sobota, 31 października 2015

from born pretty store with love

Z prezentacją tych lakierów czekam kilkanaście tygodni i kiedy już nadszedł koniec października padł mi dysk, na którym miałam zdjęcia swatchów. Nie wiem dlaczego wszechświat mi to zrobił.


Zacznijmy od tego, że jeden lakier dotarł do mnie z nieszczelną szyjką i do buteleczki dostało się powietrze, a co za tym idzie - totalnie zgęstniał. Stało się to z najbardziej mnie interesującym odcieniem różowo przydymionej cegły.. muted brick style (numer 23) :) W związku z powyższym, nie dało się nim pomalować paznokci, ale odcień jest dosyć dobrze widoczny na zdjęciu. Spróbuję go pokazać na taśmie klejącej, ale to chyba się nie uda. 

Wybierając kolory przez internet raczej nie spodziewam się niczego, po prostu czekam, aż produkt do mnie dotrze i wtedy oceniam kolor. Czasami rzeczywistość przerasta moje oczekiwania, czasem wręcz odwrotnie.

Pomarańczowa żarówka (numer 16), która świeci w ciemności (pierwsza z lewej, wiadomo) okazała się bardzo żelkowa. Rozprowadza się fajnie, ale kiepsko schnie. Nawet przy użyciu top coatu trzeba przecież zaczekać, aż przeschnie pierwsza warstwa. Z czerwonym odcieniem (numer 15) było lepiej, ale linia nie jest równa i dla mnie trochę skreśla to lakier do paznokci. Nie mam czasu na takie ryzykozabawy, wolno schnące emalie pamiętam sprzed prawie 15 lat. Nie było wtedy w moim życiu baz ani topów chyba nawet też jeszcze nie, a lakiery schły przez dwa dni. Nie wiem jak się żyło wtedy, ale jakoś się żyło przecież. Malowałam paznokcie 3 razy w tygodniu, pewnie dlatego, że pościel mi się na nich odbijała ;)


Pozostaje mieć nadzieję, że tylko ten jeden pomarańczowy intensywny odcień był taki, muted pink brick nie mogłam sprawdzić, a czerwony był spoko.

Perełką tej gromadki są flejki. Mają bogato zdobiony złotkiem uchwyt, lakier wygląda porządnie i jest "normalny" pod względem schnięcia, nie robi problemów podczas użytkowania.


Last but not least, genialny w swej prostocie pomysł - metalowe kuleczki do lakierów. Nie wszyscy producenci dołączają do buteleczek kuleczki. Nie wiem czemu, bo to przecież pomaga. Jak wiemy, dobrze wstrząśnięty lakier przed malowaniem pozwala uniknąć zakłopotania podczas malowania.

Kuleczki są na tyle małe (5 mm średnicy), że wchodzą do środka i na tyle duże, że działają. Można użyć jednej albo dwóch, a po skończeniu lakieru (gdyby to się Wam udało) użyć ich ponownie. Istnieje możliwość, że nie spotkałam stacjonarnie kuleczek, bo po prostu nie odwiedzam paznokciowych miejsc. Paznokciami zajmuję się leniwie, a bloku polerskiego używam tylko jak widzę, że baza mi bąbelkuje.

20 sztuk kosztuje $2.32



Im szybciej tym lepiej uzupełnię ten post o lepsze zdjęcia odcieni, może uda mi się jutro, a może dopiero w poniedziałek. Zdaję sobie sprawę, że post o takich rzeczach jest ciekawostką, bo jeszcze nikt nie dał mi znać, że zrobił zakupy, ale gdybyście mieli ochotę to PJG10 jest kodem uprawniającym do 10% zniżki.

Dobrej nocy, Stri

lunaby | opaska przeciwświetlna


Zawsze chciałam mieć lajfstajlową opaskę jak w Śniadaniu u Tiffaniego. Chciałam również co niedzielę jeść rogale, ale życie weryfikuje dosyć szybko takie zamierzenia. Na opaskę jednak, po wielu latach, w końcu się skusiłam. Lunaby to marka, którą stworzyła jedna z pierwszych blogerek ubraniowych w kraju, teraz promującej slow fashion i slow wszystko.

