poniedziałek, 29 czerwca 2015

mail monday #10 | nowości yves rocher - ekscytujące lakiery do paznokci, soczysta kredka do ust i lato w żelu pod prysznic

Dzień dobry, dzień dobry.

Mamy poniedziałek, kolejny w naszym życiu. Dzisiaj stworzyłam post o nowościach Yves Rocher. Takich najbardziej aktualnych, które są u mnie od trzech tygodni. Trzy tygodnie to moim zdaniem wystarczająco, żeby się wypowiedzieć na temat tego co poniżej, więc wypowiadam się.

(klimatyczne zdjęcie na białym tle nasuwa skojarzenia z posiadłością na plaży i marinistycznym wystrojem)

Nowości są bardzo ekscytujące. Może zacznijmy od tego co w ogóle nowego i co do czego i jak. Nie będę Wam pokazywać wszystkiego, ale na kilka rzeczy warto zerknąć, może kogoś zainteresują. Sama byłam w salonie stacjonarnym w zeszłym tygodniu i miałam na co patrzeć, a przecież większość asortymentu raczej znam, ale dawno nie robiłam spokojnie zakupów, więc było całkiem miło.


Po pierwsze, letnia limitka. Kolekcja powstała specjalnie z myślą o wakacjach, idealnie oddając klimat beztroski, słońca i wypoczynku. Zgadzam się, oddaje ten klimat idelnie. W wannie przeniosłam się do lipcowych wędrówek w poszukiwaniu przygód i sierpniowych promieni słońca na ciepłej trawie. Plaisirs Nature - bazylia z cytryną i jabłko z anyżem. Miałam nadzieję, że dostanę do testów któryś z produktów zapachowych i bardziej atrakcyjna wydała mi się bazylia z cytryną, a trafiło mi się jabłko. Wąchałam obie wersje w salonie (nowości dumnie prezentują swoje oblicze już wcześniej, żeby mnie kusić jak tam wchodzę) i obie mi się podobały, ale z jakiegoś powodu anyż kojarzy mi się z kminkiem, a ja nie lubię kminku tak bardzo, bo kiedyś zjadłam chleb z taką ilością tej przyprawy, że później już nic nie było tak samo. Jednak anyż to nie to samo co kminek KLIK :) Poczytajcie o jego właściwościach! W linii znajdziecie: żele pod prysznic, peelingujące żele pod prysznic, mgiełki odświeżające i myślę, że dobrym posunięciem jest brak mleczek, bo w cieplejsze miesiące raczej się myję niż smaruję. Chociaż smarować to ja się niedługo będę sterydami, bo na linii pod piersiami mam nasilające się zmiany łuszczycowe. Były takie malutkie przez około 2 lata, a teraz przygoda - kolejny obszar. Chlip, ale nie załamujmy się. Nie boli przynajmniej tylko trudno utrzymać higienę tzn może nie tyle higienę co brak tarcia. Zresztą jak jest upał to nie oszukujmy się, że łatwo utrzymać higienę jeśli nie myjemy skóry 5 razy dziennie. Przy czym pamiętać należy, że zbyt częste mycie skóry jest głupim pomysłem.

Wracając, edycja limitowana Plaisirs Nature jest niezobowiązująca, świeża i poprawia humor. Peelingujący żel pod prysznic jabłko z anyżem ma w przezroczystej bazie zawieszone kawałeczki pestek moreli i orzecha kokosowego. Poddanego odpowiedniej obróbce oczywiście. Na stronie internetowej czytamy o składnikach (puder z pestek moreli, puder z orzecha kokosowego, olejek eteryczny z jabłka, olejek eteryczny z anyżu) i o działaniu (łagodny dla skóry, złuszcza w delikatny sposób, pozostawia na skórze soczysty zapach jabłek), a jak się ma słowo producenta do rzeczywistości? Ma się bardzo. Peeling nie jest mocnym zdzierakiem typu korund (ostatnio rozważałam, ale boję się, że się rozoram), ale powiem Wam szczerze, że moja skóra na ciele już nie daje rady z mocnymi peelingami, bo one zawsze wysuszają. Nawet przed depilacją nóg nie robię już mocnych zabiegów peelingujących. Na pewno jest delikatniejszy niż ten, o którym pisałam ostatnio KLIK do postu ze środy. Nie ma aż tylu drobinek, są luźniej rozmieszczone w siatce przestrzennej (nie jestem inżynierem, jestem filozofem. musicie mi wybaczyć). Spokojnie można usunąć martwy naskórek (łuszczą mi się ramiona, brzuch, łydki, uda), ja używam co 2 dni. Myślę, że skóry normalne mogłyby używać nawet codziennie, ja akurat nie mam takiej potrzeby.

Opakowanie ma 200 ml, kosztuje 14.90 zł. Dostępny w sprzedaży internetowej i stacjonarnie.
Polecam, ma przyjemny lekki zapach i na pewno umili Wam chwile pod prysznicem :)

Kolejna grupa nowości to paznokcie. Pojawiło się kilka preparatów (nie wiem jak z ich jakością, ja używam do paznokci rzeczy z firm, które zajmują się paznokciami), na przykład:



..i taki, który do mnie przyjechał - przyspieszacz schnięcia lakieru aka wysuszacz. 15.90 zł. One wszystkie mają 5 ml co uważam za świetny pomysł, bo nie zajmują dużo miejsca, a można je - uwaga, uwaga - zużyć! :) Wysusza szybciej niż bez użycia preparatu, nie zmienia koloru, nie kurczy lakieru, nabłyszcza i nie wysusza skórek. Jak wiecie używam Seche Vite, mam również Glosser od Orly i top z Opi. Myślę, że sens ma używanie lakierów z dedykowanymi im produktami, więc wysuszacz dołącza do drużyny. Wyróżnia go konsystencja przylegającej do lakieru wody. Jego się nie nakłada malując tylko tak jakby przykładając.


Gdyby nie to, że właśnie zaopatrzyłam się w kilka olejków do skórek/paznokci na pewno kupiłabym ten,  KLIK. Mimo, iż przecież można kupić czysty olej i przelać albo na wacik. I say pozwólmy sobie na chwilę luksusu.

Dobra, zupełnie szczerze. Na widok tej tubeczki zaświeciły mi się oczy. Uwielbiam takie gadżety. KLIK. Tutaj 22.90 zł / 10 ml i mamy ziarenka z pudru z pestek moreli oraz z pestek arganu.

Pomadka w kredce, KLIK. Kredka jest przyjemna wizualnie - jednokolorowy, plastikowy jumbo przedmiot przyciąga uwagę. Jak tylko nałożyłam ją na usta, postanowiłam zrobić "porównanie" wszystkich moich kredek, bo warto coś o nich powiedzieć. Zbiorczo? W kredkach ważne są te same właściwości co w każdym innym mazidle do ust. Nie mogę się zdecydować czy lubię to słowo.. "mazidła".


