niedziela, 31 maja 2015

i remember us alone

Jest niedziela, ostatni dzień maja. Maj był dobrym miesiącem, chociaż nie wszystko poszło po mojej myśli. W czerwiec wkraczam mimo wszystko optymistycznie. Pierwszy tydzień czerwca poświęcę na kolejne usunięcia i reorganizację dwóch przestrzeni w mieszkaniu - regału z szybkami i szuflad w biurku. Nie wiem jak dużo uda mi się osiągnąć, bo przestrzenie są małe, a rzeczy może nawet w sam raz, ale nie mam przegródek i niekoniecznie chcę je nabywać, więc jest tak, a nie inaczej. Zapewne przejrzę wszystkie kąty, ale te dwa miejsca miesiąc temu zostawiłam "na dziko" i żyłam z nimi swobodnie, żeby zobaczyć co najlepiej tam wcisnąć. Nadal nie wiem, ale mam pewne pomysły.

Nie znajdziecie na moim blogu postów o metodach na sprzątanie mieszkania, bo blogi o samorozwoju z krótkimi notkami o niczym nie są trudne do znalezienia. Mogę Wam natomiast powiedzieć, że na mnie te metody i tak nie działają, bo wyzwania kto się czego pozbędzie bardziej - ty czy twój przyjaciel albo does it spark joy to nie jest moja bajka. Jasne, że zapoznałam się z kilkoma sztuczkami i oglądałam you tube o sprzątaniu. Subskrybuję kilka osób, które nagrywają o swoich doświadczeniach, ale one żyją swoim życiem, a nie utrzymują się z pokazywania w internecie, więc siłą rzeczy ujawniają się rzadziej niż osoby obecne na urodowym czy lajfstajlowym YT. Zresztą widzę, że te kanały często mi się nudzą, bo jak już wszystko wiem to odchodzę. Ileż można wyrzucać jak już większość wyrzuciłam ;)

Cóż jeszcze mogłabym podsumować. Pewnie moje zmagania z wagą. Maj przeznaczyłam na spożywanie posiłków do 18 i lekkie wzmocnienie kręgosłupa. Wyszło mi to w 65% podejrzewam, bo nie ćwiczyłam tak dużo jak mogłam, ale po 18 naprawdę nie jadłam, a jak dwa razy zjadłam to żałowałam, ale plan dnia tak się ułożył. Tak naprawdę to wszystko nie zadziała dopóki nie zacznę na poważnie ćwiczyć. Nie da się inaczej w moim przypadku. Tylko intensywny wysiłek fizyczny może pomóc. I mniej miodu w owsiance.

Bogusia doradziła mi ostatnio, żebym się zmierzyła i faktycznie - zupełnie zapomniałam o pomiarach. Dzisiaj nadrobię, a w przyszłym tygodniu wrócę do body wrappingu. Relaksowało mnie to swojego czasu, więc warto powrócić.


can you see me i'm shining

sobota, 30 maja 2015

may empties | denko #1 2015

Przedostatni dzień maja, no to zróbmy denko :) Zużywanie dzieje się samo prędzej czy później, ale ostatnio nabrałam ochoty na lepsze dokumentowanie i wracam do mojego kosmetycznego dziennika. Kolorówki jest jak zwykle najmniej, ale coś tam jest. Z nowszych zużyć mam szampon Klorane z owsem, szampon dziegciowy rosyjski, płyn micelarny LRP, całe zapasy wacików (nie sądziłam, że się uda!!) i krem nawilżający LRP, o którym pisałam niedawno. Aaaa, no i mangowy żel pod prysznic z Bootsa. Reszta jest nieco przestarzała i zapisywana tutaj zapewne od początku roku.

Max Factor False Lash Effect to taki tusz, który jest bardzo znany, ale dla mnie za suchy. Później się okazało, że..

Max Factor 2000 kalorii też jest za suchy, ale nie mogę powiedzieć, że te tusze nie mają swoich zalet. Po prostu szukam czegoś innego. Oba rozczesują i wydłużają, nieco pogrubiają. To jednak za mało, żeby zostać ze mną dłużej. Dodam, że produktów do rzęs używam maksymalnie 2 miesiące. Próbowałam dłużej, ale jaki to ma sens z wrażliwymi oczami? Nic na siłę, więc nie spinam się tylko wyrzucam albo jak ktoś ma ochotę to bardzo proszę, można przejąć ode mnie :)

Puder bambusowy z Biochemii Urody to taki produkt, za którym za bardzo tęsknię, żeby go nie mieć (mimo, że wróciłam po długiej przerwie, żeby zdenkować). Teraz otworzyłam ostatnie już opakowanie, a później zobaczymy co się wydarzy.


Pozbyłam się Wake Me Up Rimmela #100 - mimo, że konsystencja była świetna, wykończenie sprawdzało się tylko na policzkach. Strefa T to był jeden wielki tłuszcz, no i kolor za ciemny.
Pozbyłam się też kilku kredek, cienia z Inglota chłodnie różowego i zaczęłam myśleć nad nową bazą pod cienie. Chcę coś w tubce z matowym kolorem.

Paznokcie rzadko się zdarzają, bo raczej nie zużywam lakierów ;) Tym razem odżywek moc! Trzy się nie sprawdziły, już ich ze mną nie ma. Pisałam o nich tutaj KLIK. Nie ma ze mną też Eveline Argan Elixir, o którym również niedawno pisałam KLIK. Co jest? O tym w najbliższym odcinku z nowościami, taka zajawka była tu KLIK.


Seche Vite - zużyłam kolejną 14 ml buteleczkę (4 lata temu kupiłam 118 ml opakowanie i nadal go nie skończyłam - najlepsza inwestycja ever). Jest moim wiernym towarzyszem paznokciowych gier i zabaw. Próbuję innych firm, ale zawsze wracam. Po prostu się kochamy.


Odżywka Eveline 8 w 1 kolejna już i chyba ostatnia powiem Wam szczerze, bo nie mam z niej pożytku, a chyba same zagrożenia. Bez przesady, ale zamiast pomagać to zaczęła mi szkodzić. Trzeba iść dobrym tropem i zaprzestać.

Seche Vite Bright dostałam lata temu w spadku, używałam go trochę tu trochę tam, ale ostatnio nie nosiłam lakieru czasami o dziwo, więc używałam tego produktu, żeby paznokcie ładnie wyglądały i chyba się udawało. Nie planuję zakupu, ale z rzeczami do paznokci czasami bywa przypadkowo, więc właściwie niczego teraz nie planuję.

NailTek Intensive Therapy - używałam kiedyś Foundation II KLIK i IT razem, dawało mi to chyba nawet jakieś efekty. Później jedno się skończyło, drugie nie, a wiecie same jak się kończy rzeczy, które były razem, a teraz jest jedna. W końcu się udało.

Rozdałam około 50 lakierów do paznokci, a ta liczba z dnia na dzień właściwie rośnie, bo odkładam te, które odejdą i kiedyś przekażę je w dobre ręce. To się chyba liczy jako po prostu porządki w szafie z lakierami. Tak, mam szafę na lakiery. I know, ale już niedługo.

Osobną kategorię niech stanowi Yves Rocher, jakoś tak wyszło.


