czwartek, 10 grudnia 2015

meet beauty

Jak zwykle czas nie czeka na mnie, a z Meet Beauty już wszystko zapomniałam i jak tu zrobić relację. Wszyscy przeczytali o co chodziło w tej konferencji, więc ja dodam tylko kilka uwag. Po pierwsze - najważniejsze: Jeżu, dziękuję, że mogłam u Ciebie spać jak zwykle. Po drugie - nie byłam na żadnym wykładzie, co świadczyć może głównie o moim.. lenistwie. Nie chciało mi się kombinować z tematami, które nie interesują mnie za bardzo. Natomiast jak nie siedziałam na warsztatach (które warsztatami nie były tak do końca) to gadałam z Dziewczynami. To było dla mnie najcenniejsze #sorrynotsorry.


Pierwsze warsztaty to były włosy. Remington to marka bliska memu sercu, w tym roku rozstałam się z prostownicą, która po kilku latach nie nadawał się już do niczego co prawda, ale zanim była do wyrzucenia to działała bardzo dobrze, nie popsuła się w trakcie użytkowania i była w dobrej cenie jak ją kupiłam. Firma kojarzy mi się dobrze, chętnie sięgałabym po ich produkty gdybym ich potrzebowała. Byłam podekscytowana oglądaniem nowości, bo potrzebowałam nowej suszarki.


Jeśli o warsztaty (w ogóle) chodzi to zawiodła chyba nieco organizacjo-komunikacja, bo warsztaty wydawały mi się czymś w rodzaju uczenia się, przekazywania wiedzy uczestnikom i jakimś ogólnym know-how'em. "Włosów nie suszymy do końca, żeby nie wyciągać z nich całej wody" to dobry pomysł na warsztaty i tak się złożyło, że to jedno zdanie padło z ust stylisty fryzur, który był obecny na spotkaniu i miał swoje 15 minut. Pierwszą połowę warsztatów spędziłyśmy słuchając Pani Remington, która czytała z rzuconych na ścianę powerpointów. Nie oceniam, bo kilka naprawdę kiepskich prezentacji mam za sobą i nie każdemu przychodzi to bez problemu. Pani Remington szło dobrze, ale przeczytać mogę sama to, co jest napisane. Again - mało warsztatowo. Gdyby to była prezentacja produktów z nowej linii PROTECT, spotkanie z marką to jak najbardziej tak. Podobało mi się, że Pan Remington, który organizował całe przedsięwzięcie, był ciekawy co sądzę na temat tego, co się działo. Feedback jest istotny jak robimy coś takiego.

Bardzo miłym akcentem było wygranie przeze mnie suszarki w konkursie/rozdaniu, które miało miejsce w listopadzie. Akurat potrzebowałam suszarki, więc się zgłosiłam i udało się jakimś cudem. O suszarce powstanie post, bo można rozważyć. Patrzyłam na ceny w kilku miejscach i można ją kupić już od 140 zł, więc chyba bardzo dobra cena. Obawiałam się, że będzie kosztować dwa razy więcej.

Na warsztaty (które naprawdę uczyły) paznokciowe się nie załapałam, ale czy ja naprawdę będę robić hybrydy? Może faktycznie, gdybym dostała cały zestaw z lampami to bym zrobiła. Te blogerki urodowe to są jednak wygodne. Zamiast kliknąć sobie zestaw i wypróbować to ido za darmo odebrać. Trochę tak, ale nie do końca. Ja bardzo lubię malować paznokcie, hybrydy są wygodne, bo dłużej wytrzymują, ale są smutne, bo nie można przemalowywać co dwa dni. Można pomalować na wierzch, ale gdzie tu logika (nie wiem). W ogóle trochę strach tak sobie samemu coś robić nowego, ja za hybrydy jeszcze się nie zabieram, ale jakby coś to brakuje mi teraz tylko urządzenia.


Golden Rose trochę strzeliło sobie w stopę. Po pierwsze, Golden Rose kojarzyło mi się z ryneczkiem, bo to na ryneczku kupowałam ich kosmetyki lata temu. Po drugie, starają się być lajfstajlowi i są coraz bardziej, bo media społecznościowe i już salony stacjonarne, a nie brudna baba na placu i zamrożone kosmetyki z ciężarówki. Po trzecie, mam wrażenie, że potraktowały nas (blogerki, mnie i moje koleżanki po fachu) nieco wybiórczo. Dlaczego? Nie chcę robić skandalu, ale chcę zrobić relację i opowiedzieć Wam o swoich wrażeniach. Opowiadam. Drogie Golden Rose, jeśli źle odebrałam sytuację to przykro mi, ale powinniście nie dopuścić do tego, żebym ją tak odbierała. To dla Was reklama, więc reklamujcie się, a nie antyreklamujcie.

Stałyśmy sobie "w kolejce do Golden Rose", podeszłyśmy grupką, Pani Golden Rose zaproponowała, że dobierzemy kosmetyki specjalnie dla nas, każdemu według potrzeb. Zaznaczyła, że matowych pomadek i kredek nie ma, bo bardzo popularne produkty rozeszły się z samego rana. No okay. Samam mam 4 sztuki, więc naprawdę bez ciśnień.
Zapytana o to co mnie interesuje powiedziałam chyba, że baza rozświetlająca bardzo reklamowana (o której rozmawiałyśmy chwilę wcześniej) albo róż, a pani zapytała a może coś do paznokci, bo nic innego nie zostało. Były jeszcze rzeczy do oczu, ale ja do oczu niet, bo alergia. Zrozumiałam, że asortyment jest już mocno przebrany i cieszyłam się z paznokciowego duo i jeszcze mini lakieru z innej serii. Wszystko skończyłoby się w ten sposób, ale jakiś czas później przyszła znana blogerka z odsłonami, która dostała i bazę i coś tam jeszcze "(czego już nie ma, bo się skończyło rano"). W związku z tym smutek zagościł na naszych twarzach. Epic fail. Biorąc pod uwagę setki złotych, które wydałam na lakiery, pomadki, konturówki i inne produkty do makijażu tej firmy poczułam się wyruchana. Nie dlatego, że nie dostałam za darmo, bo wiecie - nic nie jest za darmo, tylko dlatego, że z jednej strony fantastyczne konsultacje według potrzeb i zainteresowań, a z drugiej strony jednak nie dla każdego to samo, bo co, bo ilość wyświetleń? Golden Rose było standem, a nie zamkniętym eventem z zapisami. Gdyby było z zapisami, a ja próbowałam się wbić na krzywy ryj to I get it. Smuteczek taki.