Odcień to mocny ciepły róż, prześliczny. Bardzo kobiecy, soczysty, energetyzujący. Ożywia urodę. Myślę, że sprawdzi się u większości typów urody, bo jest bezpiecznym uniwersalnym odcieniem. Bezpieczny nie mylić z nudnym. Ja takiego odcienia w swojej kolekcji długo nie miałam, bo z różami to zawsze jest tak, że ciężko mi podjąć decyzję, od którego zacząć. Bardzo fajnie uzupełnił moją kolekcję kredkowych odcieni i odcieni różu w ogóle. Polecam stosować na suchą skórę warg. Nie zauważyłam problemów z przesuszeniem, ale piję dużo wody, codziennie używam balsamu do ust Tisane i od czasu do czasu decyduję się na cukrowy peeling ust. Kredka jest napigmentowana, po zjedzeniu wierzchniej warstwy na ustach zostaje kolor, a my możemy cieszyć się niezobowiązującym makijażem ust przez jeszcze kilka godzin. Oczywiście pod warunkiem, że nie obżeramy się burgerem, który ocieka tłuszczem (the meat just absorbs all the space). Wtedy demakijaż ocm gwarantowany :D
Wykończenie jest wilgotne, ale nie mamy tu wysokiego połysku tylko po prostu delikatny błysk, bez drobinek. Jeśli chodzi o zmianę wykończenia - można przypudrować przez chusteczkę albo po prostu wklepać palcem. Kredki się nie temperuje, jest wykręcana. Podsumowując - pozytywnie :)


Mój odcień to Rose sorbet / Sorbetowy róż. Pomadka ma 2,5 g, została wyprodukowana we Francji. W tej chwili możecie ją kupić za 24,9 zł w sklepie internetowym albo nawet taniej jeśli macie 40% kupon zniżkowy (cena regularna to 35 zł).

Last but not least, lakiery. Jeden z serii upiększających pasteli (beautifying pastel) i dwa z serii Botanical colour. Pod lakiery użyłam produktu Sally Hansen i oba lakiery zbąbelkowały. Wysuszacz chyba nie ma tu nic do rzeczy, a obawiam się, że wina leży po stronie naklejek, które ostatnio zaaplikowałam na paznokcie. Po prostu powierzchnia płytki się mi nie wygładziła po przejechaniu zmywaczem i musiałam kilka dni zaczekać, aż wszystko wróci do normy. Po jakimś czasie spróbowałam ponownie i wszystko było w porządku. Morał jest taki - zawsze używajcie bazy i bez paniki. Jeśli uszkodzenie jest mechaniczne powierzchniowe to minie. W zeszłym tygodniu na przykład urżnęłam sobie kawałek paznokcia, ale żyję.


Konsystencja najjaśniejszego odcienia, czyli lakieru do french manicure 02 Parme (Pastelowy Róż) jest w porządku. Dwie średnio grube warstwy powinny wystarczyć chociaż oczywiście dla lepszego krycia można pójść dalej tylko czy chcemy iść dalej z takim lakierem? Nie sądzę, ale mogę się mylić. Ja nie mam czasu w życiu na trzy warstwy pastelowego lakieru.
Schnie poprawnie, w końcu pierwsza warstwa i tak musiała wyschnąć przed nałożeniem drugiej. Szeroki pędzelek jest bardzo przyjemny, niemalże sam sunie po płytce pokrywając ją równomiernie emalią.

Kosztuje 9,90 zł w sklepie internetowym, cena regularna 14,90 zł.



Aksamitny róż z serii podstawowej ma tak samo świetny pędzelek co upiększające pastele, kolor jest głębokim fioletoróżem. Nie jest to kolor jagód, bo jagody są chłodne. Podoba mi się bardzo. Dobrze współpracuje z wysuszaczem, sam z siebie nie schnie najgorzej (ponownie - kwestia pierwszej warstwy)
Z tej samej serii nie spróbowałam moreli, tzn zaczęłam ją nakładać na paznokcie, ale musiałam szybko wyjść z domu, więc umówmy się, że zdjęcia tego lakieru pojawią się osobno.


Na koniec wisienka na torcie - Fuksja. Ten lakier chciałabym porównać do Watermelon z Essie. Jest zajebisty. Bardzo nowoczesny, ale jednak klasyczny. Coś jest w tym odcieniu takiego, że można go mieć na paznokciach w klubie nocą, ale też na plaży albo spotkaniu rodzinnym. Można się opalać w samych majtkach albo zapiąć się pod szyję. To jest właśnie taki kolor. I na dodatek JEDNOWARSTWOWY.

Ceny tak samo - 9,90 zł teraz, 14,90 zł w cenie regularnej. 5 ml. Gdybym nie miała bardzo dużej ilości powtarzających się lakierów to naprawdę poszłabym i kupiła kilka odcieni. Jakość jest świetna, cena do przełknięcia. Jestem na tak i na pewno kupię kilka kolorów w prezencie komuś.
Od producenta: Lakier został wyposażony w innowacyjny pędzelek w kształcie wachlarza, który idealnie dopasowuje się do kształtu paznokcia. (zgadzam się!) Delikatna formuła, wolna od ftalanów, formaldehydu, kamfory lub nanomateriałów została wzbogacona w żywicę Elemi aby nadać efekt nabłyszczenia.

Jak zawsze - zaklejone folią opakowanie na plus, bo płacąc za nowy produkt faktycznie otrzymujemy NOWY produkt. Tego żadna drogeria nie przebije niestety. Kolory fajne, a inne odcienie na pewno widziałyście albo zobaczycie u Dziewczyn w sieci. Polecam lakiery, kredki i powąchanie wakacyjnych limitek :))

Późno już, więc chodźmy spać ;) Buziaki ahoj!
Stri

czwartek, 25 czerwca 2015

a take away show


To nie był dobry tydzień dla moich Przyjaciół. Będę chyba dopiero w poniedziałek, trudno jest mi się skoncentrować.

Buziaki,
Stri

czwartek, 18 czerwca 2015

new in | catrice luxury nudes

Lakiery dostałam w prezencie od kogoś, kto mnie dobrze zna. Zobaczyłam je w dziennym świetle i na pierwszy rzut oka - były za bardzo nude, na drugi rzut oka - ale mają poświatę aka the magic veil. Z Catrice jestem zupełnie nie na bieżąco. Kiedyś śledziłam nowości, umieszczałam na blogu zapowiedzi i ekscytowałam się tym, co miało nadejść. Nawet pokusiłam się o współpracę, mogłam sama ocenić niektóre kosmetyki z nowego asortymentu. Później odkryłam podkład i kredki do ust, a później była Wielka Cisza przez całe miesiące, aż do nieszczęsnego błyszczyka (o wszystkim będzie). Nie zaglądam również do Hebe, w którym dostępny jest asortyment ze stajni Cosnovy. Tęskniłam trochę, bo przecież odkryłam kupę fajnych kosmetyków, ale też wiele przeminęło ze względu na zmianę asortymentu.

trochę ciemniejszy beż niż zwykle - 05 To The Nude Mood

Na ich widok bardzo się ucieszyłam, w końcu będę miała wypróbować coś nowego. Luxury Nudes (bo teraz wszystkie są luxury) to - słowami producenta - nowa generacja lakierów z wysokim stopniem krycia z perłowym lub satynowym wykończeniem. Zgodzę się. W przypadku dwóch odcieni, którymi ochoczo dysponuję to się sprawdza. Są bardziej kryjące i mają perłowe lub satynowe wykończenie. W momencie, kiedy spojrzałam na nie po raz pierwszy, nie spodziewałam się, że będą aż tak fajne!

różowa brzoskwinia - 04 Your Fresh Apri-Coat

Polecam zapoznać się z ofertą. Nawet nie wiem od kiedy one mieszkają w szafach Catrice, bo przestałam otrzymywać materiały prasowe. Także zupełnie spontaniczne odkrycie.

