądkiem jeśli chodzi o zużycie materiałów i jeśli nie musi to nie pakuje swoich produktów w kartoniki tylko w folię zabezpieczając je przed otwarciem przez osoby trzecie.

Konsystencja produktu jest lekka. Nie ma nic gorszego niż gęsta pasta "nawilżająca", blokada porów gwarantowana ;) Tutaj mamy raczej śmietankową ubitą kremową piankę niż gęstą maź. Jest nieco żelowa. Pamiętajcie, żeby wstrząsnąć tubką przed użyciem, tak na wszelki wypadek. Ja mam taki nawyk, że wstrząsam ostatnio wszystkim, bo używam podkładu, który wyjątkowo tego wymaga. Tu mała zapowiedź - będzie o nim wkrótce, bo krycie ma bezbłędne i coś czuję, że zostaniemy ze sobą na dłużej. Wracając do potrząsania - trzeba tylko upewnić się czy opakowanie jest zamknięte ;P Konsystencja na piątkę - można nałożyć grubszą warstwę albo cieńszą. Stosowałam zarówno "na 10 minut", jak i "na całą noc". Bez problemów produkt się wchłonął i rano moja skóra była przyjemnie gładka i nawilżona, bez poprzyklejanych paproszków i kocich sierściuchów (warstwa maski wchłonęła się i nie było mowy o klejącej się skórze). Metodę 10-minutową wykorzystuję w połączeniu z czymś oczyszczająco-pobudzającym skórę, nakładanym wcześniej. Lubię takie maseczkowe kombo aplikować sobie kiedy widzę na skórze zmęczenie, suche placki albo gdy podkład nie wygląda tak dobrze jak normalnie.

Zapach maski jest charakterystyczny dla linii, ja bardzo go lubię - jest świeży i przyjemny, na pewno nie narzuca się i można się relaksować z książką/telefonem/kotem (jeśli w ten sposób robicie maseczki, mnie rzadko się tak udaje - częściej biegam z odkurzaczem po mieszkaniu i wstawiam pranie;)
Producent zaleca stosowanie maski na 5 minut i tak też próbowałam, ale szczerze mówiąc w 5 minut za mało jestem w stanie zrobić, więc wydłużyłam sobie ten czas dwukrotnie. Skład produktu widzicie na zdjęciu pod spodem. Główną rolę ma odgrywać sok z klonu i jego ciekawe właściwości zatrzymywania wody w głębszych warstwach skóry.


Staram się pilnować systematyczności jeśli chodzi o maski, bo nie ma nic lepszego niż pielęgnowanie skóry na bieżąco obserwując jej potrzeby i reakcje. W zeszłym sezonie grzewczym tak zrobiłam i teraz to powtórzę - maseczka kojąca codziennie powędruje na moje naczynkowe policzki. Chciałabym spróbować czegoś nowego, może się na coś zdecyduję. Podsumowanie maseczkowego sierpnia już wkrótce, ale chyba Was nie zaskoczę ;)
Maskę nakładamy na suchą skórę, ale możecie pokombinować z wodą termalną, tonikiem i kwasem hialuronowym jeśli ktoś lubi :)

Ratunek dla odwodnionej skóry w postaci maseczki kupić można w sklepach stacjonarnych i tym internetowym KLIK w tej chwili za 26,90 zł / 75 ml.


Peelingujący olejek do dłoni wzbogacony nasionami truskawki KLIK brzmi jak chwila w SPA, więc jestem potencjalnie bardzo na tak. Lato się kończy, coraz częściej (już prawie zawsze) zakładam trampki, więc moje stopy są w coraz lepszej kondycji (japonki to zuo), ale jesień to świetna pora na takie zabiegi pielęgnacyjne. Nie próbujcie na dłoniach (zwłaszcza na popękanej skórze) peelingów samorobionych na bazie np soli albo kwasu salicylowego, bo będzie Wam bardzo smutno. Oczywiście można eksperymentować z cukrem białym albo brązowym i z oliwą z oliwek, ale nie wiem czy to opłacalne w Polsce. Lepiej kupić gotowy produkt i nie mieć zamieszania w kuchni i łazience. Co kto lubi, wiadomo. Ja zauważyłam, że wolę wycisnąć z tubki niż później mieć do umycia naczynie po kosmetyku.