Tym lepsze wrażenie zrobiło na mnie spotkanie przy standzie PILOMAX. Kolejka była długa, bardzo długa i trzeba było czekać, ale to świetna okazja do pogadania z koleżankami :) Panie Pilomax wyglądały i zachowywały się profesjonalnie, nie lały wody tylko sprawnie przystąpiły do badania stanu skóry głowy, rozmowa była krótka, ale sensowna. Podzieliłam się z nimi np przemyśleniami na temat przetłuszczania się moich włosów - doszłam do wniosku, że skoro nie mam tłustych włosów po kilku godzinach to ja wymyśliłam sobie, że się przetłuszczają. Jak wspomniałam, było krótko, ale konkretnie. Jedna z Pań Pilomax zaproponowała mi do pielęgnacji szampon z linii, której nie było akurat w standowym asortymencie. Poprosiłam, żeby zapisała mi na kartce nazwę to poszukam w aptece (zawsze wypróbowuję polecenia z zakresu łuski). Pani Pilomax zaproponowała, żebym zostawiła swojego maila, skontaktujemy się i dostanę szampon od nich. Dostałam. Jest reklama? JEST! Tym bardziej, że szampon jest cudowny i będzie post I promise, a ja już kupiłam kolejne opakowanie.


Last but not least - gwiazda wieczoru, Pierre Rene. Omg, to dopiero były anty-warsztaty. Pani Pierre Rene była na swój sposób elokwentna, jeśli chodziło o kogoś kto mówił przez cały czas. To mi się kojarzy raczej z taką osobą, która prowadzi licytację. Nie, naprawdę nie wiem dlaczego ja tam poszłam. Zacznijmy od tego, że większość z nas na pewno NIE BĘDZIE MALOWAĆ TWARZY UJEBANYMI TESTERAMI bez jednorazowych narzędzi. Sorry, nie będziemy i koniec. Panie w drogerii mogłyby, ale my nie, bo jesteśmy przewrażliwione na tym punkcie. Prezentacja historii firmy, bestsellerów firmy i ogólnie firmy i jeszcze raz firmy to NIE SĄ WARSZTATY. No, nie są. Nie jestem stałą bywalczynią blogerskich spędów, ale nawet po jednym bardzo dobrze zorganizowanym spotkaniu  (pozdrawiam Angel, która razem z Anią ogarnęły wszystko cudownie kiedyś 2 lata temu chyba to już było) można odróżnić wysoki poziom od niższego.


Podsumowując - Meet Beauty wzięło się za coś, czego chyba do końca nie umiało ogarnąć, bo może liczyło, że marki też trochę same się zorganizują. Każdy robi po swojemu, raz lepiej raz gorzej. Fajnie było zobaczyć się z Dziewczynami. Dziękuję za mile spędzone chwile. Organizacja czegoś tak dużego jest wyzwaniem, wiec propsy dla Organizatorów i wolontariuszy i w ogóle. To nie jest tak, że ja nie doceniam, bo doceniam, że ktoś mnie zaprosił gdzieś, żeby robić coś. Bardzo smacznie wyglądających babeczek tylko spróbowałam, bo jeszcze dochodziłam do siebie po szpitalu.

Pierwsze Meet Beauty za nami, trzymam kciuki za kolejne edycje. Zastanawiam się jak pozostałym uczestnikom się podobało? Ktoś, coś?


Jasne, że z wydarzenia zgarnęłyśmy goodie bag. Produkty, które już przetestowałam będą się pojawiać na prostych czynnościach, bo w końcu o to chodzi. Będą jak zwykle oznaczone gwiazdką.

Dzień dobry, jest poniedziałek o już czwartek. W grudniu miałam jeden dzień wolny, teraz tylko praca praca praca praca i dwa dni przerwy, a później jeszcze bardziej praca praca praca.

Ahoj Załogo,
Stri

poniedziałek, 16 listopada 2015

yves rocher | granatowyprawieczarny

Aloha!

Granatowy lakier Yves Rocher jest mocnym produktem - pigmentacja, schnięcie, pędzelek, buteleczka itd. Wytrzymałość to jedyne, czego nie mogłam sprawdzić (pomiędzy bazą, a topem trudno cokolwiek ocenić).



Jest głęboko granatowy, przy grubszej warstwie wystarczy jedna. Ja stosuję dwie, bo zawsze dwie. Nie jest taki ciemny, może światło było nie takie. Tzn jest ciemny, ale nie cały czas jest ciemno-czarny. Schnie naprawdę sensownie, pędzelek jest dobrze ścięty, buteleczka ma dobrze wyprofilowaną szyjkę, nie ma problemu z zakręcaniem. Ostatnio miałam taką przygodę z jakimś lakierem, aaaa już wiem. Z Lovely, po którym nie spodziewałam się zbyt wiele i właśnie tyle od niego otrzymałam.

Paznokcie malowałam jak zwykle przed snem leżąc z kotem na plecach i przy pozostawiającym wiele do życzenia świetle. Jak żyć ;P Mam żarówkę nad łóżkiem, ale jest w ikeowej obudowie, a tam się topi plastik jak jest więcej niż 40W. Cena online to 11.90 zł, kliknijcie o tutaj lakier do paznokci.

Mam ostatnio brak czasu, bo sezon w pełni. Jednak nie rezygnuję i jak mogę to jestem. Dobry wieczór ;)

Stri

sobota, 7 listopada 2015

dove | deeply nourishing body wash

Dzień dobry Drużyno!

Nastał czas suchości wzmożonej, bo kaloryfer grzeje i powietrze jest raczej suche. Pisząc to wyjrzałam za okno, szukając potwierdzenia moich słów i co? Zaczął padać deszcz. Wczoraj padało u góry mapy to teraz przyszło do mnie na dół. Przesuszona skóra płacze, więc myję ją olejkiem Decubal - sprawdzony, recenzowany już dawno temu na blogu produkt jest przeze mnie kupowany regularnie. Być może jest tak, że zawsze mam jedno opakowanie w zapasie. Po prostu dlatego, że nic tak delikatnie nie myje skóry i nie łagodzi moich rozdrapanych ran na nogach i wszędzie, no i jednocześnie nie kosztuje tak niewiele. Decubal polecam, chociaż wiem, że nie będzie zbyt popularny wśród skór normalnych. Nie ma fajerwerków, chociaż jest saszetka zapachowa gdyby ktoś miał ochotę. Ja jeszcze nigdy nie użyłam.

Decubala używam teraz, ale zanim był olejek było mydło Isana Med i kremowy żel pod prysznic Dove, który dostałam od Angel (dziękuję). Dzisiaj właśnie o tym żelu będzie mowa.


Takiego typowo drogeryjnego/kultowego produktu nie było w mojej łazience już dawno. Kilka lat chyba, jak też czas leci.. dałam sobie spokój z zakupami i od ponad roku ani razu nie spojrzałam na pielęgnację ciała w Rossmannie ani nigdzie. Tym więcej miałam zabawy z Dove pod prysznicem.