Dziękuję wszystkim za uwagę, buziaki ahoj!
Stri

środa, 17 czerwca 2015

yves rocher | peeling wyszczuplający i balsam ujędrniający uda

Pierwszą butelkę peelingu wyszczuplającego otrzymałam w ramach współpracy, kolejne dwie kupiłam sama (akurat trafiła się atrakcyjna promocja, tak wyszło). Nie wiem jak to się stało, że jeszcze o nim nie pisałam. Podświadomie unikam tematów około wyszczuplających, bo otyłość zamiast się zmniejszać to się powiększa i trudno jest żyć w takim stanie, a zmienić stan jest równie trudno, więc wszystko jest po staremu i wcale nie jest lepiej. Pesymistycznie? Niezupełnie. Ilekolwiek bym nie ważyła i jak bardzo dużo nie miała rozstępów i skórki pomarańczowej na udach, lubię mieć jędrną skórę. Wydawałoby się, że najprostszym sposobem jest ruch i dużo wody i faktycznie - to jest najprostszy sposób, ale są też inne (peelingi, masaże, body wrapping). Jedne mniej, inne bardziej przyjemne (w zależności czy wykonujemy je sami czy ktoś robi to za nas), ale w pewnym momencie nie ma siły - musi się coś ruszyć. Ja wiem, że teraz lato i bikini i stopy i w ogóle, ale nie dajmy się zwariować. Jak się cały rok nie dba to nagle nie wydarzy się cud. Phi.


Szczegóły techniczne - 150 ml kosztuje teraz 26,90 zł, czyli nie najgorzej. Jest wydajny, bo nie potrzeba go dużo na jeden zabieg. Nie peelinguję sobie nim stóp, używam na brzuch, uda i pośladki, chociaż pośladki to akurat nie jest taka część ciała, którą lubię peelingować i smarować różnymi mazidłami. Nie wiem czy to tylko ja tak mam, czy ktoś podziela moje odczucia w tej kwestii? Robię to, ale zdecydowanie wybieram produkty szybkoschnące i na pewno nie masła do ciała, o nie.

Ten konkretny peeling lubię stosować przed serum, jestem pewna, że wtedy działają lepiej. Każde serum zadziała lepiej po peelingu, ależ mi to odkrycie. No dobrze, ale przecież czasami nam się nie chce robić peelingu. Ja długo unikałam peelingów, bo się bałam, że mi naczynka popękają. Co za absurd. Moje nogi wyglądają dramatycznie ze względu na nadmiar tłuszczu, więc naczynko to jest mój ostatni problem na tym obszarze. W tym? Na tym, w tym? Hmn.

zdjęcie pochodzi ze sklepu internetowego, moje się gdzieś zapodziało, ale jak tylko odnajdę to podmienię

Jak już jesteśmy przy serum - kolejny produkt, który do mnie dawno temu przyjechał w paczce do testów i kupiłam go sama stosunkowo niedawno (bo była dobra oferta) to Balsam Ujędrniający Uda, w skrócie buu :) Balsam ujędrniający uda wydał mi się od samego początku przerażająco drogi - 99 zł za 150 ml?! "Przed chwilą" kosztował 69 zł, bo była promocja w sklepie internetowym, ale jeśli kupicie balsam w zestawie z peelingiem zapłacicie nieco ponad 50 zł. Magia? No, magia! Także bez obaw, wszystko się da. Po 25 zł za peeling i serum to już naprawdę normalna cena. Poza tym pamiętajmy o promocjach i ofertach w salonach, tam też zajrzyjcie - zbliżają się książeczki czekowe.


Przyjrzyjmy się bliżej skuteczności. Peeling robi trzy rzeczy: pobudza mikrokrążenie, usuwa martwe komórki naskórka i przygotowuje skórę na intensywne wyszczuplanie - balsamem. Co robi balsam? Wygładza uda i redukuje tkankę tłuszczową. Mocne strony tego duetu to: drobinki i ścieralność peelingu, lekka formuła balsamu sprzyjająca masowaniu skóry, dobra wchłanialność i - słowami producenta - skuteczna kuracja bez przemęczania się.

To ostatnie interesuje mnie najbardziej i dlatego produkty kupiłam sama za ciężko zarobione pieniądze. Naprawdę nie trzeba się przemęczać, żeby trochę poprawić wygląd skóry. Zaskakujące, ale tak jest. W peelingu znajdziemy wyciąg z bambusa i wodę z bławatka z ekologicznych upraw. W balsamie dzieje się więcej (i to właśnie on ma dłuższy kontakt ze skórą), mamy tutaj zieloną kawę: redukuje cellulit poprzez usuwanie złogów, kofeinę: wyszczupla poprzez redukcję tkanki tłuszczowej i kasztanowiec indyjski: drenuje eliminując spalony tłuszcz.

Zapach całej serii jest zielony, przyjemnie pobudzający i łatwy w obsłudze, bo nie zostaje z nami na zawsze i nie jest słodki. Mam wrażenie, że produkty drogeryjne mają świeżość posłodzoną łyżeczką cukru. Tutaj tak nie jest.

Zalety były, no to teraz wady. Wadą na pierwszy rzut oka na pewno jest cena, ale można to obejść. Peeling znajduje się w tubie, którą pod koniec rozcięłam, bo taka jestem oszczędna. Balsam jest w butelce z pompką. Za pierwszym razem pompka nieco się przycinała przez ostatnie 2 cm produktu. Teraz jestem w trakcie drugiego opakowania i jeszcze nie natrafiłam na ten problem. Wydajność balsamu na pewno mogłaby być większa. Jest go tylko 150 ml.

Mam nadzieję, że trochę Wam przybliżyłam te dwa kosmetyki. Teraz chyba jest sezon na ujędrnianie przed urlopem. Nic nie zastąpi nam ruchu, ale poprawić wygląd skóry możemy na różne sposoby.

Życzę Wam spokojnego popołudnia, pijcie wodę!
Stri

uriage hyseac | żel do mycia skóry tłustej i mieszanej

Żelu do mycia twarzy Uriage z serii Hyseac używam od kilku tygodni. Moje opakowanie ma 50 ml i jest to spora miniaturka, którą dostałam do zakupów, bo pełnowymiarowe opakowania mają 150 ml albo 300 ml (nie wiem kiedy bym to zużyła, bo żel jest ekstremalnie wydajny). Uriage lubię z kilku powodów, m.in. za ten żel właśnie, bo mimo, że jest przeznaczony do skóry tłustej i mieszanej dobrze sprawdza się również na naczynkowych policzkach  - nie powoduje rumienia, nie denerwuje mojej skóry i jest bardzo uprzejmy.