Dobiegły końca cztery rzeczy, które trafiły do mnie w ramach współpracy z Yves Rocher - maseczka i peeling z serii nawilżającej, krem przeciwzmarszczkowy i olejek/peeling do dłoni. Piątą rzecz kupiłam sama - żel do mycia  twarzy z rumiankiem bio przekazałam Mamie do testów, bo Ona bardzo lubi nowinki w swojej kosmetyczce (albo wracać do wypróbowanych produktów). Mama jest bardziej uzależniona od YR niż ja kiedykolwiek byłam. Alrighty, przejdźmy dalej.

Maseczka i peeling swoich recenzji doczekały się o tutaj. Ja napiszę tylko, że było przez jakiś czas, już minęło i nie sądzę, żebym wróciła kiedykolwiek. Zaspokoiłam ciekawość, wolę zrobić sobie naturalny peeling na dłonie, a maseczkować się czymś innym. Jedną rzecz trzeba jednak podkreślić - ogromny plus dla peelingu, bo mimo olejowej formuły, nie pozostawia tłustych dłoni. Jest delikatny, ale to uważam na plus. Peeling do dłoni to nie jest coś, czego potrzebuję w swojej łazience. Do dłoni mogę użyć peelingu do ciała podczas peelingowania ciała :) 


Żel do mycia twarzy z rumiankiem w roli głównej (ten w środku) zużyłam prawie cały - 3 cm zostały dla Mamy i jestem ciekawa co Ona o nim powie. Ja powiem tak: jest delikatny i taki podstawowy, ale wkurzało mnie opakowanie (robię się wybredna, oto co prowadzenie bloga robi z ludźmi) i tak naprawdę to przeszkadzało mi w nim to, że po użyciu moja twarz nie była taka bardzo odświeżona. Jest tani, można przetestować na własnej skórze. Plus za brak podrażnień, naczynkom nie przeszkadzał. Nie wiem jak to wytłumaczyć. Lepiej się czułam po Decubalu w piance. W ramach akcji #eliminacjasampli, którą zaproponowała na IG Greatdee używam teraz jednego z produktów Uriage do mycia twarzy i idzie mi całkiem nieźle.

Włosy zużywają się u mnie najszybciej, bo intensywnie je myję i nakładam różne upiększające specyfiki.

Szampon przeciwłupieżowy Bioxisine polubiłam, ale nadużywałam go nieco, a był bardzo oczyszczający i wiem, że nie mogłabym do niego wrócić w dużych ilościach, częstych ilościach nadmiernych. Nie był najlepszy, ale był dobry.


Szampon z owsem Klorane był delikatny, miał bardzo przyjemny zapach, dobrze mył, nawilżał włosy podkreślając ich skręt i na pewno do niego wrócę.


Szampon dziegciowy 300 ml to świetna rzecz dla skrzywdzonej skóry głowy, ale trzeba pamiętać, że bez poślizgu w postaci odżywki albo maski, nie będzie przyjemnie. Włosy strasznie się plączą. 300 ml wystarczyło mi na baaaaardzo długo, bo nie używałam codziennie, a na kilka miesięcy nawet go schowałam. Jest wydajny, ale co nie jest jak się tego nie używa ;D Tzn wyjaśnijmy sobie. Dziegciowe szampony powinny mieć napisane na opakowaniu, że mogą być fotouczulające dla skóry stykającej się z produktem, więc np przy stosowaniu latem nośmy czapkę. Ja oczywiście noszę, ale nie zawsze, więc jeśli szampon dziegciowy w przyszłości to może zimą. Zimą zawsze noszę. Czapkę.

Maska algowa do włosów KALLOS charakteryzowała się upierdliwą konsystencją, była bardzo rzadka i tak mnie przyzwyczaiła do tego, że mogłam jej nawalić więcej na włosy, że jak się przesiadłam na coś skoncentrowanego to przez kilka pierwszych myć nie wypłukiwałam odżywki z włosów i miałam ekstremalną objętość ;P Kosztowała 12 zł, może do niej wrócę. Trudno powiedzieć, ale mogłabym.


Ciało chyba też często się kończy..

Peeling bzowy Joanny zużyłam jak zwykle z przyjemnością, ale to było czwarte albo piąte opakowanie w życiu. Więcej już nie chcę, ale podoba mi się szeroki słoik. Aż się prosi o recycling. O peelingu i maśle pisałam tutaj: KLIK.


Caudalie Fleur de Vigne / zielony żel pod prysznic to mój KWC. Doceniam jego "nawilżające" właściwości, konsystencję, uwielbiam jego zapach. Mam ochotę na więcej kolorów. Gdybym miała komuś kupić luksusowy żel pod prysznic to byłoby Caudalie. Lubię też Nuxe, ale jednak Caudalie.. albo gdybym miałam gorący romans i nadmiar życia seksualnego. Jakkolwiek to brzmi. To jest taki zapach. Pisałam o nim tutaj: KLIK.


Balsam do ciała "kawior" od Clareny był kolejny, taki ujędrniający. Miał drobinki nawilżenia, które wsmarowane w skórę wybuchały po cichu i zapewniały ładniejszy wygląd np ud i ich lepsze samopoczucie. Raczej do siebie nie wrócimy, nie oszukujmy się :)

Żel pod prysznic mango z Bootsa pachniał gumą balonową, miał 200 ml i zostawiał przyjemne uczucie i zapach na skórze. Zdjęcie wcięło.

Twarz też rzadko się zużywa. Zresztą jak się jest chomikiem-zbieraczem to wszystko zużywa się latami.


Pharmaceris krem pod oczy duoaktywny przeciwzmarszczkowy i z pompką, pisałam o nim tutaj KLIK, love. love. lovely so.


La Roche-Posay płyn micelarny wystarczył na prawie 3 miesiące! Pisałam o nim tutaj o KLIK. 400 ml to 3 miesiące. Zapamiętać. Jeśli chodzi o skuteczność - bez zarzutu. W ogóle wszystko bez zarzutu i nawet było miło, ale jak jest miło to znaczy, że może być bardziej miło z kimś innym. Może Uriage, a może Avene? ..albo z braku hajsu Garnier tanioszka za dychę z Rossmanna w promocji kupwszystkoczegoniepotrzebujeszbojesttanio.


La Roche-Posay Hydraphase Intense Legere 50 ml, KLIK!

Zebrałam się w sobie i zużyłam również kilka gąbek takich do zmywania maseczek albo mycia twarzy (z peelingiem). Nie lubię takich produktów, bo naczynka mi się denerwują, ale znalazłam je w domu i chciałam coś z nimi zrobić. Zrobiłam, rozdział zamknięty.

Tisane balsam do ust w słoiczku wrzucam do twarzy. Kochamy się i jesteśmy ze sobą od lat.

Spirulina z ZSK też się skończyła, nie mam już żadnej. Nie będę zastanawiać się nad powrotem, bo zamówienie półproduktów najwcześniej głęboką jesienią.

Hydrolat z kwiatu gorzkiej pomarańczy 200 ml - sprawa ma się podobnie, ale jeśli już sięgać to po oczarowy.

Glinka biała ZSK, jak wyżej.

