piątek, 27 marca 2015

life update | o tym jak pozbywam się różnych rzeczy


Myślę nad napisaniem takiego posta z prawdziwego zdarzenia o przemianach w moim życiu. Tak dla samej siebie, żeby udokumentować jak to było. To chyba nie będzie ten post, ale kto wie. Wszystko zaczęło się dziać i na początku chyba nawet nie zauważyłam. Minimalizm się zrobił modny, ale ja jako jednostka zbyt leniwa na podążanie za modą jakoś puściłam go przodem, a sama swoim tempem musiałam do niektórych rzeczy dojść. Na początku wydawało mi się, że cały ten minimalizm jest z dupy wzięty i będzie trzeba jeść tofu albo nosić niewygodne buty bez skarpetek ze spódniczką bez rajstop. U mnie by to nie przeszło, bo raz, że grube ocierające się uda i bez rajstop ani rusz, a dwa, że ja właściwie nie lubię rajstop i spódniczek też chyba nie, chociaż gdybym trafiła na odpowiednią to może, może. Poza tym byłam przekonana, że trzeba biegać, bo bieganie to sport minimalistów. Nakłady finansowe mogą być minimalne, wystarczysz Ty i Twoje chęci i buty z Decathlonu za 80 zł. Mnie do zmian zmusił metraż mieszkania, w którym mieszkam.27,9 mkw to bardzo mało, a jak się ma miliardy niepotrzebnych rzeczy zbieranych latami to tak to wygląda. I ja wcale nie mówię o kosmetykach, bo kosmetyki zgromadziłam w ostatniej fazie zbieractwa. O rety! - zakrzyknąć można z drżeniem w głosie. Alrighty, a czego się pozbywałam i jak?

Pierwszy etap to były ubrania, chociaż tutaj to akurat jest jedno małe "ale". Mam ogromną walizkę fajnych ciuchów "jak schudnę" i mimo, iż ważę coraz więcej to nadal mam nadzieję, że będę ważyć mniej. Walizkę zostawiłam w spokoju, zajęłam się rzeczami, które chciałam wyrzucić/oddać na pewno. Wiedziałam, że chcę podarować książki osiedlowej bibliotece. Zaniosłam tam dwie torby z ikei książek i album Ziemia z lotu ptaka czy coś tam. Ta wystawa była kilka lat temu na plantach i tak się zakochałam wtedy w tych zdjęciach, że z jakiegoś powodu czułam potrzebę POSIADANIA (słowo-klucz) ogromnego albumu, który ważył kilka kilogramów, przez lata.. WTF?! Dygresja, wróćmy do ubrań.

Zrozumiałam, że nie mogę żyć z przypadkowymi ciuchami w kolorach z dupy wziętych nawet jeśli są to ubrania "po domu". Tutaj może warto byłoby wspomnieć o tym, że ubrań mam nadal za dużo, ale nie chciałam się pozbywać wszystkiego, a później zorientować się, że czegoś mi jednak brakuje. Podzieliłam to na 3 fazy. Najpierw pozbyłam się wszystkiego, co mi się nie podobało/leżałoby źle nawet gdybym zrzuciła 30 kg ;P Usunęłam też rzeczy, które nie pasowały kolorystycznie do mojego planu ubraniowego. To była druga faza. Miałam szary kwartał i przeznaczyłam około 300 zł na swetry, sweterki, spodnie, legginsy itd "jesienno/zimowe". Takie, w których chodziłam "od razu". Sweterki kupiłam w SH, legginsy w HM i będę kolejny raz reklamować, bo się przecierają w kroku po miesiącu/dwóch - spodnie, legginsy, jegginsy i dżinsy. Doładowałam więc szafę ciuchami, ale jednocześnie dużo posłałam w świat. Teraz jestem w fazie trzeciej-przejściowej, ale staram się usuwać jeszcze jakieś nieudane wybory sprzed lat, które były pomyślane jako "ubrania na plażę" (mieszkałam nad morzem, pamiętajmy). Jak chodziłam na siłownię to faktycznie potrzebowałam więcej ubrań, bo chodziłam codziennie. Tak było mi wygodnie, no po prostu tak wyszło. Teraz za krótkie koszulki sprzed pięciu lat za 13 zł już nie są mi potrzebne i nie zgadzam się na to, żeby mi zagracały szafę, zwłaszcza, że mam naprawdę małą szafę.

Jak ubrania to obuwie też. Straciłam bardzo dużo pieniędzy kupując tandetę nie ze skóry. Tu 80 zł za botki, tu 90 zł za półbuty, tu 100 za kozaki. Wszystko do wyrzucenia (oddania), bo pociła mi się stopa, bo miałam straszne odciski i w ogóle nie dało się. JAK ŻYĆ?! DLACZEGO dlaczego dlaczego? Nie wiem. No more. Nigdy więcej badziewia. Nie będę tutaj wymieniać co mam, bo mam więcej niż potrzebuję, ale tego, czego już na pewno nie potrzebuję to nie mam. Pozbyłam się, właśnie dziś ostatnich czterech par. Jedna z nich była niedopasowana (dostałam w spadku, komuś też nie odpowiadały), druga i trzecia były popsute po intensywnym biegowym lecie i jesieni w lasach. Czwarta to były kozaki, których nie mogłam odżałować. Kupiłam je 7 lat temu, nie chodziłam w nich od jakichś 4 albo 5 i naprawdę nie wiem. Nie wiem, nie umiem tego wytłumaczyć. Nie boję się mieć butów, ale już tylko dobrej jakości i takie, które są naprawdę "moje". Jak widzicie ta zasada się przewija we wszystkich dziedzinach i tak naprawdę nic odkrywczego, ale jak cudownie to wpływa na jakość życia. Nie potrafię zrozumieć dlaczego żyłam inaczej.
Nie sądzę, żeby chodziło o pieniądze. Można mieć jedną rzecz dobrej jakości, a nie dużo badziewia. Nawet jak się nie ma dużego funduszu to można. Zresztą, o funduszach to nie rozmawiajmy, bo każdy ma inny. Myślę, że można używać butów różnie. Ja przechodziłam kilka lat w jednej parze trampek i było mi z tym dobrze. Gdybym nosiła buty na zmianę z innymi to pewnie zamiast 3 lat dałyby radę 5. Kwestia wyboru i okoliczności.