Moim Świętym Graalem w kategorii mycie twarzy pozostaje pianka Decubal. Uważam, że jest to doskonały podstawowy produkt, polecam go każdemu bez względu na wiek i rodzaj skóry. Przypomnę moje recenzje produktów Decubal KLIK, bo tam opisałam wszystko bardzo dokładnie. Czasami jednak lubię wypróbować coś nowego i to było właśnie to czasami. Poza tym moja strefa T szaleję i lubię porządnie oczyścić twarz tym żelem. Niekoniecznie codziennie, ale nawet codziennie.

O moim demakijażowym algorytmie pisałam niedawno, zapraszam serdecznie KLIK. Wyjaśniłam tam po co mi mleczko i jak ważny jest ten kojący fizjologiczny żel do mycia twarzy Pharmaceris KLIK. Żel muszę kupić ponownie, bo mi się skończył, a chwilowo zużywam próbki różnych firm. Żel Uriage przejął funkcję oczyszczającą, ale staram się go nie nadużywać. Z definicji produkt powinien być delikatny, jednak czuję moc na skórze i nie chcę przesadzić, żeby mi strefa T nie produkowała więcej sebum niż to jest potrzebne.


Skład widzicie powyżej, a teraz do zapachu i konsystencji. Właściwie nie są jakieś szczególne. Żel nie jest bardzo lejący się, powiedziałabym, że jest normalny w kierunku gęstym. Kolor ma żółtawo-przezroczysty. Pachnie delikatnie czystością, ale nie proszkiem tylko kosmetykiem. Jest bardzo wydajny, po prawie 2 miesiącach zużyłam połowę. Nie wiem ile kosztuje, ale na pewno jest dostępny w aptekach.

Miałyście okazję używać pielęgnacji Uriage? Większość z nas zna wodę termalną, no i może płyn micelarny. Mnie zaciekawiła jeszcze seria nawilżająca, właśnie wygrzebałam próbki z pudełka.

Udanej środy, ja od rana biegam po mieście i próbuję odhaczyć wszystko na mojej liście rzeczy do ogarnięcia ;) Buziaki ahojka!

Stri

wtorek, 16 czerwca 2015

niezobowiązujący post o mydle


Kostka mydła to taki magiczny przedmiot. Prosty, ale atrakcyjny. Ładny, bo prosty, a może ładny, bo kształtny. Może być kolorowy albo biały, półprzezroczysty albo zupełnie jednolity. Może być prostopadłościanem albo mieć zaokrąglone, ociosane boki. Podstawowa funkcja - myć. Skład jest różny, ciekawy mniej lub bardziej. Mam kilka kostek "w zapasie", bo mydło zużywam regularnie. W kuchni mam takie w płynie (w tej chwili jest to żelowe Balea), bo jest wygodniej, ale w łazience mam kostkę. Używam Isany, Alterry, Białego Jelenia i Barwy. Używam również mydeł specjalistycznych do ciała, np przeciwgrzybiczne KLIK (myję nim codziennie teraz stopy, bo spędzam nawet kilkanaście godzin w butach co nie jest optymalne).

Te trzy kostki, które widzicie na zdjęciu dostałam na spotkaniu baaaardzo dawno temu i już pisałam o nich na blogu, ale pomyślałam sobie, że wspomnę jeszcze raz, żebym nie zapomniała. Nie mam pojęcia jakie to są mydła, bo nie było ulotki. Może ktoś, kto wie mnie oświeci. Pierwsze mydło było najbardziej podstawowym mydłem coś w rodzaju mleko i miód (ale to pewnie nie było mleko i miód, ale takie nawilżające nieco). Drugie było najlepsze na świecie, bo miało drobinki złota i było przepiękne, a na skórze zostawała cienka warstewka rozświetlenia. Trzecie, to malinowe było z peelingiem (widzicie te złowrogie czarne kropki?), który zdzierał na skórek jak nic innego i ja stosowałam to mydło raczej na stopy, łokcie i kolana, bo na resztę ciała było nieco za ostre. No.. kilka razy mi się zdarzyło.

Jak już jesteśmy przy peelingu to powiem Wam, że próbowałam peelingów w tubce, próbowałam rękawic, szczotek, gąbek i nie jestem przekonana do akcesoriów. Mam wrażenie, że wszystko mi zgnije zanim wyschnie. Peelingi w tubce przeważnie są za słabe, za mydlane albo coś jeszcze innego. Z delikatnych produktów typu peelingujący żel pod prysznic, polecam te z Yves Rocher. Są stosunkowo tanie i wygodne. Kiedyś używałam takich małych za 3 zł o różnych owocowych zapachach, ale później okazało się, że kosztują 5 zł i nie są zbyt wydajne i dałam sobie spokój.

Najbardziej lubię kawowy peeling z zaparzonej w ekspresie kawie, ale nie dodaję do niego oleju, żeby nie było za tłusto i żebym nie musiała po relaksującym zabiegu być wanny. Poza tym taki peeling jest atrakcyjny, bo a) jest naturalny, b) jest tani, c) jest świetną zabawą i d) jest skuteczny, a nawet e) wykonywany regularnie na pewno działa ujędrniająco, bo kofeina.

Wracając do tematu, dobre mydło to podstawa. Zamierzam iść w tym kierunku i na pewno kiedyś się skuszę na jakieś ręcznie robione mydła ze składem wartym swojej ceny. Rozważam Ministerstwo Dobrego Mydła albo Sztukę Mydła. Byłam zadowolona z Lawendowej Farmy, na pewno coś wymyślę. Myślę, że może jesienią? :)

Spokojnego popołudnia, buziaki ahojka!
Stri

piątek, 12 czerwca 2015

the balm | sexy mama transparentny puder matujący

Dzień dobry, dzień dobry :)

Z The Balm mi się poszczęściło. Marionnaud miało promocje, wyprzedaże i inne takie wydarzenia (chyba likwidowali sklep), a na kosmetyki w świetnych retro opakowaniach było 50% rabatu. Mniej więcej. Wtedy właśnie kupiłam kilka rzeczy, m.in puder matujący Sexy Mama. Używam go już bardzo długo, bo jest niesamowicie wydajny. Dzisiaj podzielę się z Wami moją opinią na jego temat.


Opakowanie to połowa sukcesu, ale jest tak tylko dlatego, że puder nie jest zły. Gdyby był kiepski, nawet najładniejsze opakowanie by mu nie pomogło. Kartonik właściwie nawet nie wiem czy jest ładny. On jest po prostu ciekawy, taki retro. Nie testowałam go w ekstremalnych warunkach typu coś mi się wylało w torebce, ani nie rzuciłam nim przez całą łazienkę i nie wpadł mi w mokre miejsce. Po prostu takich rzeczy nie robię, ale faktycznie tutaj kartonik mógłby się nie sprawdzić. Poza tym, nie widzę problemu. Trzeba go czyścić jak każdy kosmetyk, który swoją pudrowość roztacza wokół. Ja przeważnie robię to chusteczką do demakijażu (nie sprawdziły się u mnie te z Alterry w zielonym opakowaniu, więc ich używam w tym celu) albo chusteczką do dziecka albo po prostu wacikiem z płynem micelarnym (w kwestii płynów micelarnych, KLIK). Lusterko jest małe, ale na tyle duże, że pomaga i nawet mogłam się przy jego pomocy pomalować. Samo opakowanie składa się z głównej części i kartonowego pokrowca zapewniającego bezpieczeństwo tego w środku #matrioszka.