Po pierwsze, produkt ma naprawdę kremową konsystencję. Takiej konsystencji jeszcze nie było w moim życiu w kosmetyku do mycia ciała. Nawilżające pianki typu A-Derma, olejki typu wspomniany już Decubal, ale też Nivea albo Isana - to tak. Żele żelowe, żele nieprzezroczysto mleczne, żele o perłowym wykończeniu.. no, różne. Ten jest absolutnie kremowy/śmietankowo/jogurtowo/bitośmietanowy/kremomasłowy. Taki właśnie jest, co mnie cieszy tym bardziej, że..

Po drugie, nie wysusza mojej skóry. Już wspomniałam, że zajmują się tym kaloryfery. Zdziwiło mnie, że nie mam problemu po wyjściu z wanny. Przeważnie czuję, że mam w środku w sobie mało miejsca, bo skóra mi się kurczy i ściąga i muszę szybko biec po balsam, ale za szybko też nie mogę biec, bo mi się może stać krzywda jak o coś zahaczę albo się poślizgnę. Naprawdę nie biegnę po balsam, dopiero po chwili się smaruję, bo i tak się smaruję. Trzeba, na to nie ma rady. Piję dużo wody, ale co tam woda. Aż tyle nie piję. Opowiadałam Wam kiedyś jak brałam lekarstwo, po którym musiałam w ciągu dnia wypijać 3,5 litra wody. Codziennie przez kilka tygodni. Och, przygoda. Jeśli się pracuje nie w domu obok toalety to może być bardzo, bardzo, bardzo, bardzo trudno żyć.

Po trzecie, żel ładnie pachnie. To akurat nie było zaskoczeniem, po otrzymaniu kosmetyku upewniłam się, że nie jest zbezczeszczony pistacją. I say that now, ale pistacje bardzo lubię, a poza tym to jest rok, w którym zjadłam cytrynową tartę, więc honestly anything can happen.

Czwarta sprawa - wydajność. Produkt nie mógł się nią wykazać tak do końca, bo raczej sobie go nie żałowałam myjąc każdą część ciała dwa razy, dla pewności. Dove przyniosło mi dużo radości przez miesiąc chyba.

Szczegóły techniczne: 250 ml kosztuje zapewne ok 10 zł (?), opakowanie z sensowną klapką, chociaż mam jedno zastrzeżenie - konsystencja sprawia, że kosmetyk pod klapką glucieje. Trzeba dbać o otwór, jakkolwiek to brzmi. Skład na pewno nie jest atrakcyjny, ale na pewno jeśli ktoś unika niektórych składników to sobie znajdzie inci albo już wie, że ta firma mu nie sprzyja w tej kwestii. Ja wątpię, żebym wróciła do kupowania takich rzeczy, bo jeszcze mam trochę zapasów. Wydaje mi się, że za kilka miesięcy totalnie stopnieją, ale nie będę robić nowych o nie. Chcę zacząć żyć normalnie jak ludzie bez nałogów. No, może zostanę przy Nutelli. Nie wiem jeszcze, trudno jest przestać.

Chyba tyle o kremowym żelu pod prysznic Dove. Lubicie, używacie? Kusi Was oferta? Czym się myjecie, chcę wiedzieć ;D Udanego popołudnia, buziaki ahoj!

Stri

orly | explosion of fun

Dzień dobry, dzień dobry!


Potrzebowałam kilku dni na zebranie się w sobie, ale jestem i pokażę Wam dzisiaj lakier z brokatem Explosion of fun :) Dlaczego nie brokat, a lakier z brokatem? Do uzyskania efektu, który widzicie na poniższych zdjęciach użyłam jednej warstwy Essie Splash of Grenadine oraz trzech warstw Explosion of fun. Trochę dużo, ale iskrzące holo drobinki nieco całą tę sytuację polepszyły. Takie paznokcie poprawiają mi humor i mimo, że od dawna stronię od brokatów (bo zmywanie argh), to skusiłam się i nie żałuję - lakier całkiem przyjemnie się zmywa (w porównaniu do brokatów typu Orly Flash Glam FX Ultraviolet).


Drobinki magiczne, totalnie. Jak na sześć warstw (baza, essie, 3 x explosion, glosser) to i tak nieźle wyschło. Tylko na dwóch paznokciach mi się coś delikatnie odgniotło, bo od razu poszłam spać i jednak nie ma siły na takie przedsięwzięcie. Mani wytrzymał kilka dni i jak tylko w jednym miejscu odprysnął to zmieniłam wystrój.


Oprócz różowego lakieru jest też zielony, w świątecznym klimacie #tyleemocji ;)

Udanej soboty, jeszcze się tu pojawię. Buziaki ahoj!
Stri

poniedziałek, 2 listopada 2015

nowości yves rocher na jesień 2015 #2

Dzień dobry,


dzisiaj druga część nowości. Ekipa Yves Rocher zaskoczyła mnie dokładką nowości, przesyłkę otrzymałam będąc jeszcze w szpitalu, więc musiałam się nieco wstrzymać z zapoznawaniem się z kosmetykami. Szczególnie miłe było serum do włosów, które w ogóle nie jest silikonem! Super sprawa, może najpierw zdjęcia, składu też. Zainteresowanych zapraszam do analizy, a ja mogę Wam powiedzieć, że według opisu produkt ma wzmocnić i wygładzić włosy. Kto nie chce mieć mocnych, gładkich włosów? No kto? Nikt :) Wszyscy chcemy pomóc im być.



Naukowcy Yves Rocher połączyli mikro olejki 100% roślinne z odbudowującymi peptydami z Hibiskusa, tworząc niepowtarzalną formułę.

Podoba mi się pomysł połączenia produktu pielęgnującego i upiększającego. Konsystencja wzbudza zaufanie, jest lekka. Miałam pomysł, żeby użyć dwóch pompek i to raczej na suche włosy. Zdarzyło się jednak, że nałożyłam trzy pompki na jeszcze wilgotne włosy i też było bardzo dobrze. Nie chcę przesadzić i nałożyć za dużo. Instrukcja obsługi mówi 2-4 pompek. Moje skrócone włosy chyba nie potrzebują dużej ilości produktu. Nie zauważyłam żadnego obciążenia, zresztą to będzie bardzo trudne - obciążyć sobie nim włosy. Mleczko / lotion naprawdę ma lekką konsystencję.

Ogromne wrażenie robi na mnie szklana pompka z brązowym aplikatorem o wysokim połysku. Opakowanie jest śliczne, oczywiście mamy również kartonik z informacjami o kosmetyku.

Cena regularna to 27,90 zł za 30 ml, w tej chwili online jest taniej. Serum wzmacniające do włosów, klik!