Z książkami to było tak, że studiowałam filozofię, więc miałam ich setki i kupowałam po kilka tygodniowo, czasami kilkanaście. Miliony materiałów potrzebnych tak bardzo. Przy wyprowadzce z Krk połowę książek zostawiłam znajomym. Jak już się obroniłam w i pogodziłam z myślą, że na doktorat nie idę, wiedziałam, że chcę przeczytać/przejrzeć je jeszcze raz i zanieść do biblioteki. Te dwie torby z ikei miały pozycje zupełnie poważne, ale też badziew z biblioteczki Biedronki. Ja naprawdę czytałam różne rzeczy (fifty shades na przykład) i jestem w stanie czerpać garściami ze źródeł wszelakich, ale w momencie kiedy zacznę czytać książki z Biedronki niech któraś (Jeż, Słomka?) zrobi interwencję. Uważam, że ludzie mogą czytać co chcą. Ja nie chcę tego czytać. Myślę, że jeszcze około 30 książek przeczytam i zaniosę do biblioteki. Poszło mi całkiem nieźle, ale nie martwię się już o to, co będę czytać, bo mam swojego wymarzonego Kindle'a i wszystko będzie dobrze.

Trudno było mi zminimalizować moją papierniczą kolekcję, bo w gruncie rzeczy mam lat 6 i kolorowe mazaki. Mazaków się akurat pozbyłam, ale inne wstydliwe rzeczy zostały. Uporządkowałam, trochę ogarnęłam, mam za dużo notesów i zeszytów, ale to wiedzieliśmy wszyscy. Rozstałam się z 20% "kolekcji", dałam dziecku w rodzinie zeszyt z Małą Syrenką. Nie pytajcie skąd miałam zeszyt z Małą Syrenką, to trudny temat. Widzę tutaj pole do popisu. Poza tym sukces, bo ostatnio jak byłam w Tigerze to nic nie kupiłam. NIC nic nic.

Kwiecień ustalam miesiącem zużycia świec i olejków i wosków. Jeszcze jest chłodno, więc uda się. Tutaj nie mam problemu, chociaż 400 tealight'ów to trochę dużo. Mogę się tłumaczyć brakiem ikei w pobliżu. Nie, żeby mnie to kiedykolwiek powstrzymało yy.. Część świec mieszka w łóżku, pomiędzy kosmetykami, a piaskiem dla kota. Powiedzmy to w ten sposób. Docelowo w łóżku ma być jeszcze nie wiem co, ale żeby to tam było musi być pusto.

Pozbyłam się puzzli, bo nie miałam ich gdzie układać. Schowałam gry planszowe, bo nie mam żadnych fajnych, a nie mam też ludzi, żeby z nimi grać. Ich naprawdę było tylko kilka, ale myślę, że są na tyle fajne, że je zatrzymam.

Akcesoria. Szaliki i czapki kupuję jak szalona, bo jak się jest otyłym to tylko buty i akcesoria pasują :) Pozbyłam się 6 szalików/apaszek, których nie używałam od kilku lat. I większości etorebek. Część  była kiepskiej jakości, inne przestały mi się podobać. Zaczajam się na dzikiego józefa jesienią. Jeszcze nie skończyłam się pozbywać szalików, ale chcę im dać szansę wiosną i upewnić się, że na pewno ich nie chcę. Powoli się upewniam.

Kuchnia i łazienka to osobny temat, ale ujmijmy to tak, że z kuchni wyleciał stół, puszki, puszeczki, talerze, talerzyki, drewniane łyżki, dzbanki, cukierniczki, kubki "zimowe", filiżanki z zestawów różnych. Jest jeszcze pole do popisu, ale większość usunęłam. Zrobiło się więcej miejsca. Uff. Z łazienki to właściwie zniknęły tylko powtarzające się produkty (po co mi 4 szampony jednocześnie? czasami mam ochotę na jeden, innym razem na drugi i tak to się zaczyna;).

Rzeczy takie jak pościel i ręczniki w moim przypadku podzieliłam na 1) te których używam teraz (w tej grupie są takie, które kiedyś się potargają i przejdą do grupy 2) te, które przydadzą się bezdomnym zwierzętom albo można zrobić z nich ściereczki. Po pierwszym odgruzowaniu ogólnym dochodzę do wniosku, że będą jeszcze co najmniej dwa - jedno bieżące i jedno ostateczne na końcu. Ile będzie pomiędzy to zależy tylko ode mnie i od tego jak dobrze pójdzie mi pozbywanie się rzeczy. Podjęłam decyzję, że nie będę dalej żyć jak hordersi, bo to nie ma sensu. Wydawało mi się, że jestem w miarę sensowna, ale góry niepotrzebnych przedmiotów zachwiały moją wiarę w siebie, co jest zupełnie nie do pomyślenia.