Podobają mi się kolory. Nie są takie nowocześnie plastikowe, przypominają mi dzieciństwo i taki mebel, który stał w piwnicy u Dziadka. Róż, szaroniebieskość, kremoczerwień. Retro.


Kosmetyk nie pachnie, jest dobrze sprasowany, jest transparentny, chyba nigdy nie był dla mnie za jasny. Używam go do zmatowienia strefy T, czasem na korektor, czasem do roztarcia bronzera albo różu.

Puder jest oczywiście pudrowy, ale po godzinie sebum robi swoje i na całej twarzy wygląda dobrze, ale na nosie już nie. Latem nic nie pomaga na świecenie się, więc tego od niego nie wymagam. Nie zamierzam ponawiać zakupu, ale przez jesień i zimę spisywał się bez zarzutu. Po prostu teraz jest za ciepło, za gorąco. Żar leje się z nieba, tłuszcz leje się z mojej strefy T.

Pod puder nakładałam różne rzeczy - matujący podkład Catrice, BB kremy Lioele, podkład Vichy, Rimmel i takie tam. Nie zauważyłam, żeby coś wyglądało lepiej, a coś gorzej.


Skład powyżej, a podsumowując puder jest dobry, ale nie jest to puder bambusowy z Biochemii Urody. Na pewno jest wygodniejszy, bo w kompakcie, ale lepszy nie jest. Kupiłam go za mniej niż 25 zł, więc za te wszystkie miesiące używania się zwróciło. Jednak opakowanie cieszy, ale na pewno nie dla każdego jest to wartość. Chciałam wypróbować, kupiłam taniej, używam, a jak się skończy to zostaną ze mną świetne róże i rozświetlacze. Powrotu do Sexy Mama nie przewiduję.

 Używałyście? Jakie są Wasze wrażenia?
Buziaki ahoj,
Stri

poniedziałek, 8 czerwca 2015

mail monday # 9 | from born pretty store with love

Born Pretty Store wysłało mi kilka rzeczy do testów. Moim zdaniem mają ciekawy asortyment, bo już wiele lat nie zajmowałam się zdobieniami swoich paznokci. Kiedyś tak, ale od lat bardzo sporadycznie. Podobają mi się Wasze zdobienia, ale na swoich paznokciach mi się najzwyczajniej w świecie nie chce. Może też dlatego, że długo nie ćwiczyłam, więc nie czuję się pewnie z sondą w dłoni ani z cyrkoniami czy stemplem. Niemniej jednak zdecydowałam się spróbować, trochę dla sportu w dobrym tego słowa znaczeniu.

folia transferowa KLIK

Pierwsze próby za nami, trochę trudno jest mi przenieść folię ze materiału na lakier, ale pracuję nad tym. Sam efekt jest bardzo spoko, taki trochę galaxy nails :)


Instrukcja obsługi folii jest prosta - malujemy paznokcie jak zwykle, bez top coatu i zanim wyschnie ostatnia warstwa (musi dać się odbić na powierzchni.. coś), wtedy odbijamy folię. Wcześniej trzeba ją przygotować wycinając kształt paznokcia z rolki. Górą do góry, przy użyciu czegoś gumowego. Ja używałam paznokci i uchwytu od nożyczek. Tak, wiem, bardzo profesjonalnie. Później pokryłam całość topem, chociaż nie trzeba. Paznokcie trzymały się idealnie do zmycia, byłam bardzo zadowolona. Folia odbijała się jak chciała tzn za każdym razem inaczej. Możemy się z tym pogodzić lub ćwiczyć do osiągnięcia wymarzonych rezultatów.

Mnie całkiem się podoba taki nonszalancki manicure, o ile można go tak nazwać. Wiecie o co chodzi. :) Poniżej zdjęcie w wysokiej rozdzielczości, śmiało można powiększyć i obejrzeć. Pisząc "odbijamy" mam na myśli przenosimy. Następnym razem spróbuję na czarnym albo białym lakierze.

Śmiało, powiększ mnie.

naklejki do paznokci, KLIK i KLIK

Nigdy nigdy nigdy nie próbowałam naklejek. To była pierwsza próba i wyciągnęłam wnioski.

Naklejki QJ-08, czyli te po prawej stronie kosmiczno-gwiezdne mają płaskie kartonowe opakowanie (wersja po prawej stronie ma takie samo opakowanie, ale ich jeszcze po prostu nie używałam), w środku są zamknięte w folii z perforacją, więc łatwo się je otwiera, ale gdyby np wpadły do wody to nic im się nie stanie. Pozytywnie. 12 sztuk, każdy kawałek jest na tyle długi, że gdybym miała dwa razy dłuższą płytkę to też dałoby radę. Nie ma problemu z odpakowaniem, odklejeniem i ogólnie pozyskaniem naklejek z zaklejonego kartonika/folijki.


Przeczytałam instrukcję i przystąpiłam do działania. Generalnie trzeba było przykleić bardziej okrągłą część naklejki do początku paznokcia. Do nasady paznokcia. U nasady? Naklejki z jednej strony są bardziej okrągłe, z drugiej nieco bardziej kwadratowe. Problem z moimi paznokciami jest taki, że płytka jednak jest nieco szeroka. Zbyt szeroka do naklejek okazuje się, no ale dobra - nie poddajemy się. Przykleiłam je kwadratową częścią u nasady i kilka razy chciałam coś poprawić, nie było żadnego problemu. Później wyrównywałam powierzchnię i przyklepywałam wypukłości takim kopytkiem, które mam od zawsze. Nadmiar naklejki usuwałam szklanym piknikiem i niekoniecznie było łatwo tzn łatwo to może było, ale mimo, że próbowałam najbardziej delikatnie to i tak na serdecznym palcu kawałek naklejki się oderwał i została dziura (i nie ma jak tego zakleić!).


Co zrobiłam źle, co mogłoby być lepiej, jakie są moje spostrzeżenia?

Po pierwsze, powinnam zakleić skórki :) Na lewej ręce zakleiłam skórki i wygląda to dziwnie, ale lepiej.
Po drugie, nie wiem czy nie byłoby lepiej obciąć naklejek nożyczkami.
Po trzecie, moim zdaniem paznokcie są jednodniowe tzn wydaje mi się, że przetrwałyby dłużej, ale niestety..
Po czwarte, nie wywietrzyłam ich i zapach był dla mnie nie do przejścia. Jest bardzo, bardzo gorąco na południu w tej chwili, a zapach kleju i przemysłu wschodniego niekoniecznie zachęca do wąchania swoich palców.
Po piąte, usuwanie odklejając lub zmywaczem udaje się tak samo dobrze. Naklejki nie barwią skórek ani paznokci, nie ma również problemu z uszkodzeniami płytki.
Po szóste, chyba najważniejsze. Na szybkie paznokcie to jest ŚWIETNY pomysł.