I..... to tyle. Teraz czuję, że będzie raczej na bieżąco :D Buziaki ahoj!
Stri

flormar | terracotta blush-on #41


Jeszcze przed nikim się nie przyznałam, nie powiedziałam tego głośno, ale ostatnio często myślę o pustyni. Chciałabym urodzić się w jakimś wojowniczym plemieniu, a kiedyś odjechać z karawaną do dalekiej krainy. Oczywiście przeważnie myślę o tym podczas porannego makijażu i często makijaż wychodzi mi nieco pustynny, a na pewno muśnięty słońcem. Ten róż idealnie komponuje się z moimi brązowo-złocistymi oczami, czasami ze szczyptą oliwkowej zieleni, czasami zmiękczonymi ciepłym różem. Wszystko jest raczej ciepłe niż chłodne i często sięgam po ten właśnie róż. Terracotta Blush-On to wypiekany produkt, dobrze napigmentowany, bardzo wydajny, zostawiający satynowe wykończenie na skórze. Nie ma brokatu, ale pięknie lśni. Daje taflę, da się do rozetrzeć i wetrzeć w bronzer. Opakowanie jest białe i plastikowe, łatwo utrzymać je w czystości ;) Zawsze jak sięgam po Flormar, mam ochotę na więcej. Oczywiście musieli zlikwidować stoisko w Galerii Jurajskiej, to byłoby zbyt proste. Wydaje mi się, że jak już się zatrzymam w jakimś centrum handlowym z wyspą Flormaru to zaopatrzę się w coś ładnego do policzków.

Miałam kilka odcieni różo-rozświetlaczo-bronzerów. Pakowane w ten sposób P115 i P116 (chyba niczego nie pomieszałam) oddałam, bo nie używałam ich tak często jak powinnam, ale chyba dlatego, że po prostu mi się znudziły po nadużywaniu. Jakość była świetna i nie mam im nic do zarzucenia, więc jeśli kolory i wykończenia Wam pasują to śmiało. Tutaj powinnam jeszcze wspomnieć, że zostało mi małe co nieco z innych serii i nie zamierzam chyba się ich pozbywać. Zobaczymy co życie przyniesie, ale nie wydaje mi się, żeby plany się zmieniły.

Jak widzicie produkt ma 9g, ten odcień ma numer 41, a kosztował.. Hmn.. 30 zł? Może więcej? Nie pamiętam. Teraz można odnieść mylne wrażenie, że nie pamiętam, bo mnie tak na wszystko stać i kto bogatemu zabroni. Nie nie, nie pamiętam, bo po prostu było to dawno.

Jeśli chodzi o aplikację to próbowałam różnymi pędzlami i chyba najbardziej lubię ten z Zoevy, ale trzeba powiedzieć, że ten róż (i prawie wszystkie, które posiadam) jest naprawdę łatwy w obsłudze i nie trzeba mieć lajfstajlowych pędzli na wypasie, żeby ładnie go rozetrzeć.. ale można ;D

Trwałość na policzkach jest bardziej niż zadowalająca, nie odnotowałam uczulenia, ani zmiany w konsystencji zapachu wraz z upływającym czasem. Nie będę Was oszukiwać - używam kosmetyków po ich terminie ważności. Kaman, kto nie używa. No.. tusz do rzęs służy mi maksymalnie 8 tygodni, ale z oczami to jest inna historia. Róż daje taflę, nie pyli się, jest bardziej satynowy niż błyszczący. Naklejka gwarantuje, że nikt przed nami go nie dotykał. Polecam po prostu.

Jest sobota, ja utknęłam w miejscu, z którego chciałabym móc wyjść i pójść do domu do Kiciuniów. Jednak utknęłam, więc jestem tutaj i w domu będę dopiero wieczorem. Może wypiję piwo, bo taki nastrój jest dosyć swobodny ostatnio, atmosfera sprzyja rozluźnieniu. Lato idzie. Będzie mi gorąco i nie będę miała czym oddychać. Pogodziłam się już z tym, że pory roku następują po sobie. I tak najbardziej lubię jesień. Wrzesień to dla mnie początek wszystkiego. Od zawsze.

Buziaki ahoj!,
Stri

czwartek, 28 maja 2015

new in | maseczka oczyszczająca the body shop tea tree face mask


Dzień dobry, dzień dobry. Kupiłam sobie maseczkę, zobaczcie jaka zielona! Kosztowała "sporo", bo ponad 40 zł, ale się gra się ma, więc mam i używam. Na zakup skusiłam się po recenzji Iwetto. Zdecydowanie przeczytajcie. Z The Body Shop'em mamy taki love-hate relationship, bo zawsze jak chcę coś kupić w sklepie stacjonarnym to mnie denerwuje, a jak mam opcję coś kupić zdalnie to się decyduję :) Może dlatego, że nigdy nie mogę trafić na promocję. Jest kilka produktów, na które miałabym ochotę (na przykład instant glow enhancer czy blue corn 3 in 1 deep cleansing scrub mask.), ale powoli po kolei do wszystkiego dojdziemy. Tym razem coś dla mojej ociekającej tuszczem strefy T. Kilka razy miałam już okazję jej używać i mogę powiedzieć dwie rzeczy: po pierwsze - ma odświeżający zapach, który podnosi mnie na duchu po długim dniu wypełnionym nie tym, co trzeba (mimo, że to nie jest mój ulubiony zapach, na pewno pomaga jak mam alergię i mam zatkany nos, a później mi z niego cieknie) i po drugie - nie wysycha ściągając skórę. Używałam zarówno rano, jak i wieczorem i obie pory okazały się równie przyjemne, czyli przed makijażem zmatowił mi skórę i dobrze wyglądała pod podkładem (podkład wyglądał dobrze na niej?), a wieczorem po demakijażu sprawił, że rano nie obudziłam się przetłuszczona. Używam dwa razy w tygodniu, ale nie chcę przesadzić, bo łatwo jest przegiąć, a później nie mieć już optymalnych efektów tylko przesuszoną skórę.

Dzisiaj krótko, ale szykuję jeszcze jeden post z  nowościami mniej zobowiązującymi. Pozdrawiam, udanego czwartkowego wieczoru. Buziaki ahoj!
 Stri

środa, 27 maja 2015

pielęgnacja cery naczynkowej i wrażliwej | kojący fizjologiczny żel do mycia twarzy pharmaceris r puri-rosalgin

Dziś opowiem Wam o moich ukojonych naczynkach i produkcie, który pomaga mi osiągnąć stan ukojenia. Czasami mam wrażenie, że ten żel nie tylko łagodzi rumień, ale też moją duszę. Tak, do tego stopnia. O wieczornym demakijażu pisałam tutaj, KLIK!


Dzisiaj kilka szczegółów na temat samego żelu. Zacznijmy od tego, gdzie go kupiłam. Cóż, nie pamiętam. Może było to w aptece, może w superfarmie, a może.. chyba już nigdzie indziej ;) Kupiłam. Kosztował.. pewnie nie więcej niż 25 zł. Ciekawe, że nie pamiętając można wysnuć takie wnioski. Ilekolwiek by nie kosztował to go kupiłam. Był mój, zabrałam go do domu i gładziłam plastikowe oblicze. Cieszyłam się, bo lubię takie nowe rzeczy i jeszcze jak mają takie różne napisy i różowy paseczek. Opakowanie 190 ml z pompką sprawdza się, nie trzeba niczego zmieniać. Pompka dozuje może za dużą ilość produktu, jeśli dociskamy ją do końca, ale jeśli robimy to delikatnie to jest idealnie.