Skłonność do głupiego "zaoszczędzania" i chomikowania wyssałam z mlekiem matki, a moja mama kilka lat temu się odgruzowała i teraz przyszedł czas na mnie. Na pewno można moje zbieractwo wytłumaczyć też kilkoma psychologicznymi teoriami. Przedmioty materialne są takie specyficzne. Zwłaszcza teraz, kiedy możemy mieć wszystko. Ja poczułam się, że żyję w ich świecie, a nie one w moim. Jako gatunek to chyba trochę tak żyjemy, ale w mieszkaniu to nie jest wykonalne. Oczywiście, że można mieć jakieś rzeczy nie w bieżącym obiegu, ale tylko pod warunkiem, że się ma miejsce. Ja nie mam. Chyba pisanie o całej tej sytuacji może tylko pomóc, więc napisałam. Czuję się zmotywowana do kolejnej szarży ;P

Jeśli masz chwilę, zostaw komentarz i napisz co myślisz.
Dziękuję,
Stri

czwartek, 26 marca 2015

nail tag 2.0


Grupa nacisku w postaci Jeża zaproponowała zrobienie tego tagu ponownie. Poprzednia wersja działa się pod koniec 2011 roku, więc może być ciekawie. W ostatnim czasie pozbyłam się wielu lakierów, myślę, że łącznie była to 1/3 mojej "kolekcji". Nie liczyłam ile ich teraz jest, ale mam taki mały zamiar zużyć wszystkie miniaturki OPI (mam ich 20? więcej?).. i nacieszyć się ostatnimi zakupami, które do mnie wczoraj dotarły :D (z targów beauty forum)

1. Ulubiona marka?
OPI. W moim życiu jest też dużo Orly, ale ulubione jest jednak OPI. Początki były trudne, bo wybrałam lakier o ciulowym wykończeniu i byłam niezadowolona (nic dziwnego). Teraz jest jednak miłość. Lubię Ciate, ale ich nie kupuję oprócz przypadkowych miniaturek w Sephorze. Mam bardzo dużo lakierów Catrice, ale nowych nie planuję.

2. Brokat czy krem?
Brokat porzuciłam już bardzo dawno, bo nie jestem w stanie się zaangażować w relację, z której nie jest tak łatwo się wyplątać. Ostatnio polubiłam metaliczne wykończenie i takie foiled. Foil? Jak to się mówiło? Trochę zardzewiałam pod kątem nazewnictwa lakierowego.

3. OPI, China Glaze czy Essie?
China Glaze kusiło mnie, ale nie mogę się zdecydować, a stacjonarnie brak. Za to Essie nie lubiłam przez wiele lat, a ostatnio jakoś tak wyszło i kupiłam kilka kolorów. I tak wygrywa OPI. Nie mogę tu nie wymienić Orly.

4. Jak często zmieniasz kolor lakieru do paznokci?
Bez zmian - średnio 2 razy w tygodniu, chociaż przez kilka ostatnich tygodni zmieniałam paznokcie zawsze jak myłam włosy, a włosy myłam co dwa dni. Chciałabym malować paznokcie codziennie.

5. Ulubiony kolor?
W ogóle mam obsesję na punkcie szarego i nosiłam szaro/grafitowo/srebrne paznokcie przez krótką chwilę, ale hmn. Cóż ja tu mogę napisać teraz. Lubię mocne kolory, to się nie zmieniło. Noszę róże i czerwienie, ale też pomarańcze i takie ciepłe kolory.. Mam 6 lakierów w prawietakimsamym kolorze, więc może też taki kolor jest ulubiony. Pokażę Wam, to jest czyste szaleństwo.

6. Ciemne czy jasne?
Eksperymentuję z zupełnie jasnymi odcieniami (patrz zdjęcie inglota), ale nie jest tak, że z "ciemnych" lakierów zrezygnowałam. Nigdy nie zrezygnuję, to wiem na pewno. Jak będę nosić tylko odcienie nude to niech ktoś mi coś powie.

7. Aktualnie na paznokciach..
Jak to pisałam, miałam biel. Tak, wiem. Sama jestem zaskoczona. Przed publikacją mam limonkę. Szalona!

8. Matowe wykończenie?
Piasek to moje ulubione wykończenie wszechczasów. Mam kilkadziesiąt piasków i nawet kilka zużyłam (!!)

9. French?
Nope.

10. Ulubiony zimowy kolor?
Trudno wybrać jeden, ale tu się nic nie zmieniło. Głębokie mocne czerwienie, fiolety, zielenie, granaty, czerń, grafit.

11. Marka, której nie lubisz?
Nie lubię Essie, ale kupuję ich lakiery. Im bardziej kupuję tym bardziej mam rację, że nie lubię. Nie wiem, do żadnej innej marki nie pałam niechęcią. Rimmel mnie ostatnio rozczarował.

12. Top coat?
Seche Vite LOVE 4EVAH, ale otworzyłam wczoraj GLOSSER od Orly i mam też top OPI. Topów u mnie dostatek, gorzej z bazami.

13. Kolor, którego nigdy nie nosisz?
Żółtego, chociaż lubię lakier Essence. Inne chyba noszę. Niebieskie i zielone chłodne odcienie przestały mi zupełnie odpowiadać, bo ja się ogólnie źle czuję w takich kolorach. Mam ich nadal pod dostatkiem, ale noszę je rzadko.