Od biedy możemy nawet zrobić to w autobusie/tramwaju/samochodzie w drodze na imprezę. Kilka lat temu, kiedy żyłam nieco innym tempem i nie spałam tak dużo i jeszcze wydawało mi się, że ludzie są mi do czegokolwiek potrzebni, często nie widziałam co zrobić z moimi np 3-dniowymi paznokciami - zmyć przed imprezą, zrobić od nowa, nałożyć top, zostawić je w spokoju? Naklejki bez wątpienia są wyjściem awaryjnym. Oczywiście jeśli kogoś stać, bo nie kosztują tak najmniej, ale widzę możliwość zmycia np jednego albo dwóch paznokci i zaklejenia ich naklejką. To jest naprawdę spolegliwe rozwiązanie jeśli ktoś robi takie akcje. Ja już nie robię, ale rozumiem popularność takich gadżetów. Zwłaszcza jak ktoś potrafi to dobrze zrobić.


Miseczka nie jest niezbędna, w końcu możemy użyć jakiegokolwiek naczynia, a nawet wacika nasączonego oliwą i cytrynę. Praktykowałam wiele lat takie szybkie wybielanie płytki i nawilżanie skórek. Maluję paznokcie 2 razy w tygodniu, przeważnie na śpiocha, leżąc w łóżku. Jak relaksująco byłoby to robić nieco dłużej, mocząc palce w miseczce - pomyślałam i wtedy przypomniało mi się jak kiedyś próbowałam, a wszystkie koty chciały pomóc i miseczka się przewróciła, zasilacz od laptopa się zalał.. Dramat.

Tutaj prawdopodobieństwo jest mniejsze, bo miseczka jest stabilna - ma dobry rozmiar (kilkanaście centymetrów) i sensowną wysokość oraz miseczka ma wyprofilowaną pokrywkę z otworami na palce.

Minusem może być średnia jakość plastiku i nie aż tak bardzo intuicyjny otwór na kciuk. On jest teoretycznie intuicyjny, bo po przeciwnej stronie, ale jednak lepiej byłoby gdyby był nieco bliżej pierwszej dziury :)

wszystkie płytki znajdują się pod tym adresem, KLIK

Próbowałam stemplowania, ale wyszło żałośnie tzn albo się nie odbiło albo odbiło się słabo. Robiłam zdobienia lakierem metalicznym na kremie. Może będę próbować, ale nie wiem, bo trochę mnie denerwuje, że nie umiem tego zrobić i jak żyć. Sam zestaw wygląda na dobrze wykonany, chyba nie odbiega niczym od tych, które widywałam u koleżanek.


Tej jeszcze nie próbowałam, ale to tylko kwestia czasu, bo akurat folia jest spoko.


Zbliżenie na płytki i blok polerski. Bloku użyłam na sobie, żeby nieco wyrównać płytkę (bo jakieś nierówności ostatnio zaobserwowałam), delikatnie, żeby sobie nie zrobić krzywdy. Później blok poświęciłam na usuwanie żelu z czyichś paznokci, sprawdził się bez zarzutu. Nie znam się na takich rzeczach w ogóle, więc nic Wam nie powiem o szczegółach technicznych.

Jestem pewna, że dowiecie się wszystkiego na stronie internetowej sklepu - http://www.bornprettystore.com/ :) Jeśli zdecydujecie się na zakupy, wpiszcie pod koniec zamówienia PJG10 to jest kod rabatowy upoważniający do 10% zniżki. Dostawa jest gratis.


Wszystkie produkty w dzisiejszym poście można kupić w różnych wersjach kolorystycznych (no, miseczkę tylko w dwóch, ale wzorów naklejek, płytek i folii jest mnóstwo!), więc każdy znajdzie coś dla siebie.

Dawno nie było mail monday, ale jeszcze jeden nastąpi, bo kupiłam ekscytującą lajfstajlową rzecz i nadeszła pocztą ;) Buziaki ahoj!
Stri

niedziela, 7 czerwca 2015

niedziela dla włosów # 4 | biały jeleń hipoalergiczny odżywka do włosów


Jak wiecie, mój język polski nie jest optymalny. Z lenistwa wynikają wszystkie moje skróty myślowe, naleciałości z angielskiego i dziwne szyki zdania. Wydaje mi się jednak, że odżywka powinna być hipoalergiczna, a nie hipoalergiczny. Chyba, że to jest Biały Jeleń hipoalergiczny (marka), a produkt nazywa się odżywka do włosów. Tylko, że wtedy dlaczego pod spodem jest po angielsku w jednej linijce. Nie czepiam się jednak, bo cokolwiek jest napisane na opakowaniu nie powstrzymało mnie przed użyciem tego produktu. Kosmetyk przywędrował do mnie od firmy, ale z nimi nie współpracuję. Biały Jeleń ma konto na Instagramie i działają tam prężnie. Konto nazywa się https://instagram.com/bialyjelenistrendy #socuteidied i mają rację. Niech niech. Biały Jeleń mógłby zrobić się trendy, nie mam nic przeciwko. Kiedyś kojarzył mi się tylko z mydłem, ale teraz mają różne ciekawe rzeczy i jak już zużyję to, co mam pochowane w szufladach obok łazienki planuję kupić kilka ich kosmetyków do różnych części ciała.

Z tego co widzę odżywkę do włosów rozdawali 37 tygodni temu, ale lepiej późno niż wcale ;) Spodobała mi się na tyle, że Wam o niej napiszę. Dzisiaj.

Odżywka, do włosów. Complex dermo-łagodzący bez alergenów, silikonów i sztucznych barwników jest zachęcający, lubię mieć takie napisy na opakowaniu. Czysta bawełna i proteiny pszeniczne to już w ogóle. Jak tylko widzę pszenicę, kupuję. Tak było z A-dermą, Klorane i czymś tam jeszcze. Pszenica rządzi.


Skład widzicie u góry, a jak nie widzicie w całości to sobie poszukajcie online, dla chcącego nic trudnego :D

Zapach jest delikatny, nie rzuca się w oczy po zmyciu produktu, a w trakcie umila nakładanie. Konsystencja jest dosyć lekka i rzadka, ale nie jest lejący się czy rozwodniony. Po prostu nie jest gęsto w tubce.
Opakowanie jest wykonane z miękkiego plastiku, co pozwala sprawnie wydostawać produkt z tubki. Zatrzaski działają jak trzeba, bez zarzutu.
Działanie. Na pewno pomaga rozczesać włosy, prawdopodobnie nieco nawilża, włosy są miękkie i błyszczące, ale one przeważnie są błyszczące. Miękkie niekoniecznie.

Podsumowując, spoko jest ten produkt jeśli szukamy czegoś bardzo podstawowego i delikatnego. I dla alergików, ale nie tylko. Moja skóra głowy ma problemy. Duże problemy, z którymi sobie nie radzi. Próbuję pomóc jej żyć, ale czasem odbiera to jako atak. Ta odżywka nie zaszkodziła jej w żadnym momencie, używam jej już od miesiąca i jest okay. Wybór tego typu produktów na rynku jest ogromny, w dzisiejszych czasach sama nie wiem co mam wybrać, ale czasami wpada mi w ręce coś, co czego chcę kiedyś wrócić. Ta odżywka jest naprawdę w porządku, więc jeśli macie okazję - śmiało, można wrzucić do koszyka. Nie wiem ile kosztuje, ani gdzie jest dostępna, ale wszystkiego dowiecie się na stronie producenta. To link do ich sklepu KLIK.