Skład widzicie na zdjęciu u góry. Normalnie bym go tutaj nie umieściła, ale jest zaskakująco krótki, więc zrobiłam mu zdjęcie. Mamy wosk z mango - bogaty we właściwości nawilżające, dogłębnie wnika w skórę i natłuszcza jej warstwy (chociaż ciekawe jak bardzo podczas krótkiego kontaktu ze skórą, no ale dobrze dobrze) Chroni i odbudowuje naskórek. Zapobiega uczuciu nadmiernego napięcia skóry (zgadzam się, po zmyciu skóry letnią wodą nie muszę biec do szafki po tonik i krem natychmiast tylko normalnym krokiem;) Jest również d-pantenol - o właściwościach kojących i łagodzących, zmniejsza tendencję do nadwrażliwości skóry i reakcji zapalnych (zawsze mile widziany). Last but not least (or is it?) - alantoina - ukierunkowana na kojenie podrażnień, działa łagodząco i regenerująco na naskórek oraz wygładza. Konsystencja ma wpływ zarówno na wydajność jak i na działanie pompki, ale o pompce już było to teraz może o tym, na ile mi wystarczył. Again - nie wiem. Na dłużej niż się spodziewałam. Na kilkanaście tygodni na pewno. Zaobserwuję przy następnej butelce, którą na pewno kupię, ale jeszcze nie teraz, bo do zużycia zostały mi dwa produkty myjące do twarzy. Chyba więcej nie, przejadam zapasy ;) Fajnie, będę miała więcej miejsca w szufladach, chociaż na pewno będzie mi brakować tego, że nie muszę iść i kupować tylko mogę sięgnąć do tego, co już mam. Zobaczymy, trzeba uniknąć przypadkowych zakupów albo kupowania w regularnej cenie. To chyba rozsądne w każdym gospodarstwie domowym.

Opakowanie, skład, wydajność i dostępność już mamy. Teraz konsystencja. Jest żelowa, ale jakby luźniejsza i bardziej płynna. Bardzo delikatnie sunie po skórze, ja uwielbiam czuć ją na skórze po całym dniu, ale czasami też przed całym dniem. Chociaż częściej używam wieczorem, o czym pisałam ostatnio. Nie pieni się za bardzo, ale troszkę tak i chyba dzięki temu mam poczucie luksusu, bo pieniące się obficie produkty lubię tylko w szamponach.

Zapach jest delikatny, apteczny, prawie nie da się go wyczuć. Ja używam go po rozpuszczeniu makijażu mleczkiem, siedząc w wannie, więc zapachy mi się mieszają. Moja skóra nigdy nie zareagowała na ten kosmetyk negatywnie, jestem totalnie zachwycona i będę wracać. Myślę, że warto nie tylko jeśli macie płytko unaczynioną skórę. Moja strefa T, która przecież ma nieco inne potrzeby niż policzki, zawsze była zadowolona i nie przetłuszczała się bardziej. Żel łączy w sobie kojące właściwości i delikatną bazę myjącą. Mam ostatnio problemy ze skórą, bo hormony mi się zmieniają i wszystko szaleje - emocje, pory, nastrój i waga (waga to tylko w górę). Zdarzają mi się pryszcze, co już mnie nawet nie dziwi, ale później te pryszcze zostawiają takie grudki i myślę, że każdy produkt, którego teraz używam (a o reszcie też napiszę) przyczynił się do (z)likwidowania grudek i ładniejszej skóry bez blizn i przebarwień (tzn noooo, nie zapędzajmy się, ale nie jest tak źle jak było.. chyba)

Mimo moich niezbyt pozytywnych doświadczeń z produktami myjącymi Pharmaceris w piance, zdecydowałam się na ten żel i nie żałuję! W ogóle nabrałam ponownie ochoty na rozejrzenie się wśród rozmaitych linii marki i pewnie wybiorę coś dla siebie po zużyciu zapasów. Warto wspomnieć, że ten kojący fizjologiczny to jedyny żel myjący w linii R - trądzik różowaty. Producent pisze o codziennym stosowaniu, że do skóry wrażliwej i alergicznej i właśnie o rumieniu i uwaga uwaga - bezpieczny dla wrażliwej skóry wokół oczu i w tej chwili to jedyny produkt, którego używam z wodą do zmywania resztek makijażu z oczu. Zastanawiałam się również nad żelem kojącym zaczerwienienia, bo tam jest również wyciąg z ostropestu. W serii N oprócz żelu jest też pianka delikatna i wzmacniająca, ale trochę się obawiam. Może.. no może, ale czy to ma sens - kupować inne, bo może będzie lepsze niż coś co już jest dobre. Czy ktoś miał okazję używać pianki albo żelu z serii N?

Mam nadzieję, że ten produkt się u Was sprawdzi jeśli zdecydujecie się na zakup.
Przesyłam uściski i pozdrowienia i idę dzisiaj na Mad Maxa. Jeśli nie zasnę to będzie udany wieczór

Stri

wtorek, 26 maja 2015

new in | essie


Dobry wieczór,

Essie nie jest moją ulubioną marką lakierów do paznokci, bo uparłam się, że jakość lakierów nie jest równa (a w której firmie jest?) i miałam różne przeboje związane z użytkowaniem. Nie wiem czy to wina moich paznokci, że niektóre kolory się nie trzymają, czy chodzi o pochodzenie produktu (drogeria/lampy/ludzie otwierają). Pędzelki są szerokie albo wąskie, ceny są różne. Postanowiłam dać im szansę. Może dlatego, że wiele osób mnie przekonywało. Może dlatego, że buteleczki wyglądają bardzo lajfstajlowo.. a może po prostu miałam ochotę na przygodę. Nie oceniajcie mnie, wiecie jak to jest. Lakiery wpadają mi do koszyka czasami przypadkiem, a czasem mam ochotę na coś konkretnego. Dzisiaj pokazuję Wam dwa niebieskie odcienie:


Dwa dni po nałożeniu i robieniu różnych rzeczy rękami.


Rock the boat to jasny błękit z drobinkami. Nie wpada w szarość, trzyma się dzielnie swojego niebieskiego toru. Podoba mi się, bo jest świeży i nie wygląda tanio. Kiedyś dawno temu byłam zdania, że nie widać różnicy pomiędzy lakierem za 2 zł, a za kilkadziesiąt. Dzisiaj stwierdzam, że za dużo pieniędzy wydałam na tanioszki i za dużo mnie to kosztowało. Coraz częściej sięgam po "sprawdzone" przez pół internetu kolory, bo po prostu są wyjątkowo udane. Miałam też moment, że chciałam "zupełnie coś innego", ale nie bujam się już na co dzień z trójmiejsko blogosfero :* :* :*, więc paznokcie mogę mieć jakiekolwiek i będą wyjątkowe tak czy siak (przedtem za dużo nas było w jednym miejscu i wszystkie byłyśmy tak samo wyjątkowe). Zarażam koleżanki i znajome lakieroholizmem, ale nadal jestem trendsetterko w naszym gronie i rzadko zdarza się, żeby ktoś miał lakier, którego ja nie mam (ew odpowiednika).. no dobra, przyznajmy się. Nigdy się to nie zdarza. So sad. Wracając do mojego wywodu - tanioszki z rynku już nigdy nie kupię, ale nie dlatego, że jestem skoncentrowana na konkretnych markach. Po prostu bardziej opłaca się kupić coś sensownego i może trochę drożej niż wrzucać do koszyka dziesiątki lakierów, które nie wiem czy będą miały sens. Już przetestowałam "wszystkie" kolory, wykończenia i wiem dokąd zmierzam. Wyjątków od reguły nie przewiduję. Rozświetlaczy Wibo/Rossmann też nie kupię. Lol

Wiem, że słyszycie ode mnie ciągle to samo, ale ja naprawdę chodzę po domu i mówię sama do siebie "wyrzucę wszystko, nic nie będzie" ;D Zmiany są na różnych poziomach i ostatnio minimalizowanie to moje hobby, więc siłą rzeczy pewne przekierowania musiały również nastąpić w kwestii kosmetyków. Czuję, że niedługo będę mogła wypieprzyć organizery z biedronki, bo już nie będę miała czego w nich trzymać. To będzie cudowny moment.