14. Base coat?
Właśnie skończyłam Eveline, jest jeszcze NailTek i Inglot, ale idzie nowe. Zobaczymy.. podpowiecie coś?

15. Ulubione wykończenie?
Piaski, później krem. Flakies kocham, ale nie ma ich, więc trzeba żyć dalej.

16. Wzorki?
Nope. Prosto, nie mam już piętnastu lat. Chociaż naklejki z wzorkami do mnie przemawiają, bo nie trzeba tego robić samemu. Sama malować wzorków nie mam zamiaru. Nowinki docierają do mnie w ramach jednej współpracy, przeważnie jestem sceptycznie nastawiona, ale trzeba próbować nowych rzeczy.

17. Crackle?
Nope. Mam 4 x OPI w różnych odcieniach. I jednego Inglota. Co z tym robić nikt nie wie.

18. Wishlista?
Och, wishlista.. no nie, nie mogę mieć wishlisty, bo mam nadmiar i nie da się żyć z zagraceniem.

19. Ostatnie zakupy?
Za pomocą Jeża i Moniki na Targach w Wawce zdobyłam kilka rzeczy, m.in. Miss Conduct, która była na mojej wishliście baaaardzo długo.

20. Malujesz rano, wieczorem, w drodze?
Wieczorem, przed snem, z jednym okiem zaśniętym.

Uroczy był ten tag, jestem ciekawa jak u Was się pozmieniało? Pozdrawiam Was serdecznie i życzę udanego czwartku. Dziś promocja w Hebe na podkłady, rozważam CC od Bourjois, ale mam tego tyle, że powinnam poczekać, no ale jest -40%, ale mam nadmiar.. a jak się pozbędę? Hmn hmn hmn. Dylematy ;)

Buziaki,
Stri

wtorek, 24 marca 2015

eveline 8 w 1


Kupiłam ją rok temu (strzelam, przyznaję się), używałam od czasu do czasu jako bazę pod lakier. Z przerwami, a czasem kilka razy pod rząd. Rzadko solo, bo nie lubię mlecznych paznokci. Skończyła się jakieś 2 tygodnie temu, pod koniec z jakiegoś powodu darowałam sobie czyszczenie szyjki i buteleczka była mało atrakcyjna, więc po prostu ją wywaliłam z kilkoma kroplami na dnie.

Każdy musi zdecydować czy ma ochotę na formaldehyd czy nie. Ja nie myślę o nim w taki sposób, żeby się go bać, więc pewnie kiedyś wrócę do Eveline. Nie jest jednak tak, że 8 w 1 odmieniło moje paznokcie i teraz są zdrowe i mocne. Nie są. Lepsze efekty moim skromnym zdaniem daje olejowanie. Pędzelek nie sprawia problemów, jest długi i raczej wąski.

Cena to ok 12 zł w regularnej sprzedaży w sieci drogerii Rossmann. Chyba tyle, bo cóż więcej można powiedzieć. To taki post "ku pamięci", bo to była moja któraś buteleczka. Oprócz Eveline używałam też Nailteka, Inglota i kilku innych. Co będzie dalej? Dowiecie się w denku, które już niedługo. Tymczasem wymalowuję kolejne prawie skończone buteleczki odżywek i baz.

Miłego wieczoru, buziaki.
Dobranoc ahoj.

Stri

piątek, 20 marca 2015

tv time with stri #9 | filmy, seriale, podcast


Na pewien czas przestałam oglądać filmy i seriale. Niedawno wróciłam do tej formy rozrywki i dzisiaj podzielę się z Wami moimi doświadczeniami.. Podczas jelitówki (2 dni leżałam, później musiałam pojechać do Warszawy) obejrzałam Reign - serial o młodej królowej Szkocji, która próbuje coś zdziałać na dworze we Francji. Mary Queen of Scotts to fajna postać historyczna, na pewno można było zrobić z niej serial. Taki trochę dla nastolatków, a trochę historyczny. Myślę, że można zobaczyć w wolnej chwili, ale bez ciśnień. Ja mam sentyment do tego momentu w historii, kiedyś byłam bardzo zainteresowana i w ogóle historia to był mój ulubiony przedmiot w szkole. Fakt o mnie :) Jaki był Twój? Opowiedz, koniecznie!


Później zaczęłam oglądać The Following z Kevinem Baconem. Mam nadzieję, że pozostanie dynamicznie. Historia seryjnego mordercy i gier i zabaw, które prowadzi zza kratek za pomocą członków kultu. Partnerem w zabawie jest detektyw, który lata temu wsadził go do więzienia. Ciekawa fabuła, interesujące zwroty akcji. Jestem dopiero na początku, bez spoilerów proszę.


Oglądam również Mozart in the Jungle, który jest ciekawy, bo dzieje się w muzycznym świecie i dlatego, że początek pisali naprawdę fajni ludzie. Serial jest specyficzny i nie taki jak zwykle. Na pewno jednym z głównych "za" jest Gael García Bernal. Ten Gael García Bernal!


Big Hero 6 jest najbardziej uroczym filmem jaki widziałam w tym roku. Baymax jest słodki, historia jest wzruszająca. Dobry pomysł na spokojny wieczór, ale chyba nie wszyscy zobaczą w tym filmie to, co ja. Baymax przypomina mi mnie, jestem mniej więcej podobnych rozmiarów i też się tak poruszam po moim małym mieszkanku.