I jeszcze jedno. Dwa lata temu recenzowałam żel pod prysznic, KLIK. Rozmawiałyśmy z Agatą, która smaruje, że dizajn mają średni. Już chyba nie. Miałam okazji używać w tzw międzyczasie jeszcze kilku rzeczy z szerokiej gamy produktów i do tego stopnia jestem zadowolona ze wszystkiego, że - uwaga uwaga - zmieniłam proszek do prania na Biały Jeleń. Tak. W dobie, kiedy na spotkaniach blogerek dostać można bułkę tartą i odświeżacz do kibla myślę, że pisanie o czymś tak podstawowym jak proszek do prania nie powinno nikogo dziwić. Zresztą proste czynności mogłyby być blogiem lajfstajlowym na białym tle (gazeta na zdjęciu już jest, staram się jak mogę!), gdyby nie szare tło, a za proszek zapłaciłam sama (około 20 złotych), więc już w ogóle mogę niezależnie powiedzieć, że proszek mnie nie uczula i pierze. Czegóż chcieć więcej?

Taka niedziela dla włosów dzisiaj, mam nadzieję, że Wasz tydzień był wspaniały (mój był) i przyszły będzie jeszcze lepszy. Buziaki ahoj!

Stri

piątek, 5 czerwca 2015

pielęgnacja cery naczynkowej i wrażliwej | la roche-posay rosaliac ar intense

Cześć Dziewczyny,


Dzisiaj opowiem Wam o serum Rosaliac AR Intense ze stajni LRP :) Będzie od myślników, bo taki mam nastrój.

- opakowanie z pompką jest smukłe i sprawia wrażenie czystości i wewnętrznego poukładania (lubię taki dizajn, zawsze będzie mi się to podobać)
- konsystencja jest żelowa / półprzezroczysta, lekka i wchłania się właściwie do matu (ale nie jest to kosmetyk o działaniu matującym)
- wchłania się szybko, czasami nawet za szybko, bo nie pamiętam co sobie posmarowałam, a co jeszcze nie (jak jestem nieprzytomna wieczorem i już chcę się położyć, przykryć futrem i zasnąć)
- nie ma zapachu, a przynajmniej nie zauważyłam (możliwe, że alergia panująca przez ostatni miesiąc utrudnia mi wąchanie)
- mam wrażenie, że wysychając delikatnie chłodzi od razu kojąc (nie trzymam w lodówce, ale zaraz zacznę, bo lato + poddasze = jak żyć?)
- dłuższe stosowanie skutkuje zmniejszeniem zaczerwienienia, które później się pojawia i szybciej mija (ale nie na zawsze)
- wydajność jest całkiem dobra, ja używałam serum przez prawie 4 miesiące, ale pamiętajmy, że stosowałam produkt głównie na policzki, rzadziej na całą twarz
- dostępność online i w aptekach nie stanowi problemu, można go kupić w superfarmie (polecam promocje)
- cena to ok 60-80 zł, ja kupiłam w zestawie i było taniej, więc da się
- produkt ma za zadanie zmniejszyć miejscowe zaczerwienienia i w moim przypadku nie zawiódł
- jako serum pod coś innego, np filtr przeciwsłoneczny, jest w porządku jeśli będziemy pamiętać o odstępie czasowym
- stosowanie na noc wydaje się być dobrym pomysłem, jak zawsze w przypadku produktów typu kuracja
- "intensywny" w nazwie może być nieco mylące, bo nie zauważyłam, żeby produkt działał intensywnie, ale jakoś działa, więc pewnie uchodzi mu to na sucho
- produkt nie zatkał mi porów i nie spowodował uczulenia/podrażnienia, więc oceniam go jako bezpieczny
- pojemność to 40 ml
- w składzie podobno nie znajdziemy konserwantów, parabenów, środków zapachowych, alkoholu, barwników ani lanoliny
- na stronie producenta przeczytamy o trzech najważniejszych składnikach, są nimi: ambophenol (aktywny ekstrakt roślinny, bogaty w polifenole, który obkurcza naczynia krwionośne i wzmacnia ich ścianki), neurosensyna (kojący składnik aktywny o działaniu przeciwzapalnym) i woda termalna z La Roche-Posay (koi i działa przeciw podrażnieniom)

Mam nadzieję, że moje spostrzeżenia okazały się przydatne. Pozdrawiam Was bardzo serdecznie, buziaki ahoj!
Stri

środa, 3 czerwca 2015

mac brush cleanser | płyn do czyszczenia pędzli


Nie będzie zdjęć czyszczenia pędzli na białym tle ze strategicznie rozmieszczonymi ładnymi rzeczami (that's not how I roll). W ogóle nie będzie żadnych innych zdjęć, butelka musi Wam wystarczyć. Jestem pewna, że większość produkt kojarzy, a nawet jak nie to może sobie wyobrazić co robimy z płynem do czyszczenia pędzli. Czyścimy pędzle. Można go kupić za pisiont złotych w sklepie, gdzie nigdy się na nic nie decyduję, bo konsultanci mnie onieśmielają albo olewają. W MACu znaczy. 235 ml to dużo, ja przelewam sobie porcyjki do butelki z atomizerem. Psik psik wszystko ułatwia i rozwiązuje problem marnowania produktu i jego wydajności. 50 zł to jest dużo jak na produkt, których wiele. U mnie trwa i trwa, bo nie maluję często oczu i zredukowałam liczbę pędzli, którymi wykonuję makijaż. Głównie chodzi o oczy, bo twarz od biedy można przecież pomalować palcami. Zarzut pierwszy - szkoda, że płyn nie ma atomizera zamiast nakrętki z dziurą otwieraną/zamykaną na kliknięcie. Tzn kliknięcie jest akurat w porządku, ale atomizer dla mnie byłby lepszą opcją. Wyobrażam sobie, że nie dla każdego, ale przecież to jest MAC. Mogliby mieć dwie wersje, kaman.

Butelka jest w czarnym, matowym kartoniku, który do niczego mi się nie przydał. Zapach, kolor i takie tam mnie nie interesują, dopóki nie wpływają na istotne kwestie. Ważna jest dla mnie skuteczność. Jak bardzo można coś nim wyczyścić, jak czuje się włosie pędzla po takim zabiegu, jak długo schnie? Dlaczego to jest lepsze od płynu micelarnego i preparatu odkażającego typu Skinsept Pur? No.. różnica jest.

Po pierwsze, +10 do lajfstajlu na mediach spo. Zdecydowanie renoma i wiele zaproszeń na imprezy, współprace, kariera, kontrakty.. yyy... nie. Nie nie. Po pierwsze, działa szybciej niż płyn micelarny i odkażacz, no bo jest dwa w jednym. Po drugie, jest delikatniejszy i nie wysusza włosia jak skinsept pur. purr..purr.. o, ktoś przyszedł i mruczy. Po prostu jest łatwiej i bardziej sensownie.