Dalej.


Blue Rhapsody to stalowy niebieski srebrny metaliczny lakier, który błyskawicznie schnie. Bardzo to w nim lubię, tak samo jak to, że daje efekt tafli i jest trochę jak Beyonce, a trochę nawet lepszy. There I said it. Wydaje mi się, że jest jednocześnie neutralny i szalony, ma luksusowe wykończenie, szybko schnie , bo to metalik.. no i trzyma się całkiem nieźle jak na Essie ;P


Tęsknię za Wami jak mnie nie ma, buziaki totalne!

Stri

poniedziałek, 25 maja 2015

5 kroków do czystej skóry | demakijaż


Dobry wieczór, jest spokojny poniedziałkowy wieczór, w sam raz na bajkę o demakijażu.

Moje sposoby usuwania makijażu robią się coraz bardziej wyrafinowane, bo coraz częściej (czyli codziennie) się maluję. Trochę tęsknię za tygodniami bez makijażu, ale chwilowo życie nie pozwala. Demakijaż wykonuję od razu po przyjściu do domu. Wchodzę, myję ręce, witam się z Kiciuniami, karmię, zdejmuję ubranie, staję przed moją szafą z kosmetykami i..


KROK 1 - OCZY / PŁYN MICELARNY

Wyciągam płyn micelarny i waciki. Płyn, który właśnie się skończył to La Roche-Posay. Byłam z niego zadowolona, jest skuteczny i nie sprawia trudności. Pisałam o nim tutaj i będzie w denku (bo będzie denko w tym miesiącu!). Usuwam nim makijaż oczu i brwi - cienie, tusz, żel do brwi. Pilnuję czy Guenhwyvar nie zjada porcji Shiro, a jak już Bomburki skończą jeść - idę do łazienki i wchodzę do wanny.

Tutaj mała uwaga na temat scenerii. Mam umywalkę w łazience, ale jest niewygodna, wszystko kapie mi po rękach, łokciach, twarzy, na brzuch. Nie lubię myć twarzy nad umywalką, bo zawsze później muszę sprzątać. Mam wannę, ale jej dni są policzone, bo w moim nanomieszkaniu sens ma jedynie rujnujący finansowo prysznic i to taki na zasadzie jednej szyby. Gdybym miała prysznic, wszystko robiłabym o wiele łatwiej tam, ale mam wannę, więc robię w wannie. Trochę mi ciasno, ale daję radę.


KROK 2 - TWARZ / MLECZKO

Jestem w wannie, Dziewczynki przybiegły za mną i chodzą po brzegach, a Achajka chce, żeby odkręcić Jej kran. Będzie piła ochlapując moje plecy zimną wodą. Jeśli myłam włosy to już są czyste i związane w cebulę na środku głowy podróbą invisibobble z haemu. Zamierzam kupić oryginalne. U mnie sprawdzą się świetnie i będą konsekwentnie minimalistyczne, ostatnio to mnie cieszy. Chociaż mam ochotę na kilka kolorów, jak żyć. Ja to zawsze coś wymyślę. Alrighty, więc jestem w tej wannie, sięgam po mleczko do demakijażu Caudalie (recenzja już wkrótce, bo zostało pół, a jak zużyję to zabiorę się za ten, a mam jeszcze ten. Miło wspominam ten :)). Pompka ułatwia, przeważnie wypompowuję dwie i zmasowuję cały make-up z twarzy i szyi. Powolnymi ruchami, nie spiesząc się docieram do wszystkich zakamarków, jest mokro, ale ciepło. Twarz polewam wodą. Wizualizuję czystość.


KROK 3 - TWARZ / ŻEL I WODA

Oczywiście, nie da się zmyć mleczka wodą, więc wizualizacja nie wystarczy. Czas na kojący żel fizjologiczny Pharmaceris (recenzja już wkrótce, bo dobiega końca, a jak go zużyję to mam jeszcze chyba dwie rzeczy ciekawe czy będzie tak samo wspaniale?), który też ma pompkę, więc wszystko idzie gładko i tutaj wystarcza mi tylko jedna pompka. Masuję twarz, szyję, przestrzenie za uszami i wokół.. robi się tak bardzo czysto. Tak, tak, tak! Masuję, masuję. Po minucie przestaję i zmywam wszystko chłodną wodą. Jest orzeźwiająco. Przystępuję do pozostałych czynności, które mam zrobić w wannie, chociaż staram się twarz myć na samym końcu, żeby jej już nie zanieczyszczać szamponem albo czymś tam. Osuszam się, wychodzę, osuszam się dalej. Achaja zajmuje moje miejsce, Ona uwielbia mokrą wannę. Zawsze robi sobie tam toaletę wieczorną.


KROK 4 - TONIK

Sięgam po tonik patrząc w lustro. Z tonikiem to jest tak, że najczęściej piłam go z ginem, a nie przecierałam nim twarz. Przez wiele miesięcy rolę tę pełnił po prostu płyn micelarny, a przedtem hydrolat oczarowy. Przez lata używałam tych Ziai, miło wspominam te z Yves Rocher - niebieski i żółty. Kiedyś była to Uroda Melisa, którą widzicie na zdjęciu. Teraz kupiłam coś nowego, będzie w nowościach (bo post o nowościach też będzie mam nadzieję, oby był). Czaję się na ten, ale mam świadomość, że zanim się spotkamy minie trochę, no i przydałaby się promocja. W każdym razie - cokolwiek by to nie było, wylewam na wacik (albo wypsikuję) i przecieram nim twarz. Oddycham.

KROK 5 - KREM

Zawinięta w ręcznik stoję znowu przed szafą z kosmetykami. Wklepuję serum, krem, krem do twarzy albo co mi tam jeszcze wpadnie w ręce. Kilka dni temu otworzyłam ostatnią buteleczkę magicznego koncentratu nawilżającego. Pisałam o nim tutaj 3 lata temu i podtrzymuję moje zdanie - warto. Pod oczy i wokół nich nakładam krem Caudalie w przyjemnej zielonej tubce. Odwijam ręcznik, wieszam go obok łóżka, kładę się i zasypiam.

O demakijażu pisałam rok temu tutaj, jak widać eksperymenty trwają, ale lenistwo od zawsze zmuszało mnie do demakijażu w wannie ;P Oczywiście czasami nie mogę iść tak po prostu spać, bo robię rzeczy konieczne. Czasami kroków jest więcej, bo peeling i maseczki, ale przeważnie ta podstawa dzieje się codziennie. Pytania zawsze są mile widziane, podobnie jak dobre słowo w komentarzach. Dobre słowo kojarzy mi się z dobrą kalorią. Dobra kaloria z owsianką. Zasypiam myśląc o śniadaniu i o tym, że ładowarka znowu wpadła pod łóżko i muszę sięgnąć, ale nie mogę sięgnąć, bo już właściwie śpię.