Drugim kosmetykiem jest krem wygładzający do skóry mieszanej z linii Serum Vegetal, klik. Smukła tubka mieści 40 ml wygładzenia i blasku, a założenia producenta brzmią jak spełnienie moich pielęgnacyjnych marzeń. Po latach zmagania się z problemami pobocznymi (przesuszenie, wybuchające naczynko) stwierdzam, że w cerze mieszanej chodzi o to, żeby jej nie zapchać. Mam ogromną skłonności do zapchanych porów na nosie (dzięki Tato!). To zdarza się regularnie i walczę peelingiem enzymatycznym, a teraz już też kremem na noc. Jednak to są rzeczy, od których nie ucieknę. Zawsze będę mieć rumień, zawsze będę mieć suche placki na twarzy i ciele i zawsze będą mi się zapychać pory. To kwestia utrzymania skóry w czystości, no nic nie poradzę. Chyba, że coś poradzę kiedyś.

Jednak jest jeszcze inna kwestia - zbyt ciężkie konsystencje kremów/pokładów/pudrów, które natychmiast przekładają się na pot na skórze i świecącą się strefę T. Kaman, z tym już można trochę walczyć. Nie tak, żeby w ogóle nos mi się nie świecił, ale jednak warto próbować, bo jest to najbardziej.. nie wiem czy widoczny problem, ale taki pierwszy od zewnątrz mam wrażenie. Jeśli faktycznie ten krem będzie lekki, strzał w dziesiątkę.


Gwiazdą tego produktu jest wyciąg z przypołudnika kryształowego, nazywany Rośliną Życia pobudza w skórze mechanizmy komórkowe do przeciwdziałania zmarszczkom. Formuła zawiera ponad 93% składników pochodzenia naturalnego. Nie zawiera olejów mineralnych i parabenów. Skład na zdjęciu powyżej.

Cena regularna 65 zł, online 44,90 zł. Sklep internetowy sprawdzajcie przed zakupami.


Kolejnym produktem są ampułki błyskawicznie odmładzające, ciekawe uzupełnienie linii. W małym kartoniku znajdziemy 4 sztuki, 1,5 ml każda. Cena 42 zł regularnie, online 29,90 zł.


Ampułki zawierają kosmetyk o świeżej i nawilżającej formule redukującej zmarszczki i drobne bruzdy. Skóra natychmiast odzyskuje blask.

Myślę, że mogłabym je stosować raz na tydzień. Nie wiem czy mam już drobne bruzdy, na pewno nie mam głębokich. Dużo się śmieję i mam zmarszczki mimiczne. Staram się podpatrzeć kobiety w rodzinie jak wyglądają, ale większość mojej rodziny jest już nieosiągalna albo daleko daleko.

Muszę jeszcze dodać, że mini ampułki wyglądają uroczo.


Przedostatnim produktem jest coś z kolorówki. Dosyć interesujące dla mnie, bo takie rzeczy widziałam tylko na wybiegach podczas fashion weeka ;) Top coat połyskujący jest jednym z trzech wariantów kosmetyku. Dostępne są również topy metaliczny i perłowy. Wersja, którą widzicie na zdjęciu jest chyba najbardziej uniwersalna. Na początku wyobrażałam sobie bardzo gęsty przezroczysty błyszczyk do oczu i obawiałam się, że posklejają mi się rzęsy. Nic bardziej mylnego. "Żel" faktycznie jest przezroczysty, ale nie jest gęsty - właściwie nawet bardziej lekki niż ciężki. Do tego po chwili wysycha i robi się mniej.. no.. zastyga, ale mojej skórze nadal było wygodnie. Zobaczymy jak to będzie na oczach.


Last but not least męsko pachnący szampon-żel pod prysznic, łapcie skład i powąchajcie w salonach stacjonarnych. Drzewo gwajakowe i jałowiec kosztuje 29 zł za 200 ml. To męski zapach o świeżych i drzewnych nutach.


Drzewo gwajakowe to bardzo odporne i twarde drzewo pochodzące z Paragwaju. Pozyskiwany z niego olejek eteryczny jest jednocześnie tajemniczy i słodki co sprawia, że zapach jest drzewny i ujmujący.
Jagody jałowca są tradycyjnie używane do produkcji gin'u. Dzięki nim zapach staje się delikatny i elegancki o lekko pikantnym aromacie. Kardamon sprawia, że zapach jest aromatyczny, słodki i otulający.

To na tyle jeśli chodzi o nowe produkty Yves Rocher. Jestem podekscytowana jesienią, zimą, blogowaniem i jedzeniem zup ponownie. Wiążę duże nadzieje z serum do włosów i moim autorskim programem odnowy twarzy (jest dość prosty - złuszczanie i nawilżanie). Wszystkie kosmetyki są nowe, ładne i błyszczące (albo matowe, zależy jaki mamy design opakowania). Dla mnie jednak najważniejsze jest to jak się czuję używając ich. To jest oczywiste, ale czasami zapominamy kupując kolejną rzecz, której nie potrzebujemy, ale koleżanka ma albo coś tam (też tak robię, nie oszukujmy się).

Mnie Yves Rocher kojarzy się z domem, bo moja Mama używała tych kosmetyków odkąd pamiętam. Tego nie da się zapomnieć i mam ogromny sentyment do firmy. Jasne - u Niej sprawdziły się rzeczy, których ja dla siebie nie wybieram (Mama lubi nowości i co miesiąc robi zakupy i używa, ale czasami chomikuje.. a myślicie, że czemu ja jestem chomikiem tak w środku w sobie?;), ale cieszę się, że to nas łączy. Różnimy się, chociaż chyba też jesteśmy do siebie bardzo podobne.

Miałam trudne miesiące latem i intensywny czas od września, a teraz wszystko wraca na swoje miejsce i cudownie, że mogę otaczać się wspaniałymi umilaczami rzeczywistości i używać kosmetyków, które pomagają mi żyć tak jak lubię. Zastanawiałam się też nad tym po co używamy np pielęgnacji twarzy czy ciała - bo potrzebujemy (skóra nas boli/wysusza się/przetłuszcza jak nie zrobimy kroku A albo B), bo chcemy (jestem tego warta, użyję maseczki w płacie), czy dlatego, że już się przyzwyczaiłyśmy, że musimy codziennie użyć tego balsamu, bo jeszcze 4 litry w zapasach i jak ja to zużyję?! Uprościłam nieco, ale z premedytacją. To nie jest fajne uczucie, ja już go nie mam, ale trochę mi to zajęło. Żyjmy lepiej, rozpieszczajmy się, nie róbmy nic na siłę. Korzystajmy z tego, co jest dla nas dostępne. Mieszkamy w uprzywilejowanym społeczeństwie, nawet jeśli pracujemy na zlecenie i mamy kredyt i nie stać nas na coś tam to zaspokajamy swoje podstawowe potrzeby i o wiele, wiele więcej.