Taken 3 obejrzałam, bo oglądałam poprzednie. I bo Liam Neeson zawsze się sprawdza. Nie zaskoczyło mnie nic, a film był taki, jaki miał być. Myślę, że każdy już wie o co chodzi w Taken. Teraz rzecz dzieje się bardziej w rodzinie, ale i tak we wszystko mieszają się Rosjanie.


Przedtem, jakoś dawniej, oglądałam Whiplash. Bardzo trafiona pozycja. Lubię jazz, lubię muzykę, lubię tego typu produkcje. Wyjątkowe. Podobał mi się bardzo i myślę, że był to najlepszy film od dawna do momentu, kiedy nie obejrzałam.. Oczywiście z punktu widzenia muzyka wszystko jest z dupy wzięte, ale normalni ludzie mogą obejrzeć bez stresu, że się nie zgadza.


Birdman: Or The Unexpected Virtue of Ignorance. Ojej, jak bardzo się cieszę, że któregoś wieczoru poszłam do Iluzji (kino studyjne w Często) i zobaczyłam. Podobała mi się niezliczona ilość rzeczy, dobre kino. Edward Norton love. Polecam!


Nie pamiętam czy mówiłam Wam o Moonrise Kingdom? Genialny obraz mojego ukochanego Wesa Andersona. Do obejrzenia koniecznie.


Filmowo zakończymy z Fifty Shades of Grey. Spodziewałam się, że ten film będzie co najmniej dobry. Zależało mi na tym, więc starałam się, żeby mi się spodobał. Staram się dalej, ale naprawdę nie wiem czy kiedyś się uda. Spotkałam się z opiniami, że film jest świetny. Nie rozumiem, ale nie oceniam.


Na sam koniec podcast - Serial. 12 odcinków przesłuchałam niemalże za jednym razem. Tego chciałabym, żeby posłuchał każdy z Was. Nie ciągnie mnie do kryminałów, ale to jest coś zupełnie innego. Prawdziwa historia, która wciąga. Bardzo.

Udanego weekendu :)
Stri

czwartek, 19 marca 2015

balsamy do ciała i żele pod prysznic bath and body works

Mówiłam Wam kiedyś, że nie używam perfumowanych mleczek/balsamów na inne części ciała - tylko na przedramiona. Idzie ciepło, więc przestanę (byłoby zbyt intensywnie), ale pokażę Wam kilka rzeczy z  BBW, z którymi miałam okazję się spotkać lub dopiero zamierzam to zrobić. O żelach antybakteryjnych, które wcale nie zabijają bakterii pisałam tutaj.

1. Balsam do ciała Paris Amour* - słodki, intensywny zapach, który zupełnie nie jest moją bajką.  Konsystencja przyjemna, wchłania się bez przeszkód. Wyobrażam sobie, że dla fanek będzie genialny. Trzeba koniecznie niuchnąć w sklepie przed podjęciem decyzji.



2. Żel pod prysznic Rome Honeysuckle Amore* - słodki, kwiatowy, pieniący się. W połączeniu z wodą przestaje być taki straszny, a w całej łazience (w moim przypadku w całym mieszkaniu, bo mikro przestrzeń) unosi się przyjemny zapach czystości.


3. Balsam do ciała Rome Honeysuckle Amore* - jak wyżej, tylko zapach się nie rozwadnia w powietrzu, co może stanowić problem dla fanek zapachów nieco mniej słodkich. Z tej samej serii miałam okazję psiknąć się raz mgiełką do ciała. Ojej, cóż za wrażenia! Gdybym była dwunastolatką byłabym zachwycona. Zapachowo nie wiem czy kiedyś się tam odnajdę, naprawdę. Wszystko strasznie plastikowe, co nie oznacza, że złe tylko po prostu nie moje.


4. Żel pod prysznic Country Chic - wiążę z nim duże nadzieje. Ten i następny żel kupiłam za pośrednictwem Jeża, który wybierał sam kierując się moją sugestią "żeby było świeżo, ale nie ogórkowo".


5. Żel pod prysznic Pure Paradise - w tym momencie mogłam powiedzieć coś o morzu albo plaży. Czyżby? ;)


Zmieniłyście już żele pod prysznic z zimowych na wiosenno-letnie? Ja mam coraz mniejszą ochotę na kakaowego Nuxe'a , a coraz większą na mangowego Boots'a. Tak to działa, nie ma się co ukrywać ;)

Udanego czwartku Dziewczyny!
Ahojka, Stri.

instagram | twitter | bloglovin'

środa, 18 marca 2015

new in | phenome


Sklep internetowy Phenome miał jakąś promocję, więc oczywiście brakowało maski oczyszczającej i kilku innych rzeczy. Gdyby były na stanie, podejrzewam, że kupiłabym więcej. Na obsługę klienta nie mogę narzekać, bo Pan, z którym rozmawiałam na temat tego czy moje zamówienie będzie wysłane bezpłatnie, był bardzo miły. Bardzo szybko wyjaśnił wszystkie moje wątpliwości i odpowiedział na pytania, więc naprawdę poczułam się klientem chcianym. Sam proces składania zamówienia chwilę trwał, bo musiałam coś dobrać, żeby było więcej niż 100 zł (darmowa wysyłka), a nic z tego, czym byłam zainteresowana nie było dostępne/nie było dostępne w pożądanej pojemności. Zdecydowałam się w końcu na dziwnie pachnący krem, po którym wiedziałam czego się spodziewać.. ale od początku.