Dobranoc,
Stri.

new in | sally hansen miracle cure


Chcę mieć zdrowe wszystko - paznokcie, włosy, wątrobę, serce, płuca, nerki i inne takie. Nie sądzę, żeby produkty, których używam zewnętrznie mogły zmienić stan mojego zdrowia tak bardzo jak twierdzą. Podchodzę do tego raczej swobodnie, bez ciśnień. Było 40% taniej, więc kupiłam. Miracle Cure to taka zupełna nowość dla mnie, bo pewnie coś tam czytałam/oglądałam na blogach, ale nie wiedziałam czego się spodziewać..Czasami mam ochotę sobie coś tak po prostu kupić, zdecydowałam się i mam. Niebieska, nieprzezroczysta buteleczka ma 15 ml, skład znajdziecie na stronie producenta. Kupiłam ją podczas paznokciowego tygodnia, więc było to.. dwa tygodnie temu? Trzy tygodnie temu? Używam od tamtej pory pod lakier, co 3 dni zmieniam kolor, więc przynajmniej dwa razy w tygodniu. I co? I jest lepiej. Nie wiem czy to baza jest taka dobra czy po prostu jest taka gruba (bo gęstawa) i robi dobrą warstwę pod lakier, ale wszystko lepiej się trzyma, nie odłazi płatami razem z paznokciem i płytka mi zbielała :D

Zaczęło się ciekawie, oby tak dalej :)
Buziaki ahoj,
Stri

Wrócę wieczorem opowiedzieć Wam bajkę.

piątek, 22 maja 2015

zielone paznokcie | douglas absolute nails glamorous 14


Dzień dobry, dzień dobry.

Odrzucanie zbędnych egzemplarzy idzie bardzo dobrze - oto kolejny lakier, z którym się rozstanę. Jest ładny i na pewno się komuś przyda, przynajmniej w chłodniejsze miesiące. Kryje przy drugiej warstwie, nie odpryskuje, nie farbuje płytki, ma współpracujący pędzelek i konsystencję.
Jeszcze nie zdecydowałam ile chcę, żeby mi zostało sztuk. Nie mam jakiegoś ciśnienia, ogromnego, ale wiem, że jeśli nie jestem gotowa, żeby się rozstać to tego nie zrobię. Polecam, bardzo przyjemny stan mieć tylko to, co kochasz :) I wiedzieć, że będzie wszystkiego mniej. Lepiej jak jest więcej tego, czego nie ma.

Dzisiaj krótko, ale będzie dłużej I swear. Zdecydowałam się na kilka postów i realizuję zamiast po kolei to wszystko jednocześnie, a wiecie co się dzieje jak się robi wszystko na raz? Nic się nie dzieje, tak to wygląda. Właściwie ostatnie dni spędziłam czytając książki. Robię to, co lubię ;) I czekam, aż deszcz przestanie padać, bo muszę zrobić pranie.

Miłego dnia, ciągle wydaje mi się, że jest wtorek.

Buziaki ahoj!
Stri

środa, 20 maja 2015

la roche-posay | hydraphase intense legere


Dzisiaj opowiem Wam o produkcie, który marzył mi się odkąd usłyszałam o nim na YT, z którego zakupem zwlekałam, a jak już kupiłam to używałam codziennie i właśnie kończę pierwsze opakowanie.

Mowa oczywiście o kultowym Hydraphase Intense Legere, czyli intensywnym kremie nawilżającym o lekkiej konsystencji. Jest idealny dla cery mieszanej, moja strefa T jest bardzo zadowolona. Nic mi się nie zanieczyszcza, krem na lekką formułę, błyskawicznie się wchłania i mogę na nim polegać. La Roche-Posay odwaliło kawał dobrej roboty, chociaż jestem pewna, że podobnie działający produkt można znaleźć również w ofercie innych firm. Co zatem sprawiło, że sięgnęłam po niego ponownie?

Na pewno promocja w Superpharm, bo było taniej i pomyślałam sobie, że warto skorzystać z okazji. Na pewno wydajność - pierwsze opakowanie trwało i trwało przez wiele miesięcy :) Myślę, że dużą rolę w tym trwaniu odegrała pompka, która działa bez zarzutu i dozuje optymalną ilość kosmetyku. Nie wypluwa za dużo, nic nie marnuje się, nie ląduje na lustrze ani kafelkach.

Zapach jest na tyle neutralny, że go nie rejestruję, może dlatego, że ostatnio mam alergiczny katar (jak żyć). Produkt pochodzi z Francji, nie ma parabenów. Producent opisuje go jako długotrwale pozostający na skórze preparat nawilżający dla długotrwałego komfortu i w zasadzie nie mogę się nie zgodzić. Nawilżenie utrzymuje się od rana do wieczora, suche skórki nie są problemem przy dłuższym stosowaniu, podkład wygląda lepiej, puder się stapia i wszystko jest lepsze. Zaryzykuję stwierdzenie, że życie w ogóle jest lepsze z takim produktem, na którym można polegać.

50 ml kosztuje kilkadziesiąt złotych, w zależności od punktu sprzedaży.


Chcąc zaoszczędzić i pozostać bardziej w kraju, przyglądałam się również ofercie laboratorium Iwostin, do którego nic nie mam, bo mleczko do demakijażu (na zdjęciu) było bardzo przyjemne. Postanowiłam jednak, że jak mi się skończą nawilżacze to zdecyduję się na intensywne serum nawilżające - Hydraphase Intense Serum. Powinnam wpisać go na wishlistę, bo zapomnę.

Używałyście? Znalazłyście coś lepszego/tańszego/polskiego? Nie mam ciśnienia, ale może jak polskie to byłoby tańsze. Czy to ma sens? Chyba tak. Miłego dnia, buziaki ahoj!

Stri

poniedziałek, 18 maja 2015

pielęgnacja skórek olejami | eveline argan elixir 8 w 1


Dzień dobry. Patrzę na te paznokcie i nie wierzę, że jeszcze kilka miesięcy temu były w takim dobrym stanie, a później wszystko się popsuło. Cóż, trzeba żyć dalej i można starać sobie pomóc. Dietą, wodą, warzywem - tak, tym też.. ale dobrym pomysłem są też oleje. Na zdjęciu preparat Eveline, w którym oleju jest tyle, co kot napłakał. Ma fajną buteleczkę, błyszczącą nakrętkę, żółtawą ciecz w środku i przyjemny pędzelek. Na pewno dobrze się sprzedaje, bo jest dostępny w Rossmannach w całej Polsce. Kosztuje pewnie około 10 zł, deal życia. Cóż.. nie można zaprzeczyć, że takie rozwiązanie jest wygodne. Mamy gotowy produkt w ładnej butelce, stosowanie jest dosyć wygodne, chyba, że kot przyjdzie i osierściuchuje wszystko albo przewróci olejek i ten wyleje się na biurko, na mnie, na podłogę i na w ogóle wszystko. Wtedy jest mniej kolorowo, ale można sobie iść kupić następny albo zużyć to, co zostało na dnie (a później zrobi posta z denkiem jupijej). Nie, ten post wcale nie ma na celu hejtowanie. Próbuję Wam powiedzieć, że Eveline i ja  nie mamy do siebie szczęścia. Rozstałam się z marką jakiś czas temu i nie chcę wracać, bo nigdy nie jestem w 100% zadowolona. Argan Elixir to taka ściema jeśli chodzi o olej arganowy, ale skórki na pewno będą  ładnie wyglądały (zwłaszcza przy regularnym stosowaniu). Dlatego zdecydowałam, że po każdej zmianie koloru na skórki zaaplikuję coś w tym stylu. Zdecydowanie łatwiej mi się pracuje z pseudoolejkiem niż z tym cholernym usuwaczem skórek, które ma pół internetu. Czy on Wam nie wysusza skórek? Wcale nie nakładam go na długo. I swear.