Moje pędzle mają co najmniej kilka miesięcy, ale większość mam kilka lat. Pozbyłam się większości badziewia z zestawów bez sensu, po prostu były już zniszczone albo nie podobały mi się. Zdradzę Wam sekret, że zaopatrzyłam się w kilka nowych, wymarzonych sztuk ;P

Podoba mi się w tym produkcie to, że obojętnie czego bym nie miała na pędzlu - zmyje to, a włosie po kilku minutach przeważnie jest już suche. No, może kilkunastu jak się bardzo zaangażuję w czyszczenie i jest to pędzel po płynnym podkładzie. Nie pamiętam już czy próbowałam jakichś innych produktów. Chyba raz z Inglota.. a Wy co polecacie? Ogromnym plusem posiadania płynu do czyszczenia pędzli jest to, że nie trzeba ich tak bez przerwy prać i dłonie się nie wysuszają :)

Mam nadzieję, że Wasze pędzle zawsze domywają się w 100%, a dłonie pozostają nawilżone no matter what. Buziaki, ahoj!
Stri

wtorek, 2 czerwca 2015

new in | majowe nowości: pielęgnacja i kilka produktów do ust haul

Porządki w życiu i w mieszkaniu objęły również kosmetyki. Poza tym cały czas używam tego, co mam i zużywam coraz więcej (zużyłam albo usunęłam wszystkie opakowania, w których było tylko trochę troszkę na wypadek recenzji/zdjęć/konkursu kto bardziej się zagraca). Dzisiaj pokażę Wam co kupiłam w maju. Jest tego sporo, ale zdecydowałam się zrobić zapas płynu micelarnego, skończyło mi się wiele litrów, które chowałam w łóżku ;) Tonik też dobiegł końca, a akurat było taniej, no i jakoś tak wyszło. Osobną kategorię stanowią paznokcie i usta, ale może po prostu Wam pokażę co się wydarzyło. Chodźcie śmiało.


Bielenda, Super Power Mezo Tonik. Jeż inspired. Opakowanie tandeta jakich mało, zawiasik już mi się ułamał, mimo, że byłam ostrożna (poszanowanie rzeczy materialnych, na które ciężko pracuję nie podlega dyskusji) jestem zawiedziona. dlaczego, dlaczego?! 200 ml, przelałam do czegoś innego. Nie szczypie, nie wypala dziury w skórze, więc jest jeszcze szansa, że dalsza współpraca przebiegać będzie sprawnie i bez zgrzytów.


Garnier, Płyn Micelarny 3 w 1. Kupiłam go, bo jest tani i razem z Mixą wyszło mniej więcej tyle, ile musiałabym zapłacić za Biodermę. Używałam go już, to moje drugie opakowanie. Zrobię recenzję ku pamięci. Rozumiem czemu tyle osób go używa, za tę cenę jest bardzo kuszący. 400 ml w obłej butelce ze sprawnym zatrzaskiem powinno wystarczyć na kilka tygodni. Kupiłam dwa na wypadek kataklizmu ;)
O płynach micelarnych, których miałam okazję używać przeczytacie tutaj KLIK.


Mixa, Płyn Micelarny Przeciw Przesuszeniu to zupełna nowość w mojej kosmetyczce. Marka mnie nie zachęciła odkąd weszła na rynek, ale szykując się do wyjścia z domu oglądałam kiedyś Maxineczkę i postanowiłam spróbować. 400 ml przeciw przesuszeniu to jeden z wariantów, widziałam też taki w niebieskiej obudowie, ale wykupiona była ta wersja, wygrzebałam ostatnią butelkę z głębokich tyłów regału i z łupem poszłam do kasy :)


Rival de Loop, Tonik Pielęgnacyjny do Twarzy. Jeż inspired, chociaż nie wiem, o którą wersję Ci chodziło Jeżu i możliwe, że o inną i co teraz jak żyć. 200 ml ma służyć jako fixer, a jako co będzie służył to się przekonamy. Kosztował grosze, na pewno się nie zmarnuje. Takie szaleństwo zrobiłam kupując go, czułam się trochę niepewnie, ale nie żałuję. Jestem ciekawa rezultatów, może akurat?


Sephora Colorful, Pretty Little Thing. Tak wyszło, że maj zaczął się dla mnie w kwietniu, bo na długi majowy weekend pojechałam nieco wcześniej. W Gdyni kupiłam cień do powiek w ołówku Colorful. To chyba jest dwa w jednym, no niech im będzie. Numer 34 to matowy róż, o jakim zawsze marzyłam. Odkąd go mam używam prawie codziennie, przemknęło mi przez myśl, że mogłam kupić dwa - był jeszcze cielisty odcień. Zdaniem producenta produkt jest wodoodpornym ołówkiem nasyconym pigmentami, który trzyma się przez 12 godz; może być stosowany jako cień do powiek lub eyeliner. Zgodzę się, chociaż eyeliner to chyba pędzlem, bo nie zaostrzysz raczej. Formuła Colorful to wysoki poziom krycia, intensywne kolory i trwałość 12 godz. Tak, też się zgodzę, ale najbardziej urocze jest to, że test satysfakcji przeprowadzony na 36 kobietach. Trolololo. Na 36? Naprawdę?


Od Słomki dostałam dwa Revlony, jak same zobaczycie maj należał do ust ;) ColorStay  Ultimate Suede w kolorze 030 High Heels oraz Colorburst Matte Balm 205 Elusive Insaisissable. Dziękuję dziękuję!


Przyjechały do mnie nowości Yves Rocher* Pisałam o nich tutaj, KLIK! Na wyróżnienie zasługuje Karambola, którą zaraz zużyję, bo zawróciła mi w głowie i używam bardzo regularnie. Mleczko też na pewno mnie nie zawiedzie, ale jeszcze go nie używam, bo chcę dokończyć jedno otwarte.
Mała uwaga na temat Yves Rocher. Używam ich kosmetyków od wielu lat, jestem fanką. Ostatnio kilka rzeczy nie trafiło w mój gust, ale potrzeba więcej, żeby mnie zniechęcić do marki. Wiem, że kilka z Was dało sobie spokój i poszło inną drogą. Ja też poruszam się już po rynku kosmetycznym troszkę inaczej, ale Yves Rocher nadal leży w kręgu moich zainteresowań. Nie robię zakupów tak często jak kiedyś (to było zbyt entuzjastyczne podejście), ale jest kilka rzeczy, do których wrócę i są takie, które chcę wypróbować. Pomyślałam, że chciałybyście to wiedzieć. Przepływ informacji najważniejszy.


Kupiłam kilka sztuk Bourjois Rouge Edition Velvet (jest miłość), bo od dawna planowałam i jakoś się nie składało, ale w końcu się udało i są. Jest moc! Od góry: 10 Don't Pink of It, 09 Happy Nude Year, 06 Pink Pong, 05 Ole Flamingo, 02 Frambourjoise.


Kupiłam również konturówki Bourjois Contour Edition, bo chciałam nowe. Szykuję wpis o konturówkach, bo to coś czego używam prawie codziennie, a jakoś nigdy się nie wypowiedziałam.

I tyle. Dużo zakupów, to pierwsze takie większe w tym roku. Życzę Wam spokojnego wieczoru i do zobaczenia chyba jutro :)

Buziaki, ahoj!
Stri

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...