Pierwszym produktem i właściwie najbardziej mi potrzebnym (moje pory płaczą) był ENZYMATIC gentle exfoliator, czyli po prostu peeling enzymatyczny. Zapłaciłam za niego 95 zł, bo była promocja. Dobrze, że w ogóle był, chociaż on. Produkt ten (z pomocą armii innych) trzymał w ryzach moje pory i moją strefę T. Przestałam go używać, bo się po prostu wziął i skończył. Było mi smutno, kupiłam coś innego, a później jeszcze coś innego, ale to było bez sensu, bo chciałam wrócić. W końcu znowu jesteśmy razem i będziemy przez najbliższe 200 ml. Jestem bardzo podekscytowana i polecam zainteresować się tym konkretnym produktem jeśli szukacie czegoś skutecznie oczyszczającego skórę. Przedstawiła nas sobie Hexx, której jestem bardzo wdzięczna, bo gdyby nie Ona pewnie dalej zastanawiałabym się czy aby na pewno nie jest za drogi i czy powinnam. Jasne - kosztuje więcej niż peelingi drogeryjne, ale pojemność też ma większą.. tak z cztery razy większą mniej więcej.. albo trzy.


Jak już wspomniałam - asortyment wymiotło, ale właściwie to się nie dziwię. Mam ochotę na kilka innych rzeczy, chociaż akurat w ich przypadku to nie wiem czy będą warte moich ciężko zarobionych pieniędzy. Następna okazja do zakupów pewnie nie prędko, ale zobaczymy - może kiedyś okoliczności będą sprzyjające. No dobra, ale co właściwie chciałam kupić? Oczyszczająca maska do włosów i maseczka do twarzy z białą glinką pojawiły się na mojej wishliście, bo Iwetto o nich wspominała pozytywnie. Cukrowy peeling do ciała także kusi. Jeśli chodzi o krem do rąk, ma mieć działanie przeciwstarzeniowe. Pachnie dziwnie, a 15 ml kosztowało 18 zł. Absurd, ale nie chciałam wydawać więcej pieniędzy na coś, co byłoby meh, a ten krem już miałam okazję przetestować i do zapachu da się przyzwyczaić, a do torebki sprawdza się idealnie!

Skorzystałyście z ostatniej promocji Phenome? Jakie produkty polecacie z ich oferty?
Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i życzę udanej środy!

wtorek, 17 marca 2015

lakier mi zgęstniał


Ahojka! Dzisiaj będzie o rozczarowaniu lakierami Rimmel London. Zaczniemy od jednego, a kolejne odcienie zbadam w najbliższym czasie. Bardzo rzadko zdarza się tak, żeby jakiś lakier mi zgęstniał. Naprawdę rzadko i to po latach. Gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że po prostu tego nie zauważam, bo mam nadmiar, ale naprawdę pilnuję, żeby wnętrze buteleczki nie zgluciało. Tym bardziej zaskoczył mnie ciepło różowy lakier ze stajni Rimmela. 60 sekund to seria, która kojarzy mi się ze spolegliwymi lakierami. Mam ich jeszcze kilka, więc będę testować w późniejszym terminie. Nałożyłam go na bazę, ale bez topcoat'u. Wysechł w miarę szybko i ładnie się błyszczał, ale niestety odbiła mi się na nim pościel i pewnie Shiro. Oh well.. już się nie spotkamy, bo lakier zgęstniał jak jasna cholera. Da się go użyć, ale po co? Zobaczę resztę odcieni, ale wątpię, żebym jeszcze kiedyś skusiła się na coś z tej serii. Nie mam czasu na gęstniejące lakiery! Czy ktoś ma? Czy Wasze doświadczenia są podobne?

Do zobaczenia wieczorem! Też będzie różowo, tylko chłodniej ;)
Stri

poniedziałek, 16 marca 2015

shiro, achaja i guenhwyvar | #zkotami

Hej Dziewczyny,

Hashtag podprowadziłam Panu Bartoszowi Ostrowskiemu, który jest właścicielem konta instagram.com/zkotami, a także strony internetowej zKotami.pl, a właściwie to nawet facebooka, bo fotoblog przeniósł się na fejsa. Niesamowita kocia rodzina, świetne zdjęcia i dużo pozytywnych emocji. Ogląda się i czuje, ja jestem totalną fanką. Chciałabym mieć swoje #zkotami, więc dziś na prostych czynnościach będą koty :) Moje Trzy Wspaniałe.









Mam nadzieję, że u Waszych pociech wszystko w porządku!
Buziaki, życzymy Wam wspaniałego tygodnia!