Buziaki, spokojnego wieczoru. Ahoj!
Stri

sobota, 31 października 2015

from born pretty store with love

Z prezentacją tych lakierów czekam kilkanaście tygodni i kiedy już nadszedł koniec października padł mi dysk, na którym miałam zdjęcia swatchów. Nie wiem dlaczego wszechświat mi to zrobił.


Zacznijmy od tego, że jeden lakier dotarł do mnie z nieszczelną szyjką i do buteleczki dostało się powietrze, a co za tym idzie - totalnie zgęstniał. Stało się to z najbardziej mnie interesującym odcieniem różowo przydymionej cegły.. muted brick style (numer 23) :) W związku z powyższym, nie dało się nim pomalować paznokci, ale odcień jest dosyć dobrze widoczny na zdjęciu. Spróbuję go pokazać na taśmie klejącej, ale to chyba się nie uda. 

Wybierając kolory przez internet raczej nie spodziewam się niczego, po prostu czekam, aż produkt do mnie dotrze i wtedy oceniam kolor. Czasami rzeczywistość przerasta moje oczekiwania, czasem wręcz odwrotnie.

Pomarańczowa żarówka (numer 16), która świeci w ciemności (pierwsza z lewej, wiadomo) okazała się bardzo żelkowa. Rozprowadza się fajnie, ale kiepsko schnie. Nawet przy użyciu top coatu trzeba przecież zaczekać, aż przeschnie pierwsza warstwa. Z czerwonym odcieniem (numer 15) było lepiej, ale linia nie jest równa i dla mnie trochę skreśla to lakier do paznokci. Nie mam czasu na takie ryzykozabawy, wolno schnące emalie pamiętam sprzed prawie 15 lat. Nie było wtedy w moim życiu baz ani topów chyba nawet też jeszcze nie, a lakiery schły przez dwa dni. Nie wiem jak się żyło wtedy, ale jakoś się żyło przecież. Malowałam paznokcie 3 razy w tygodniu, pewnie dlatego, że pościel mi się na nich odbijała ;)


Pozostaje mieć nadzieję, że tylko ten jeden pomarańczowy intensywny odcień był taki, muted pink brick nie mogłam sprawdzić, a czerwony był spoko.

Perełką tej gromadki są flejki. Mają bogato zdobiony złotkiem uchwyt, lakier wygląda porządnie i jest "normalny" pod względem schnięcia, nie robi problemów podczas użytkowania.


Last but not least, genialny w swej prostocie pomysł - metalowe kuleczki do lakierów. Nie wszyscy producenci dołączają do buteleczek kuleczki. Nie wiem czemu, bo to przecież pomaga. Jak wiemy, dobrze wstrząśnięty lakier przed malowaniem pozwala uniknąć zakłopotania podczas malowania.

Kuleczki są na tyle małe (5 mm średnicy), że wchodzą do środka i na tyle duże, że działają. Można użyć jednej albo dwóch, a po skończeniu lakieru (gdyby to się Wam udało) użyć ich ponownie. Istnieje możliwość, że nie spotkałam stacjonarnie kuleczek, bo po prostu nie odwiedzam paznokciowych miejsc. Paznokciami zajmuję się leniwie, a bloku polerskiego używam tylko jak widzę, że baza mi bąbelkuje.

20 sztuk kosztuje $2.32



Im szybciej tym lepiej uzupełnię ten post o lepsze zdjęcia odcieni, może uda mi się jutro, a może dopiero w poniedziałek. Zdaję sobie sprawę, że post o takich rzeczach jest ciekawostką, bo jeszcze nikt nie dał mi znać, że zrobił zakupy, ale gdybyście mieli ochotę to PJG10 jest kodem uprawniającym do 10% zniżki.

Dobrej nocy, Stri

lunaby | opaska przeciwświetlna


Zawsze chciałam mieć lajfstajlową opaskę jak w Śniadaniu u Tiffaniego. Chciałam również co niedzielę jeść rogale, ale życie weryfikuje dosyć szybko takie zamierzenia. Na opaskę jednak, po wielu latach, w końcu się skusiłam. Lunaby to marka, którą stworzyła jedna z pierwszych blogerek ubraniowych w kraju, teraz promującej slow fashion i slow wszystko.

Joanna chyba studiowała socjologię na Grodzkiej, więc widywałam ją czasami na korytarzu i podobało mi się, że była jedną z niewielu dziewczyn, które fajnie wyglądały i nosiły ze sobą książki albo jakieś w ogóle pomoce naukowe (chociażby komputer). W porównaniu z dziewczynami z filozofii albo religioznawstwa, niektóre studentki socjologii wyglądały jak kurtyzany, żeby nie powiedzieć prostytutki. Nie zrozumcie mnie źle - miały atrakcyjne ciało i prezentowały się bardzo dobrze, ale miały ze sobą tylko małą torebkę i sprawiały wrażenie jakby były tam przypadkiem.

Pomyślałam sobie, że jeśli taka osoba robi takie rzeczy to mają szansę być super. Faktycznie, opaska jest. Widziałam na IG, że lubicie też piżamy Lunaby? :) Podoba mi się pakowanie, liścik i szybka realizacja zamówienia. Opaska jest wygodna, chociaż mogłaby mieć nieco dłuższą gumkę (jest opcja regulacji oczywiście). Więcej modeli i materiałów - moja jest bawełniana, jest też jedwab - znajdziecie na stronie internetowej lunaby.com. Zapłaciłam za nią chyba 45 zł o ile dobrze pamiętam.

Chciałam Wam życzyć spokojnego weekendu, ale uświadomiłam sobie, że 2/3 weekendu minęło i spędziłam go w pracy. Super.

Buziaki ahoj, Stri

piątek, 30 października 2015

kolorowy trening antystresowy | lajfstalove


Lubię kolorować. Nie umiem za dobrze, ale lubię. Niektórzy powiedzą "o fajnie, a gdzie kupujesz kolorowanki?". Inni powiedzą "o, chcesz to dać mojemu dziecku?". Ja bardzo się cieszę, że kolorowanki dla dorosłych się przyjęły i obojętnie czy nazywa się to trening antystresowy czy po prostu kolorowanka - kupuję.

Mam całkiem duży wybór, a teraz pojawiły się jeszcze książeczki typu połącz kropki!! Genialnie. Ja mam kilka, można je kupić online, można w księgarniach. Można dla dziecka, można dla siebie. pokolorujnude.pl jest miejscem, w którym widziałam dużo różnych opcji. Ten post nie ma być reklamą sklepu, zresztą sama nie robiłam u nich zakupów, ale wydają się być bezpieczni i zachęcają szerokim wyborem. Następnym razem kliknę tam. Po co to wszystko? Mnie to relaksuje. Dlaczego nie robić czegoś innego, np czytać książkę albo biegać? Można! Go for it. Możemy wszystko.