Joanna chyba studiowała socjologię na Grodzkiej, więc widywałam ją czasami na korytarzu i podobało mi się, że była jedną z niewielu dziewczyn, które fajnie wyglądały i nosiły ze sobą książki albo jakieś w ogóle pomoce naukowe (chociażby komputer). W porównaniu z dziewczynami z filozofii albo religioznawstwa, niektóre studentki socjologii wyglądały jak kurtyzany, żeby nie powiedzieć prostytutki. Nie zrozumcie mnie źle - miały atrakcyjne ciało i prezentowały się bardzo dobrze, ale miały ze sobą tylko małą torebkę i sprawiały wrażenie jakby były tam przypadkiem.

Pomyślałam sobie, że jeśli taka osoba robi takie rzeczy to mają szansę być super. Faktycznie, opaska jest. Widziałam na IG, że lubicie też piżamy Lunaby? :) Podoba mi się pakowanie, liścik i szybka realizacja zamówienia. Opaska jest wygodna, chociaż mogłaby mieć nieco dłuższą gumkę (jest opcja regulacji oczywiście). Więcej modeli i materiałów - moja jest bawełniana, jest też jedwab - znajdziecie na stronie internetowej lunaby.com. Zapłaciłam za nią chyba 45 zł o ile dobrze pamiętam.

Chciałam Wam życzyć spokojnego weekendu, ale uświadomiłam sobie, że 2/3 weekendu minęło i spędziłam go w pracy. Super.

Buziaki ahoj, Stri

piątek, 30 października 2015

kolorowy trening antystresowy | lajfstalove


Lubię kolorować. Nie umiem za dobrze, ale lubię. Niektórzy powiedzą "o fajnie, a gdzie kupujesz kolorowanki?". Inni powiedzą "o, chcesz to dać mojemu dziecku?". Ja bardzo się cieszę, że kolorowanki dla dorosłych się przyjęły i obojętnie czy nazywa się to trening antystresowy czy po prostu kolorowanka - kupuję.

Mam całkiem duży wybór, a teraz pojawiły się jeszcze książeczki typu połącz kropki!! Genialnie. Ja mam kilka, można je kupić online, można w księgarniach. Można dla dziecka, można dla siebie. pokolorujnude.pl jest miejscem, w którym widziałam dużo różnych opcji. Ten post nie ma być reklamą sklepu, zresztą sama nie robiłam u nich zakupów, ale wydają się być bezpieczni i zachęcają szerokim wyborem. Następnym razem kliknę tam. Po co to wszystko? Mnie to relaksuje. Dlaczego nie robić czegoś innego, np czytać książkę albo biegać? Można! Go for it. Możemy wszystko.

Ja lubię kolorować. I czytać książki. I oglądać filmy. I rozmawiać z przyjaciółmi przez telefon. I słuchać muzyki. I pracować na pełnych obrotach. Faktycznie nie lubię się tak bardzo ruszać, bo to męczące, ale trzeba, bo nie można być nieporuchanym grubasem całe życie. Muszę zrobić burgery i kurczaka #onomnomnomnom. Tak zupełnie serio to aktywność fizyczna ma sens i daje rezultaty i do niej zachęcam, zwłaszcza młodych ludzi.

Mam kredki, mam mazaki (tu jest problem jeśli przebijają). Mamy do wyboru strony zupełnie białe (można pokolorować wszystko) lub strony już częściowo zabarwione (przeważnie tło, żeby nadać charakteru ilustracji). Pokolorowanie nie jest taką szybką sprawą.

W zależności od stopnia zaawansowania kolorowanki i przecinania się linii, strona A4 może trwać nawet 4 godziny. Zależy co robimy i jak bardzo jesteśmy uzdolnieni. Ja nie jestem. Wydaje mi się, że potrzeba wymiernych efektów wzięła się z filozofowania od najmłodszych lat. Może dlatego nie interesuje mnie religia, bo ona nie daje wymiernych efektów. Pisanie jest takie pomiędzy, bo przynajmniej się ma tekst. Takie rozważania zrobiłam wieczorem w piątek. Muszę kupić kuchenkę i coś upiec.

Deszczowo, szaro, ciemno i chłodno. Kolorowanie w sztucznym świetle chyba nikomu nie zrobi krzywdy, tylko zadbajcie o odpowiedni kąt padania i takie tam. Można pić kakao w trakcie albo pumpkin spice latte jeśli wolicie lajfstajlowy napój typu Starbuń. Można też próbować zdjąć kota z kolorowanki albo trzy. Mniej lub bardziej skutecznie.