Stri, Shiro, Achaja i Guenhwyvar

instagram | twitter | bloglovin'

niedziela, 15 marca 2015

ciate | fit for a queen


Ostatnio miałam ochotę na wszystko, co szare. Kolekcja OPI Fifty Shades of Grey nadal brzmi interesująco, ale najpierw chciałam użyć każdej szarości jaką dysponuję. Używam. Sreberek także. Piękny metaliczny srebrny Ciate kupiłam w zestawie uroczych miniaturek w Sephorze. Mała buteleczka nie stanowi problemu, bo pędzelek jest w porządku. Lakier zaskakująco szybko schnie, nałożyłam na niego Seche Vite i pomogło to trochę w wyrównaniu śladów po pędzelku. Jestem zadowolona z odcienia, zawsze jak mam takie błyszczące metaliczne paznokcie czuję się jak Beyonce. Dla mnie bomba :) Trwałość trudno ocenić, zmieniam paznokcie przeważnie wtedy, kiedy myję włosy. Poza tym paznokcie maluję przed snem, a tuż po tym jak trochę przeschną zawsze ktoś przychodzi się przytulać i trzeba miziać i głaskać. Nie ma, że końcówki się ścierają ;)

Jak mija Wasza niedziela? Padał deszcz, świeciło słońce?
Stri

sobota, 14 marca 2015

catrice ultimate colour | 140 pinker-bell

Z tego co pamiętam pomadka trafiła do mnie dawno temu w goodie-bag, więc nie miałam wpływu na wybór koloru. Pomadkę kupiłam kilka miesięcy w Hebe, o czym przypomniał mi Jeż. Dziękuję. Serię Ultimate Colour bardzo lubię, najwięcej odcieni mam właśnie z tej linii. Pinker-bell jest mocny, można go stopniować, aż do zupełnie kryjącego równego koloru. Jest nawilżający, ale nie za bardzo. Nie spływa, wykazuje sensowną tolerancję na jedzenie i picie. Trzyma się do 4 godzin. Lepiej z konturówką niż bez, ale bez też się da jak się ma atrakcyjne pomadkowo usta. Zawsze mam ochotę powiedzieć Pinkman, ale jednak to jest Pinker-bell. Nigdy nie oglądałam Piotrusia Pana. Mam wrażenie, że różowe drobinki robią odblask. Chłodna fuksja. Nie wiem jak to wygląda na Waszych monitorach. Kliknijcie, żeby zobaczyć inne odcienie.



Pozdrawiam Was bardzo serdecznie,
udanego weekendu!
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

piątek, 13 marca 2015

miss sporty clubbing colours 320

Dzień dobry, dzień dobry. Kilka dni temu zrobiłam przemeblowanie w mojej szafie z lakierami do paznokci i ułożyłam je wg marek, a nie wg kolorów - jak to miało miejsce do tej pory. Skutek był taki, że w jednym pudełku znalazły się przypadkowe buteleczki o rozmaitych kształtach. Przeważnie są to eksperymenty albo coś limitowanego, ale postanowiłam dać im jeszcze jedną szansę i później się z nimi rozstać. Nie oznacza to, że całą resztę zamierzam zostawić, ale od czegoś trzeba zacząć. Na pierwszy ogień poszedł jeden z moich kiedyś dawno temu ulubionych lakierów. To moja druga butelczyna, prawie nieużywana. Znalazła już nową właścicielkę (Jeżu mam nadzieję, że szeroki pędzelek nie będzie przeszkodą:*), a ja się żegnam i na pamiątkę zostawiam sobie zdjęcie. Sobie i Wam ;) Ku pamięci - Miss Sporty Clubbing Colours (seria szybkoschnąca i faktycznie szybkawo schnie), numer 320. Rozstajemy się, bo mam coś satysfakcjonująco podobnego z Sally Hansen.


Daje po oczach, aż miło! W sztucznym świetle robi się stonowany. Ładnie kryje, nałożyłam SV i drapałam kota (stąd lekko starte końcówki). Seria warta uwagi jeśli szukacie czegoś taniego i przygodowego - są pastele i podstawowe odcienie w innej serii. Mam nadzieję, że Wasze paznokcie mają się dobrze i nie wypalacie sobie skórek zbyt długo trzymając żel z SH na paznokciach/wokół.

Pozdrawiam Was serdecznie, buziaki ahoj!

Stri

czwartek, 12 marca 2015

mydło do rąk balea - takie samo, a jednak inne


Właściwie jestem już duża i powinnam się domyślić, że prędzej czy później taka sytuacja spotka mnie i przez wiele tygodni trudno będzie mi uwierzyć, że to naprawdę się wydarzyło. We wrześniu byłam na wycieczkach w DM. Kupiłam to i owo, mydło też. W takim oryginalnym opakowaniu jak u góry i takim uzupełniającym jak na dole. Okazuje się, że zapas jest zupełnie beznadziejny. Nie pieni się, wysusza ręce, jest wodnisty i mniej wydajny. Nie wydaje mi się. Masakra, bo mydło uważam za jedno z fajniejszych mydeł z jakimi miałam okazję się poznać w ostatnich miesiącach. Każdy ma swoje problemy, a moim było ostatnio to, czy naprawdę to są dwa różne produkty czy mi się wydaje i zupełnie oszalałam poświęcając tyle energii na dojście do jakichś wniosków. Nie sprawdzałam składów, ale zostawiam informację - kupcie mydło w oryginalnym opakowaniu i nie kupujcie zapasów. Już nigdy nie spojrzę na opakowania uzupełniające w ten sam sposób. Coś między nami pękło, nie wiem czy jeszcze kiedyś im zaufam.


Chyba wrócę do mydeł w kostkach, ale nie lubię ich mieć na umywalce, bo stresuje mnie, że kot nadepnie i wylizując łapkę, zatruje się. Przesadzam? Być może, ale są też inne powody.