Ja lubię kolorować. I czytać książki. I oglądać filmy. I rozmawiać z przyjaciółmi przez telefon. I słuchać muzyki. I pracować na pełnych obrotach. Faktycznie nie lubię się tak bardzo ruszać, bo to męczące, ale trzeba, bo nie można być nieporuchanym grubasem całe życie. Muszę zrobić burgery i kurczaka #onomnomnomnom. Tak zupełnie serio to aktywność fizyczna ma sens i daje rezultaty i do niej zachęcam, zwłaszcza młodych ludzi.

Mam kredki, mam mazaki (tu jest problem jeśli przebijają). Mamy do wyboru strony zupełnie białe (można pokolorować wszystko) lub strony już częściowo zabarwione (przeważnie tło, żeby nadać charakteru ilustracji). Pokolorowanie nie jest taką szybką sprawą.

W zależności od stopnia zaawansowania kolorowanki i przecinania się linii, strona A4 może trwać nawet 4 godziny. Zależy co robimy i jak bardzo jesteśmy uzdolnieni. Ja nie jestem. Wydaje mi się, że potrzeba wymiernych efektów wzięła się z filozofowania od najmłodszych lat. Może dlatego nie interesuje mnie religia, bo ona nie daje wymiernych efektów. Pisanie jest takie pomiędzy, bo przynajmniej się ma tekst. Takie rozważania zrobiłam wieczorem w piątek. Muszę kupić kuchenkę i coś upiec.

Deszczowo, szaro, ciemno i chłodno. Kolorowanie w sztucznym świetle chyba nikomu nie zrobi krzywdy, tylko zadbajcie o odpowiedni kąt padania i takie tam. Można pić kakao w trakcie albo pumpkin spice latte jeśli wolicie lajfstajlowy napój typu Starbuń. Można też próbować zdjąć kota z kolorowanki albo trzy. Mniej lub bardziej skutecznie.

(bo ja w ogóle lubię mój dom i wypoczynek umysłowy)
dobranoc miękko,
stri

dawno nie robiłam zakupów haul | bobbi brown, mac, annabelle minerals i tak bardzo dużo kiko

Shopping w Warszawie udał się zbyt dobrze.


Potrzebowałam nowego opakowania żelu do brwi Bobbi Brown. Natural Brow Shaper w odcieniu 03 Mahogany to mój go-to produkt. Kosztował 96 zł, czyli o 6 zł więcej niż w listopadzie 2014. Wypróbuję Gimme Brow, bo mnie L. namawia. Namawiasz mnie, nie mów, że nie.


Chciałam pomadkę MAC w seksualnie nude odcieniu i wybrałam Brave. Wybrałam 3 lata temu, ale ćśssiii. W końcu się udało. Kosztowała 86 zł chyba. Lajfstajlowo. Mam ochotę na rozświetlacze (Lightscapade, Soft n Gentle), ale kosztują za dużo, żebym mogła je usprawiedliwić w tej chwili. Może kiedyś. Dopiszę do wishlisty, żeby pamiętać. Mam jedno spostrzeżenie dotyczące nazwy tego odcienia. Brave w tym przypadku kojarzy mi się z byciem zwycięzcą w walce z nowotworem i mimo wielu prób, nie mogę uciec od tego skojarzenia. Moim zdaniem powinna nazywać się jakoś tak bardziej w stylu "afternoon fuck" albo nawet "lunch fuck", bo może do biura używamy takich odcieni. To jest nieco bardziej wyrafinowana porno pomadka, ale nadal jest porno. Może performerki nałożyłyby na nią błyszczyk mleczny albo taki rozjaśniający.


U Słomki używałam podkładu Lily Lolo i idąc tym tropem zdecydowałam się na podkład matujący Annabelle Minerals w odcieniu Golden coś tam. Wyprawa do sklepu była przygodowa, ale dałyśmy ze Słomką radę. U Jeża próbowałam jaśniejszego CREAM, ale zgadzam się, że jest za jasny. Jestem dopiero w fazie testów, nie mogę sobie jednak poradzić ze ścieraniem się produktu. Coś robię źle, nie wiem co. [Po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że robię źle bazę oraz ilość produktu - za dużo!!]

Szkoda, że nie załapałyśmy się na mały pędzelek, który jest mały i fajny i gratis do zakupów z okazji urodzin, na które przybyłyśmy za wcześnie.



W Kiko nastąpiło lekkie szaleństwo, ale nie do końca takie bardzo duże, bo dealerem Kiko była Hexx kilka sezonów temu, a teraz są już salony stacjonarne i ja do tego salonu stacjonarnego chętnie się udałam w celu zakupienia Long Lasting Stick Eyeshadow thingy w odcieniach 25 i 28. W końcu wzięłam dwa, bo ten drugi też był dobrym pomysłem. Miałam rację, że wzięłam oba - używam.


Poza kredkowymi cieniami w Kiko było dużo kolorowych rzeczy, np LAKIERY DO PAZNOKCI. Miałam ochotę na wiele, ale rozsądnie wzięłam tylko te 4, których nie miałam i jeden szary, bo był szary i kosztował 3,90. Staram się nie kupić OPI z szarej kolekcji Mr Grey will see you now. Próbuję I'm trying. Dlatego wybrałam.. a zresztą. Już Wam pokazuję.


Ten lakier kupiłam zainspirowana szaro-seksualną kolekcją OPI. Na paznokciach wygląda bardzo stalowo, ma blue undertones. Jestem zadowolona, no i #oszczędność.


Granat wpadł mi w oko i nie mogłam bez niego wyjść. Miałam dużo granatów, ale w każdym coś mi nie odpowiadało. Przeważnie konsystencja, ale czasami jakieś tam inne szczegóły ;)


Szary kupiłam zamiast OPI. Jest następny w kolejce do malowania, we'll see.


Magicznie fioletowy z akcentami sam mi się wpakował do koszyka, noo może Słomka mu trochę pomogła.


#blueskies, musiałam.

Lakiery kosztowały 9,90 zł w regularnej prostopadłościennej kolekcji i szary był jeszcze tańszy - 3,90 zł, bo chyba wycofywany. Wycofywanie oceniam na podstawie braku numerów/nazw na stronie internetowej. No właśnie, bo sklep internetowy też jest.

Dziwna sytuacja wydarzyła się z konsultantką i kartą lojalnościową. Mnie w ogóle jej nie zaproponowano, Słomce zaproponowano rabat 10% jeśli u siebie w telefonie korzystając z internetu ogarnie kod rabatowy czy zapisze się do newslettera czy coś. Można wyobrazić sobie jak bardzo w salonie nie ma zasięgu. Dobry ruch move marketingowy Kiko, a może to nie wina Kiko tylko pani sprzedającej.