Czym moim zdaniem musi charakteryzować się dobry peeling do dłoni? Przede wszystkim musi być kremowy. O ile zdzieraki do stóp (mówię teraz o zrogowaciałym naskórku na przykład pięt, chociaż jeśli jest on naprawdę zniszczony to nie obejdzie się bez namaczania, tarki i spania w woreczku foliowym) preferuję bezlitośnie ostre, to produkty tego typu do dłoni muszą być delikatne. Muszą, bo jest cienka granica pomiędzy stwardnieniami naskórka przy paznokciach, a popękaną skórą na grzbiecie dłoni. W związku z powyższym - po pierwsze delikatnie. Po drugie, nie może być za tłusto. Drobinki w oleju to nie jest najlepszy kierunek, robi się klajster i zamiast złuszczać i nawilżać, peeling oblepia skórę i trzeba to potem myć mydłem. Bez sensu.

Producent zaleca stosowanie 2 razy w tygodniu co jest sensownym rozwiązaniem, ale jeśli wykonujemy peeling ciała nic nie stoi na przeszkodzie, żeby pomasować sobie jakimś zdzierakiem (ale nie zdzierakiem-mordercą) dłonie. W tej chwili tubkę 75 ml można kupić za niecałe 13 zł, więc totalny deal. Skład możecie zobaczyć powyżej, są jakieś nasiona, jest olej, są inne roślinki. Oceńcie same :)

Zapach jest fajny, luksusowy powiedziałabym. Trochę jak perfumy albo wspomnienie perfum. Jest wystarczająco tłusto, żeby zrobić peeling, ale konsystencja przypomina mi troszkę suchy olejek np Nuxe. Nie twierdzę, że ten olej jest suchy, ale jest taki jakby zwarty, jednocześnie lejący. Nie wiem jak to wytłumaczyć. Na pewno możecie wypróbować peeling na dłoniach w centrum handlowym, gdzie jest salon Yves Rocher. Jestem pewna, że Panie Konsultantki udostępnią Wam odlewkę. Dla pewności radziłabym przyjść z własnym słoiczkiem. Możecie też poczekać aż dotrzecie do domu, ale na co tu czekać ;)

Wydajność na pewno będzie dobra, nie potrzeba dużo produktu do otulenia dłoni olejkiem, a nasiona są w miarę sensownie rozprzestrzenione. Polecam robienie takich zabiegów pielęgnacyjnych przed snem. Mnie trudno jest spać z rękawiczkach, ale kiedyś miałam tak zniszczoną od azs i mrozu skórę, że spałam w bawełnianych rękawiczkach. Po pierwsze dlatego, że urażała mnie pościel, a po drugie po to, żeby nie drapać się paznokciami.

Mam nadzieję, że recenzje okażą się pomocne przy wyborze kosmetyków dla siebie. Pomacajcie cienie, powąchajcie maseczkę i olejek. Ja polecam, olejek planuję kupić w prezencie dla kobiet. Może pod choinkę? Tak, to już niebawem;P

Tak, jak zapowiedziałam - chcę Was zachęcić do udziału w konkursie Yves Rocher Ziemia Planeta Kobiet. Jeśli działacie na rzecz szeroko rozumianej ochrony środowiska - spróbujcie swoich sił, do wygrania są fajne pieniądze, których nigdy za wiele na takie cele! Aby wziąć udział w konkursie należy wypełnić formularz zgłoszeniowy oraz przedstawić akcję w formie dossier zawierającego:

1. szczegółowy opis akcji o charakterze proekologicznym: cel, miejsce, w którym jest prowadzona, wyszczególnienie osób i organizacji biorących w niej udział, jej historia i plany na przyszłość, budżet oraz budżet potrzebny na realizację dalszych działań, zdjęcia dokumentujące akcję.
2. charakterystykę kandydatki wraz ze zdjęciem.

Na zgłoszenia jest jeszcze ponad tydzień - do 30 września 2014 r. wraz z pełnym dossier:
- w wersji elektronicznej, wysłanej na adres: aneta.dzienkowska@yrnet.com
- w wersji papierowej, wysłanej na adres: Yves Rocher Polska Sp. z o.o. ul. Nowogrodzka 68, 02-014 Warszawa

Czasu nie zostało dużo, ale jestem pewna, że wystarczająco, żeby wysłać zgłoszenie. Przeglądałam profile laureatek poprzednich konkursów, do czego serdecznie Was zachęcam nawet jeśli nie zamierzacie wziąć udziału w konkursie. Szczegóły akcji znajdziecie po tym adresem KLIK, a profile laureatek z poszczególnych edycji po lewej stronie strony. Dla przykładu - II nagroda (3000 euro), którą wygrała Pani Ewa Błońska (miłośniczka psów, kotów i szukania sensownych rozwiązań) w 2011 roku. KLIK, czytamy:

Pani Ewa przeprowadziła się z Warszawy do Czarnego Lasu w 2000 r. Przyroda zawsze była bliska jej sercu. Ma stadko przygarniętych psów i kotów, dokarmia też jeże i ptaki. Parę lat temu zauważyła, że wiosną na drogach odbywa się masakra setek tysięcy żab i ropuch, które ruszają na gody do najbliższych akwenów wodnych. Jest to wynik postępującej urbanizacji, a co za tym idzie zabierania połaci lasów pod drogi, osuszania leśnych oczek i jeziorek i tym samym wydłużania drogi godowej żab i ropuch. Jest to także wynik bezmyślnej budowy dróg bez przepustów pod nawierzchnią dla migracji małych zwierząt. Pani Ewa postanowiła działać.