Alrighty, jadę do Decathlonu po obuwie sportowe i będę ćwiczyć. Nie chcę ważyć sto kilo, czuję się jak wieloryb. Buziaki ahoj,
Stri

środa, 11 marca 2015

nowy element pielęgnacji | la roche-posay płyn micelarny z wodą termalną

Po zużyciu litrów taniej Biedronki, kilku opakowań udanych mniej (Eveline*, Flos-lek*) lub bardziej (Garnier) nowości, dotarłam do ostatniej zapasowej butelki i była to Bioderma Sensibio*. Później nie było już nic oprócz zagwostki, bo miałam ochotę na Nuxe albo Avene.. albo Caudalie, ale jak na złość nie mogłam niczego znaleźć w dobrej cenie i w końcu skusiłam się na La Roche-Posay. Kosztował 35 zł w Superfarmie i przyznam szczerze, że kupiłam go chyba tylko ze względu na atrakcyjną cenę (w porównaniu do innych obecnych na półkach). Tzn wzięłam go pod uwagę, bo kiedyś miałam dużo miniaturek i mi się podobał, ale kupiłam go wtedy w ten dzień, bo już nie miałam siły szukać czegoś innego, potrzebowałam płynu na już i po prostu podjęłam szybką decyzję. Myślę, że ta decyzja była dobra, chociaż nie potrzebuję płynów micelarnych z wyższej półki. Muszę upolować coś w promocji, żeby było taniej i żeby było dobrze. Tak czuję teraz, jak zrobię za kilka tygodni - zobaczymy.



Dane techniczne: 400 ml / from France with love / zapach ma apteczny, ale już go nie zauważam / nie zostawia osadu / nie wysusza. Zaczęłam go używać tydzień temu, noo powiedzmy od początku marca. Na ile wystarczy przekonamy się razem. Używam go do odświeżania twarzy rano i wieczorem, zmywam nim cały makijaż. Chwilowo zrezygnowałam z mleczek, więc jest tylko to i zobaczymy jak to będzie.

Życzę Wam udanej środy, już połowa tygodnia. W weekend planowałam małą wycieczkę po okolicznych ruinach, ale nie wiem co z pogodą. Cieszmy się życiem, bo w każdej chwili wszystko może się zmienić.

Buziaki, ahojka. Stri

niedziela, 8 marca 2015

orly sweet peacock


Sweet peacock pokazywałam Wam w tym poście KLIK, wtedy było na krótszych paznokciach i w świetle dziennym. Pomyślałam, że pokażę Wam do czego zdolny jest ten lakier pod osłoną nocy.. ale z lampą w pobliżu ;) Błyszczy się jak szalony, drobinki tworzą przepiękną taflę. Ten lakier często poprawia mi humor, łatwo się zmywa i w miarę szybko schnie. Używam SV, ale czuję przecież pierwszą warstwę. Tafla to słowo-klucz ostatnio i mam kilka innych ulubieńców w tej kategorii, ale ten był pierwszy :)


Tutaj lakier ma ściągnięte końcówki, bo nałożyłam SV zbyt szybko, a później drapałam Shiro przez sen próbując przedłużyć mruczenie.
Podsumowując całe doświadczenie z pikokiem - lubię i wiem, że nie jest to lakier dla każdego. Lepiej wyglądam w różach, fioletach i pomarańczach, ale czasami mam ochotę na chłodniejsze niebieskości i zielenie. Kiedyś będę musiała się zdecydować, na pewno nie zatrzymam wszystkich buteleczek na zawsze.

Dzień dobry, jest niedziela. Jakie plany na dziś? Ja zamierzam poukładać mój pudełkowy składzik rzeczy różnych. Układanie mnie odpręża.

Stri

sobota, 7 marca 2015

from pharmaceris with love | duoaktywny krem przeciwzmarszczkowy pod oczy opti-sensilium


Pharmaceris po raz kolejny proponuje mi coś, na co mogę się zgodzić. Po zużyciu pierwszego opakowania przymierzam się do kolejnego, ale tym razem nie poprzestanę na tym jednym produkcie w pielęgnacji okolic wokół oczu. Czuję, że na noc mogłabym się skusić na coś nieco bardziej treściwego.

O samym duoaktywnym kremie przeciwzmarszczkowym napisano już bardzo dużo. Ja kupiłam go po przeczytaniu recenzji Iwetto i to był strzał w dziesiątkę. Krem jest bardzo nawilżający, co w zimowych miesiącach miało kluczowe znaczenie i zresztą chyba zawsze ma. Jeśli zwlekałam z nałożeniem kremu chociaż kilka minut, czułam ściągnięcie w okolicach oczu i skroni. Susza na twarzy jest męcząca, ale da się jej zaradzić. Gorzej z suszą i przetłuszczem jednocześnie #jakżyć.

Z pamiętnika testera:
- opakowanie bez zarzutu, chociaż chyba nie widać jak się zużywa.. ale jest pompka i działa całe spektrum wyciskaniowe, więc naprawdę jest komfortowo
- zapachu nie zarejestrowałam
- skład na pewno można znaleźć w sieci, mnie interesuje czy coś mnie uczula/podrażnia - nic takiego nie miało miejsca
- wydajność w moim przypadku to chyba 3 miesiące
- konsystencja jest lekka, nie ślizga się, szybko wchłania, nie pozostawia mokrej skóry
- nadaje się pod makijaż, korektor genialnie rozprowadza się na skórze pokrytej kremem
- cena to mniej niż 40 zł
- nie mam chyba jeszcze zmarszczek, więc pytanie brzmi - co zrobić, żeby tak pozostało?

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, ja nadal nie wyzdrowiałam (jelitówka trwa już czwarty dzień), ale mam nadzieję na szybką zmianę tego stanu. Buziaki, ahoj!

Stri

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...