Do zakupów powyżej 100 zł dorzucali kredkę z limitki. Wybrałam nude, bo nude jest motywem przewodnim ostatnio. Nie do końca, ale trochę tak. Na linii wodnej trzyma się nadając spojrzeniu rozświetlenia. Ulala, zatrzepocz rzęsami i świat będzie leżał u twych stóp. Not quite, ale być może. Nigdy nie wiesz co znajdziesz na podłodze.

Tyle zakupów na dzisiaj, ale to nie wszystkie zakupy w ogóle. Zabieram się za relacje ze spotkań. Miesiąc spotkań to był. Sezon. Pora roku wręcz.

Dzięki za uwagę, jeśli macie jakieś pytania - śmiało.
Buziaki, ahoj!

Stri

not today


Sky blue, the sun glistenin'
I hear morning birds whistlin'
Yesterday I weren't listenin'
But now I feel different
I've been down in the alley
With darkness around me
Where everything's cloudy and grey
But not today

Wyśmienicie bawię się przy tym utworze, może Wam też się spodoba.
Dzień dobry!

Stri

instagram | twitter | bloglovin'

czwartek, 29 października 2015

the blue tide pulling me under


dobranoc. dzięki, że jesteście tutaj, chociaż są miliony innych miejsc, w których moglibyście być.
stri

instagram | twitter | bloglovin'

październik

znowu life update, ale cóż poradzić. tym razem będzie od myślników.

- w tej chwili mam dwa komputery. w jednym nie działa zasilanie, w drugim dysk. działający dysk nie jest kompatybilny z działającym komputerem. na dysku, który nie działa są zdjęcia i inne rzeczy, które już prawie wrzuciłam na blog, ale jednak nie wrzuciłam. mam nowy dysk, na którym nie ma niczego oprócz windowsa 7. argh

- drogą przypadku nabyłam salmonellę, która próbowała mnie zabić i musiałam iść do szpitala bez mydła, ale nie umarłam. czuję, że boli mnie gardło i zbliża się coś niebezpiecznego dla mojego wątłego zdrowia. jak żyć nikt nie wie.

- byłam w ikei, kupiłam meble, bo przemeblowanie w końcu. no niby tak, ale szpital i później warszawa i jakoś nie wyszło. ostatni mebel został skręcony dopiero w tym tygodniu, więc jest chaos i nadal dużo do ułożenia i usunięcia (bo kupiłam meble, w których jest mniej miejsca, żeby nie być chomikiem)

- meet beauty było fajne, nie miałam żadnych traumatycznych wydarzeń związanych ze stanem mojego układu trawiennego, więc to już była połowa sukcesu. napiszę coś o konferencji, bo trzeba zapamiętać co się czuło i myślało. cieszę się, że pojechałam.

- przeczytałam 4 tomy księgi całości (kres love) i to wszystko. wiem, trochę smutno.

- mój Tata miał urodziny, było przytulnie.

- obejrzałam kilka filmów, zdecydowanie najlepszym był crimson peak, bo tom hiddleston i magiczny świat guillermo del toro i te przepiękne detale. i omg chcę jeszcze.

- schudłam 4 kg, bo zatrucie. pomyślałam, że wspomnę, bo kupiłam sobie nowe spodnie i są za duże, ale pewnie po praniu znowu będą dobre? spodnie z działu hm+ nawet dają radę, normalnie 99% bawełny i 1% elastanu. nieco grubsze, była wersja slim i straight nogawek. wzięłam slim. mimo, że wolę najwyższy stan zawsze to tu wysoki stan = krok w udach, bo spodnie zatrzymywały się na łydkach wtf? wzięłam regular waist.

- byłam na terapeutycznym koncercie Mikromusic

- pofarbowałam włosy farbą, totalnie normalną farbą. na tak jakby wiśniowo, a trochę nieco na fioletowo niby, ale jednak nie do końca. dzieje się.

- wróciłam do pracy, bo szpital wydarzył się w tygodniu, kiedy miałam urlop i zaplanowałam wakacje. supeer. pracuję teraz cały czas, a niedługo zaczyna się sezon świąteczny i będę więcej czasu spędzać pracując niż nie. muszę kupić kuchenkę, później nie zdążę. to plan na przyszły tydzień.

- koty już codziennie śpią w łóżku, Guen weszła nawet ostatnio pomiędzy pościel, a kołdrę. Mały Żbikunio, było Jej zimno. Shiro śpi z łapką na moim policzku, pochrapuje cichutko. to są chyba najlepsze momenty mojego życia :))

Czy u Was okay? Dzisiaj chyba pomaluję paznokcie na pomarańczowo, żeby być dynią.


Dziękuję za uwagę, buziaki ahoj!
Stri

sobota, 10 października 2015

nowości yves rocher na jesień 2015


don't you want somebody to love..
don't you need somebody to love..

..you better find somebody to looooove..

Dzielicie zapachy na pory roku? Lakiery do paznokci? Ja teoretycznie nie, ale nie noszę Obsession latem. Nawet nocą jest na nie za gorąco. Jesienią mam okres przejściowy i zdaję sobie sprawę, że znowu nie zużyłam letnich zapachów, a robi się na nie jednak trochę za mało wakacyjnie. Wiecie, wspomnienia wypalają dziurę w mózgu i później już nic nie jest tak samo.

Zanim przejdę do nowości - zatrzymajmy się na chwilę przy Quelques Notes d'Amour. Zapach zaskoczył mnie tym jak otulająco rozwija się na skórze. Nie będę nigdy specjalistą w dziedzinie zapachów, ale wiem co mi się podoba, a co nie. Ten zapach mi się podoba. Polecam wypróbować na skórze przed zakupem, zresztą zawsze trzeba, ale nie zniechęcajcie się po pierwszych minutach i poczekajcie chwilę. I ta urocza buteleczka :)

Propozycja Yves Rocher na ten sezon została pięknie przedstawiona na konferencji w Warszawie. Spotkanie odbyło się pod koniec września w Łazienkach Królewskich, po których biegały/kicały wiewiórki i przechadzały się pawie (bażanty;). Atmosfera była zapraszająco-rozleniwiająca, bo słońce i wysokie temperatury. Ja jechałam z Gdyni, w której było zdecydowanie chłodniej i dzień wcześniej, deszczowo. Wpadłyśmy ze Słomką w ostatnim momencie, ale załapałyśmy się na ostatnie prezentacje.

Co ciekawego w asortymencie?


Europejskie wydanie sheet mask, czyli pomysły na maskę bankietową from Korea with love. Anti Age Global to maska przeciw oznakom starzenia się skóry. Wysoce naturalna formuła, która zawiera ponad 97% składników pochodzenia naturalnego, idealnie współgra ze skórą zapewniając widoczną skuteczność przeciwzmarszczkową. Wykorzystana technologia „skóra dla skóry”, unikalna i innowacyjna formuła, która łączy przyjemność i skuteczność stosowania.