Pani Ewa uznała, że jedynym rozwiązaniem jest stawianie zapór wzdłuż dróg po stronie leśnej oraz ustawianie przed zaporami wkopanych wiader, do których wpadają żaby. Następnie należy je przenieść przez drogę do najbliższego akwenu wodnego. Proste? Proste!

Parę lat temu rozpoczęła apele do mieszkańców o ostrożną jazdę i przy pomocy 4 mieszkańców zrobiła zaporę ze starych firanek, wkopali wiaderka i codziennie nosili żaby. Kolejnego roku kupili folię do zapór i zmobilizowali więcej mieszkańców.
Od 2 lat w akcji bierze udział społeczeństwo Czarnego Lasu – głównie rodzice z dziećmi. Dołączyły też dzieci z sąsiedniej wsi – Makówki. Akcja jest nagłaśniana w lokalnej prasie i radiu.
Corocznie akcja jest w niewielkim stopniu dofinansowywana przez gminę.
W 2009 r. uratowali w ten sposób około 1200 żab i ropuch.
Poza ratowaniem płazów, akcja ma też na celu edukację ekologiczną dzieci i dorosłych.

Chciałam zwrócić uwagę akurat na ten profil, bo cała akcja jest w gruncie rzeczy bardzo prosta. Nie odbiera jej to niczego, ale ułatwia spojrzenie na kwestię zaangażowania się w cokolwiek. Sama nie przepadam za żabami, chociaż powoli się oswajam (czasami jakieś spotykam w życiu). Zdecydowanie jednak wolę żywe żaby niż rozjechane zwłoki na ulicy. Podobnie rzecz ma się z myszami, jaszczurkami i innymi gatunkami. Lubię myśleć, że zrobiłabym coś podobnego na miejscu Pani Ewy. Trzeba chcieć, ale jednocześnie wystarczy chcieć i resztę można zorganizować.

Jeśli znacie kobietę w Waszej okolicy, która zajmuje się czymś na rzecz ochrony środowiska - dajcie jej znać, że konkurs Ziemia Planeta Kobiet czeka na kolejne kandydatki. Czasami wystarczy krótka informacja albo pomoc w napisaniu dossier.

Udanego tygodnia! Już prawie jesień :)
Pozdrawiam Was serdecznie,
Stri
instagram | twitter | bloglovin'


Na zdjęciu mała Żbiczyna z opakowaniem foliowym po tuszu :) Guen też popiera zabezpieczanie kosmetyków w ten sposób!

niedziela, 14 września 2014

totalny przełom w blogowaniu: lajfstalowa czcionka amatic small caps


lajfstajlowa czcionka jest obecna na blogach od jakichś dwóch lat, pewnie dłużej, ale ja spostrzegłam ją mniej więcej dwa sezony temu. wydaje mi się, że wtedy jeszcze wszystko było miętowe wiosną i ta czcionka też i była taka lajfstajlowa, że hej. dziś przypomniało mi się, że miałam poszukać na picmonkey. znalazłam. amatic small caps, w końcu. jeszcze muszę się nauczyć robić zacienione kółko i znaleźć czcionkę z gwiazdeczkami i będę blogować na całego :))

udanej niedzieli! tęsknię. wracam. tylko muszę mieć kilka godzin wolnego. od dwóch dni mam łóżko, jest cudownie. buziaki ahojka,

stri

sobota, 6 września 2014

tv time with stri #7 | lunchbox, środy w cinema city, straszne filmy

Cześć Dziewczyny,

#jestemtakasprytna, bo siódmą odsłonę tv time with stri zaczynam pisać natychmiast po przygotowaniu części szóstej. Dzięki temu nic mi nie umknie #sasasa.

(Zdaję sobie sprawę, że hashtagi zaczną być męczące w pewnym momencie, ale jeszcze nie teraz)

Wszystkie zdjęcia pochodzą z filmweb.pl

Obejrzałam Lunchbox. Był idealny na mój stan psycho-fizyczny, lubię takie kino. Wolę je oglądać w kinie-kinie, ale nie mam takich możliwości w tej chwili w życiu. Ritesh Batra I'm watching you. Polecam bardzo, a jeśli Wam się nie spodoba to nie mówcie mi. Nie muszę tego wiedzieć.