Chyba tyle. Eveline pachnie, ale wszystkie takie produkty pachną. Teraz to wszystko pachnie, zwłaszcza w drogerii. Poniedziałek, poniedziałek. Ciekawe jak będzie wyglądał ten tydzień. Nie marudzę za bardzo? Powiedzcie mi jak będę grumpy cat'em, bo nie chcę się stać tako osobo.

Trzymajcie się dzielnie, pijcie wodę i jedzcie zielone warzywa. Może nam to pomoże.
Buziaki ahoj, Stri.

niedziela, 17 maja 2015

kocie akcesoria | koszyk

Dzień dobry :)

Znalazłam na dysku zdjęcia koszyka, do którego Shiro się mieścił kiedyś dawno temu (teraz jest kluską i już raczej się nie kuleczkuje w tym konkretnym, za to Maleństwo trochę przejęło ;) Po kilku latach z kotem / kotami stwierdzam, że nie jest w ogóle konieczne wydawanie $$ na akcesoria tego typu, bo wystarczy torba na siłownię albo kurtka i zwierzęta śpią zadowolone. Od czasu do czasu napotykałam na coś w TKMaxxie i nie mogłam się powstrzymać. Stąd milion zabawek i takich różnych ;) Dziś podchodzę do tematu już nieco bardziej praktycznie i przyszłościowo, ale przecież kto mi zabroni rozpieszczać moje kochane Kiciunie.


W tym bardzo spodobało mi się solidne wykonanie i niezobowiązujące jasne kolory. Materiał, z którego wykonany jest koszyk jest miękki i łatwo przenieść śpiącego kota np na swoje kolana albo z kolan odłożyć go gdzieś indziej.


Marka TM designs nic mi nie mówi, ale jeśli spotkacie w Tikeju to można śmiało. Piorę to na 40 stopni i jest okay. Kosztował około 30 zł, ma już dwa lata i wygląda jak nowe oprócz nieco bardziej spranych kolorów.




Buziaki ode mnie i pomrukiwania od kotów :)
Stri, Shiro, Achaja i Guenhwyvar


sobota, 16 maja 2015

majowe nowości yves rocher | naturelle osmanthus, sensitive vegetal i karambola z malezji


Kilka dni temu dotarły do mnie majowe nowości Yves Rocher, m.in woda toaletowa i żel pod prysznic Naturelle Osmanthus. W składzie kompozycji zapachowej znajdziemy olejek eteryczny z cytryny, olejek eteryczny z cedru, absolut z jaśminu sambac i absolut z osmantusa. Zgadzam się z tym, że jest to zapach kwiatowo-zielony-owocowy. Wiem na pewno, bo za takimi nie przepadam. Jaśmin jest wyczuwalny tak bardzo, że boli mnie głowa po kilku minutach od aplikacji. Jestem pewna, że ten zapach znajdzie swoje fanki, nie obawiam się o jego dobre przyjęcie. Właściwie to wydaje mi się, że jestem w mniejszości, ale zapach mojego życia to Obsession, więc siłą rzeczy.. wiadomka. Można go nabyć za 95 zł w sklepie online Woda toaletowa Naturelle Osmanthus KLIK


W zestawie z żelem pod prysznic jest jeszcze taniej, bo obie rzeczy kupimy za niecałe 90 zł. KLIK. Perfumowany żel jest mniej intensywny niż woda toaletowa i robi fajną pianę nie wysuszając skóry. Obawiam się, że perfumowane żele pod prysznic to nie jest coś, co znajduje w mojej kosmetyczce zastosowanie. Pisałam już o tym, więc żadna nowość. Dla fanek jedno i drugie będzie jak znalazł.


Karambola z Malezji natomiast ma świetny zapach. W sam raz dla żelu pod prysznic. Uwielbiam tę serię. Jak kiedyś skończy mi się zapas myjadeł to zaopatrzę się w kilka butelek ulubionych wersji (kawa, moja wspaniała kawa) i będę się myć i myć. Będzie cudownie. Karambola nie wysusza, czyli możemy pokusić się o stwierdzenie, że nawilża jak zapewnia nas producent. 200 ml kosztuje teraz 7.9 zł online. Do tego zatrzask jest płaski! Kiedyś nie był.


Last but not least - mleczko do demakijażu łagodzące. Używam go dosłownie kilka dni, ale już uważam, że to strzał w 10. Produkt jest delikatny, ładnie usuwa zanieczyszczenia i makijaż. Rozpuszcza nawet tusz to rzęs, ale szczypie w oczy jak się wleje do oka, więc tego nie polecam, ale normalnie nie używam mleczek do demakijażu oka, bo mam od tego płyn micelarny albo dwufazę. Zapach jest, ale nie przyczynił się do podrażnienia czy uczulenia. Nie zapycha porów, jest przyjemny, skuteczny i kosztuje teraz niecałe 23 zł. Łagodzące mleczko do demakijażu Sensitive Vegetal KLIK.

Żel pod prysznic Karambola to miłe odkrycie, ale na poważnie jestem zainteresowana nowościami z serii Sensitive Vegetal. Płyn micelarny, serum, krem pod oczy  i kremy. Mgiełce trochę nie ufam, ale resztę pewnie prędzej czy później przetestuję. Swoją drogą, ciekawa sytuacja, bo od dwóch lat mimo moich usilnych próśb i starań, nie otrzymuję ulotek drogą pocztową, a pani ekspedientka w pobliskim centrum handlowym uparła się, że ulotkę zastępczą może mi wydać dopiero pod koniec miesiąca jak już na pewno moja ulotka nie przyjdzie. Nie wiem dlaczego los mnie tak pokarał, ale skutkuje to tym, że do salonów YR już nie zaglądam tak często. Zresztą teraz to i tak jestem w fazie minimalizacji ogólnej, jak wiecie. Moje relacje z kosmetykami, które mogłabym kupić musiały się rozluźnić.

Mam nadzieję, że sobota mija pozytywnie. Dajcie znać czy wypróbowałyście coś z nowości, jakie macie wrażenia? Pozdrawiam serdecznie, buziaki i ahoj!

Stri

piątek, 15 maja 2015

olejowanie włosów | heenara


Zdjęcie jest średnie, ale to jedyne, które znalazłam na dysku. Butelka prawie zużytego oleju wygląda mało estetycznie, więc to jest kompromis ;) Może zacznę od tego, że byłam bardzo podekscytowana jak wróciłam do olejowania i wiem już, że nie powinnam nigdy przestać. Heenara była takim wstępem do ciekawszych produktów, które miały nadejść później. Swój egzemplarz kupiłam na helfach za 29 zł / 200 ml.

Skład wygląda w ten sposób: Cocos Nucifera (Coconut Oil), Eclipta Alba (Maka), Emblic Myrobalan (Amla), Herpestis Monniera (Brahmi), Hibiscus Rosa-Sinensis (Jaswand), Azadiachta Indica (Neem), Hendychium Spicatum (Kapoorkachli), Lawsonia Alba (Mehendi), Prunus Amygdalus Almond), Aloe Barbadensis (Kumari).