Cena regularna 42 zł jest wysoka, teraz w sklepie internetowym można kupić ją taniej za 29 zł. Powinnam patrzeć na ten produkt w kontekście maseczki gabinetowej, u kosmetyczki. Wtedy faktycznie jest bardziej atrakcyjnie. Bardzo chętnie kupiłabym ją mojej Mamie, ale ma bardzo bardzo bardzo bardzo wrażliwą skórę (dzięki Niej mam i ja!) i nie wiem czy to się uda. Może się uda. Dobry pomysł na prezent gwiazdkowy, ja chcę do końca października ogarnąć wszystko co się da i mieć z głowy :)

Osobiście polecam maseczkę na wieczór, po 15 minutach można wklepać płyn i pójść spać albo przesunąć maskę na dekolt i poczekać jeszcze trochę, aż kot przyjdzie i zostawi wszędzie kłaczki i zacznie ugniatać, futro przyklei się nam do twarzy.. ;) Bardzo relaksująca forma pielęgnacji twarzy - w tej konkretnej masce podoba mi się to, że składa się z dwóch części i zostawia skórę gładką, miękką i wypoczętą.


Druga nowość to krem na noc/peeling enzymatyczny, czyli kolejny produkt w linii Serum Vegetal. Krem odnawiający skórę na noc z m.in. kwasem salicylowym wygładza powierzchnię skóry już po miesiącu. Nie mogę się doczekać efektów. Jesienią/zimą zawsze się złuszczam i mam przeczucie, że w tym sezonie efekty mogą być całkiem fajne, bo mam trochę przebarwień po lecie, ślady i blizny (małe, ale zawsze) po masakrze hormonalnej na mojej brodzie..

Interesująca jest konsystencja - formuła żelowego olejku, która nawilża i delikatnie złuszcza martwy naskórek bez zastosowania drobinek złuszczających. Działa jak peeling odnawiając skórę bez szkodliwych efektów. Brzmi świetnie, prawda? Krem zawiera 98% składników pochodzenia naturalnego i w cenie regularnej kosztuje 125 zł. Teraz online 89 zł.


Nowy zapach So Elixir Bois Sensuel jest otulający, ciepły i ciągnie się jak karmel. Paczula, wanilia, irys. Woda perfumowana występuję w dwóch pojemnościach - 30 ml i 50 ml. Mniejsza kosztuje 132 zł, a teraz online 89 zł. Większa 175 zł, a teraz online 119 zł. Opakowanie kartonikowe ma mini logo powielone w dwóch kolorach, wygląda to przeuroczo!


Następny jest Low ShamPoo, czyli delikatny szampon w kremie. Tutaj wiedziałam od razu, że nie będzie zbyt wydajny. Dla początkujących, wszelkie "low poo" metody nie będą wydajne, bo nie możemy zaakceptować faktu, że się nie pieni. Skandal ;) Jak to się może nie pienić? Normalnie, może się. Myje dobrze, zmywa nawet olej. 14,90 to cena regularna i jak można się spodziewać online jest teraz taniej - 12,90 zł. Ładnie pachnie, opakowanie ma 200 ml.
W składzie m.in. głóg z ekologicznych upraw. Nie znajdziemy w środku laurylosiarczanu sodu, silikonu, barwników ani parabenów.



Jak już jesteśmy przy włosach, zobaczcie - Yves Rocher wprowadził do swojej oferty serum do włosów. Jestem baaaardzo ciekawa i zastanawiam się na ile jest to serum, a na ile olejek/olejki. Tego produktu nie było w goodie bag, więc jak zużyję coś do włosów (chyba mam ostatnie opakowanie leczącego seboradinowego psikpsika z hibiskusem czy z czymś) to kupię. Tylko może spróbuję jednej pompki w salonie przedtem. Cena 27,90 albo 5 zł mniej teraz online.

Przejdźmy do makijażu.



Kredki do oczu. 15 kolorów, 3 wykończenia.

Efekt połyskujący: kredka brązowa, granatowa, szara, czarna.
Efekt matowy: kredka błękitna, fuksja, cytrynowa, pomarańczowa.
Efekt satynowy: kredka beżowa, niebieska, śliwkowa, zieleń eukaliptusowa, fioletowa, ciemna noc, zieleń bambusowa.


Pozbyłam się bardzo wielu kredek z mojej "kolekcji", zostawiłam tylko te najfajniejsze i ta nowa z YR ma szansę w tym gronie pozostać na dłużej. Dlaczego? Jest cudownie mięciutka (za sprawą wosku carnauba), ma trwałość w normie, duży wybór kolorów i nie mnie nie uczula. Wybrałam kolor śliwkowy, który ma atrakcyjne satynowe wykończenie. Podobało mi się jeszcze kilka, ale nie robię kresek, a kredki służą mi raczej jako baza pod cienie albo coś, co mogę rozetrzeć i poczuć się jak rasowy mua #fejm.

Cena regularna kredki to 24,90, teraz online kosztuje 17,90. Przed chwilą rozglądałam się na stronie internetowej w poszukiwaniu promocji łączeniowych (nie ma takiego słowa). Za 16 zł mogłam kupić low poo szampon i granatową kredkę. Swatche koniecznie w salonie, ale warto spojrzeć na promo online. Polecam podjąć wyzwanie/wysiłek.


Do makijażowej reprezentacji dołączył również granatowy lakier do paznokci. Bardzo trwały w połączeniu z topcoatem. Końcówki nieco się starły, ale nosiłam go 5 dni i piątego dnia też czułam się pewnie. Nie ma nic gorszego (na poziomie mało ważnych spraw) od braku ogarniętych paznokci, przynajmniej w moim odczuciu. Gdybym mogła to malowałabym paznokcie codziennie, ale raz, że skórki się wysuszają, a dwa, że jednak czas goni nas.

Chciałabym się zatrzymać przez chwilę na lakierach do paznokci z przeuroczymi hashtagami. Nie wiem kto to wymyślił, ale pomysł jest fantastyczny. Mam nadzieję, że produkty będą się świetnie sprzedawać dzięki temu. Zobaczcie same, ja byłabym wrażliwa. Granat i grafit. Idealnie, bo jestem wrażliwa w nadmiarze. W zestawie 23,90. Solo 11,90 teraz online.


To nie wszystkie nowości, które przygotowało Yves Rocher na sezon jesienny 2015 (patrz zdjęcia poniżej). Po więcej zapraszam do salonów stacjonarnych lub do sklepu internetowego :))
 


Disclaimer, chociaż chyba nie będzie trudno się połapać. Wszystkie nowe produkty, które posiadam otrzymałam na spotkaniu. To była wstępna prezentacja, szczegółowe recenzje coming soon.

Mam nadzieję, że spędzacie przepiękny weekend w zgodzie ze swoimi potrzebami. Przytulam Was mocno, buziaki ahoj!

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...