Seriale, które mi ostatnio umilały popołudnia to Graceland (się dzieje) i True Blood (omg, co tam się dzieje i co tam się wydarzyło, no halo!!!), a także Suits. Graceland jest spolegliwy i taki nawet tajemniczy, ale nie jestem przywiązana. Do True Blood jestem przywiązana, ale miałam takie momenty, że myślałam "a może obejrzę od początku, bo kiedyś ten serial był fajnie inny". W ogóle na początku seriale są fajnie inne. Pamiętacie pierwsze odcinki Breaking Bad? Przecież to zupełnie inna historia była i w ogóle jakoś tak jest lepiej wracać do początku. Weeds - co tam się później działo! Nip/Tuck - również. Bardzo dziwne historie się rozwijają z pozoru niewinnych zalążków serialowych. Rozumiem, że tak musi być i przecież ja też polubiłam te historie w jakimś tam stopniu, na tyle, że zostałam fanką i oglądałam religijnie systematycznie.
Wracając do True Blood - na filmwebie wszyscy jadą po finale i właściwie słusznie. Ja już kiedyś się zarzekałam, że recenzji filmów i książek nie będzie w takiej typowej formie. Powiem Wam tylko, że fail.
Suits trochę fail był w pewnym momencie, ale odcinek #10 nieco namieszał. Cóż, trzeba obejrzeć i ocenić samemu.


Byłam w kinie na Guardians of the Galaxy. Planowałam już od jakiegoś czasu, a dodatkowo poruszyłyśmy ten temat skajpując z Hexx i chyba to mnie zainspirowało najbardziej, żeby ruszyć tyłek już natychmiast. Dodatkowo była środa, a w środę w Cinema City jest taniej. Nie czytałam komiksu, ale byłam ciekawa tak czy inaczej. Film jest bardzo fajny, ma świetną muzykę i oczywiście interesujący scenariusz. Nie jest to najlepszy film na świecie, ale jest słodki i uroczy, a przy tym taki nieco sci-fi. Jednocześnie, plakat z mini Groot'em chętnie przyjmę.


Naprawdę nie chciałam, ale obejrzałam 13 sins. Ja boję się takich filmów o robieniu głupich/strasznych rzeczy. Nawet nie chodzi o to, że są obrzydliwe, ale po prostu mnie nie bawią. Kilka razy się przestraszyłam i faktycznie z tych filmów psychoemocjonalnych ten był jednym z bardziej oglądable (chwilami, ale preferuję filmy straszne-straszne, a nie straszne-okropne). Nie polecam, ale nie mogę odradzić. Ja po prostu nie lubię takiego kina. Zawsze staram się być otwarta, bo nigdy nie wiadomo co się wyświetli, ale to po prostu nie moja bajka..


..jeśli już w kwestii bajek jesteśmy - Maleficent, którą każdy obejrzał przede mną, a ja na samym końcu. Wiedziałam, że to będzie baśniowa opowieść, ale nie wiedziałam, że aż tak. Z założenia nie oglądam trailerów/nie czytam opisów. Czasami mi się zdarza przeczytać kilka pierwszych słów, ale rzadko. Maleficent było przyjemnym doznaniem na różnych poziomach, od ideologicznego aspektu, przez zdjęciowo-montażowy, na charakteryzacji i makijażu Angeliny skończywszy. Polecam na chłodny deszczowy wieczór jak się Wam świeczka skończy i będziecie potrzebowały czegoś ładnego.


Begin Again chciałam obejrzeć jak tylko dowiedziałam się, że jest to film twórców Once. Poza tym Keira Knightley i Mark Ruffalo brzmieli zachęcająco. Dopiero z Filmwebu (po obejrzeniu filmu) dowiedziałam się, że Adam Levine nie tylko śpiewa, ale również gra. Dave'a. Jakoś tak dziwnie wyglądał. Pomysł jest dobry, zdjęcia są całkiem-całkiem, a muzyka uprzyjemnia.

W tej odsłonie czasu przed telewizorem (ze mną) to wszystko. Na koniec pytanie: Czy oglądaliście z kimś telewizję/filmy na odległość? :) Pytanie drugie, jak zwykle. Co Wy oglądaliście ostatnio ciekawego? Dajcie znać w komentarzach, chętnie poczytam.

Udanej soboty, mam nadzieję, że wrzesień Wam lekkim będzie. To mój drugi ulubiony miesiąc w roku, no i zaraz jesień co też jest super po długim upalnym lecie. Chwilowo jestem chora, również dlatego mnie nie było. Dam Wam znać czego możecie się po mnie spodziewać, żeby uniknąć rozczarowań.

Pozdrawiam Was serdecznie,
buziaki ahoj!

Stri

instagram | twitter | bloglovin'

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...