W założeniu ta mieszanka ma być odżywką pielęgnującą skórę głowy, która wzmacnia cebulki i nawilża włosy (aż po same końce;). W praktyce jest dokładnie tak. Po godzinnym olejowaniu i zmyciu oleju delikatnym szamponem (taki wystarczy), włosy są bardziej nawilżone, a więc również ładniej skręcone. Jestem fanką. Bonusem jest lekkie ocieplenie koloru włosów przy regularnym używaniu produktu. Ja czasami nakładam go na nos, czasem na godzinę lub dwie, czasami na pięć albo sześć. Nie zauważyłam, żeby farbował poduszki (ani skórę).

Wydajność jest wysoka, pamiętajmy, ze mam długie włosy (mimo, że coraz krótsze;) i ciężką rękę. Jedyna niedogodność, którą znajduję w tym kosmetyku to konsystencja - twarda, zbita konsystencja, którą trzeba zmiękczyć przed użyciem, żeby w ogóle wydostać olej z butelki. Wystarczy kilkadziesiąt sekund w ciepłej wodzie, można zanurzyć w misce albo trzymać pod strumieniem wody z kranu. I już.

Zapach jest specyficzny, ale już czas, żebyśmy przyzwyczaili się do tego zapachu jako społeczeństwo. Skuteczność wynagradza.

I tyle :) Polecam, 100 ml opakowanie też jest dostępne. Nie, niestety helfy mnie nie sponsorują. Po prostu zawsze tam kupuję oleje i pastę do zębów. Trolololo.

Buziaki, udanego weekendu :) Pracujecie, odpoczywacie, jeździcie na rowerze? ;)
Stri

instagram | twitter | bloglovin'

for you to feel the same i would do almost anything


just chill :) the weekend has landed

instagram | twitter | bloglovin'

czwartek, 14 maja 2015

trzy odżywki do paznokci / bazy pod lakier, które nie miały sensu


Dzień dobry wszystkim. Jestem na takim etapie, że jak coś mi nie pasuje to się z tym szybko rozstaje. Nie lubię mieć negatywnych dni, kiedy wszystko mi nie pasuje, ale myślę wtedy o tym, że kiedyś to się skończy i będę mieć mniej, ale fajniejszych rzeczy. Odżywki do paznokci ostatnio bardzo mnie kupują, bo potrzebuję urosnąć paznokcie, a tego typu produkty powinny pomagać. Te trzy zaprezentowane dzisiaj nie pomagały w ogóle, więc pokazuję Wam je, żebyście mogły ich nie kupić. Niby na każdym działa coś innego, ale dajcie sobie spokój. Naprawdę.


Historia nie jest długa, bo one się nie nadawały w ogóle pod lakier (odchodził płatami), a wzmocnienia i wydłużenia nie zauważyłam. Traciłam na nie czas przez kilka miesięcy i dawałam im wiele szans. Zupełnie niepotrzebnie, drugi raz takiego błędu już nie powtórzę. Oczywiście na stan naszych paznokci mają wpływ różne czynniki, ale przeważnie pokrycie ich kilkoma warstwami odżywki i lakieru dawało przynajmniej tyle, że kondycja nie była gorsza niż na początku. Nie w tym przypadku. Mam wrażenie, że moja płytka zrobiła się cieńsza i bardziej łamliwa. Niedawno przez kilka tygodni nie malowałam paznokci, bo tego samego dnia pojawiały się odpryski. Pakowałam dużo rzeczy, wynosiłam, przewoziłam, nosiłam, wszystko robiłam rękami i nie miałam ochoty patrzeć na moje nie dość, że suche dłonie to jeszcze z odpryśniętym lakierem. To było dopiero niedawno, ale przedtem (zanim moje paznokcie się popsuły) były naprawdę długie i mocne. Nie wiem, nie rozumiem. Teraz ścinam na krótko, ale będę się starała je wydłużyć, bo takie krótkie mi się znudzą lada moment.

W związku z powyższym nie mogę polecić: Deborah Nail Space Smoothing Base (jako baza może by jeszcze uszła, ale po kilku godzinach coś odpryskiwało), Deborah Nail Space Nourishing Calcium Gel oraz Sensilis Perfect 3 in 1 Nail Enamel (tu miałam największe oczekiwania, ale jednak też beznadzieja).

Dziękuję za uwagę, miłego czwartku. Do zobaczenia jutro :)

Stri

poniedziałek, 4 maja 2015

serum vegetal | krem wygładzający zmarszczki na dzień



Po pierwsze - zapach jest zbyt intensywny. Zauważyłam, że każdy kolejny krem ze stajni YR ma coraz mocniejszy zapach. Nie podoba mi się to. Może ja jestem bardziej wyczulona na zapachy, a może faktycznie produkty pachną coraz bardziej - nie wiem. To pierwsza sprawa.

Druga sprawa - słoik. Szklany, gruby, mocny i przyjemny. Nie trzymam go w łazience, więc nie ma problemu, że spadnie na kafelki. Nakrętka jest porządna, wszystkie informacje na temat produktu znajdziemy na kartoniku. Kartonik opakowany w folię, gwarantuje, że nikt się nie dostał do kremu przed nami. To jest okay. Dane techniczne - 50 ml. Konsystencja jest typowo kremowa, może z lekką nutą śmietany. Krem przepięknie się rozsmarowuje i można się naprawdę zrelaksować. Z uwagi na dosyć bogatą konsystencję nie mogę używać tego kremu tak po prostu. Na obszary z porami mogę nałożyć co najwyżej minimalną ilość, a na resztę twarzy sama nie wiem ile. Dlatego też postanowiłam używać go głównie na policzki, linię żuchwy, szyję i dekolt. Zapach jest naprawdę mocny. Jest ładny i po wchłonięciu się nie ma właściwie problemu, bo nie czuć go przecież na zawsze.

Słowo od producenta. Działanie przeciwzmarszczkowe potrzebuje czasem wzmocnienia intensywnym działaniem ujędrniającym. Aby zwiększyć produkcję kolagenu i kwasu hialuronowego, będących budulcami skóry, naukowcy z Laboratoriów Yves Rocher wykorzystali gumę z akacji. Po zastosowaniu kremu intensywnie ujędrniającego na dzień skóra jest bardziej jędrna, wygląda na bardziej spoistą. Przypołudnik kryształowy zwany Rośliną Życia, jest uprawiany we Francji w La Gacilly. Jego ekstrakt, doskonale asymilowany przez skórę, działa na wszystkie rodzaje zmarszczek. Guma z akacji odbudowuje materię skóry dzięki pobudzaniu syntezy kolagenu i kwasu hialuronowego.

Na pewno zgadzam  się z tym, że skóra wygląda na bardziej spoistą. Jest nawilżona i taka jakby bardziej gęsta. Nie mogę polecić tego produktu każdemu. Jeśli masz cerę mieszaną, tak jak ja - wątpię, żeby Twoja strefa T była zadowolona. To będzie dla niej potencjalnie zbyt wiele. Jeśli jednak masz cerę suchą albo bardzo suchą - wydaje mi się, że ten produkt Ci się spodoba :)

W tej chwili można go kupić za 49 zł, co wydaje mi się bardzo rozsądną ceną.

Mam nadzieję, że komuś pomogłam w decyzji. Jeśli macie jakiekolwiek pytania, pamiętajcie o komentarzach. Buziaki ahoj, Stri.

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...