(bo ja w ogóle lubię mój dom i wypoczynek umysłowy)
dobranoc miękko,
stri

dawno nie robiłam zakupów haul | bobbi brown, mac, annabelle minerals i tak bardzo dużo kiko

Shopping w Warszawie udał się zbyt dobrze.


Potrzebowałam nowego opakowania żelu do brwi Bobbi Brown. Natural Brow Shaper w odcieniu 03 Mahogany to mój go-to produkt. Kosztował 96 zł, czyli o 6 zł więcej niż w listopadzie 2014. Wypróbuję Gimme Brow, bo mnie L. namawia. Namawiasz mnie, nie mów, że nie.


Chciałam pomadkę MAC w seksualnie nude odcieniu i wybrałam Brave. Wybrałam 3 lata temu, ale ćśssiii. W końcu się udało. Kosztowała 86 zł chyba. Lajfstajlowo. Mam ochotę na rozświetlacze (Lightscapade, Soft n Gentle), ale kosztują za dużo, żebym mogła je usprawiedliwić w tej chwili. Może kiedyś. Dopiszę do wishlisty, żeby pamiętać. Mam jedno spostrzeżenie dotyczące nazwy tego odcienia. Brave w tym przypadku kojarzy mi się z byciem zwycięzcą w walce z nowotworem i mimo wielu prób, nie mogę uciec od tego skojarzenia. Moim zdaniem powinna nazywać się jakoś tak bardziej w stylu "afternoon fuck" albo nawet "lunch fuck", bo może do biura używamy takich odcieni. To jest nieco bardziej wyrafinowana porno pomadka, ale nadal jest porno. Może performerki nałożyłyby na nią błyszczyk mleczny albo taki rozjaśniający.


U Słomki używałam podkładu Lily Lolo i idąc tym tropem zdecydowałam się na podkład matujący Annabelle Minerals w odcieniu Golden coś tam. Wyprawa do sklepu była przygodowa, ale dałyśmy ze Słomką radę. U Jeża próbowałam jaśniejszego CREAM, ale zgadzam się, że jest za jasny. Jestem dopiero w fazie testów, nie mogę sobie jednak poradzić ze ścieraniem się produktu. Coś robię źle, nie wiem co. [Po jakimś czasie dochodzę do wniosku, że robię źle bazę oraz ilość produktu - za dużo!!]

Szkoda, że nie załapałyśmy się na mały pędzelek, który jest mały i fajny i gratis do zakupów z okazji urodzin, na które przybyłyśmy za wcześnie.



W Kiko nastąpiło lekkie szaleństwo, ale nie do końca takie bardzo duże, bo dealerem Kiko była Hexx kilka sezonów temu, a teraz są już salony stacjonarne i ja do tego salonu stacjonarnego chętnie się udałam w celu zakupienia Long Lasting Stick Eyeshadow thingy w odcieniach 25 i 28. W końcu wzięłam dwa, bo ten drugi też był dobrym pomysłem. Miałam rację, że wzięłam oba - używam.


Poza kredkowymi cieniami w Kiko było dużo kolorowych rzeczy, np LAKIERY DO PAZNOKCI. Miałam ochotę na wiele, ale rozsądnie wzięłam tylko te 4, których nie miałam i jeden szary, bo był szary i kosztował 3,90. Staram się nie kupić OPI z szarej kolekcji Mr Grey will see you now. Próbuję I'm trying. Dlatego wybrałam.. a zresztą. Już Wam pokazuję.


Ten lakier kupiłam zainspirowana szaro-seksualną kolekcją OPI. Na paznokciach wygląda bardzo stalowo, ma blue undertones. Jestem zadowolona, no i #oszczędność.


Granat wpadł mi w oko i nie mogłam bez niego wyjść. Miałam dużo granatów, ale w każdym coś mi nie odpowiadało. Przeważnie konsystencja, ale czasami jakieś tam inne szczegóły ;)


Szary kupiłam zamiast OPI. Jest następny w kolejce do malowania, we'll see.


Magicznie fioletowy z akcentami sam mi się wpakował do koszyka, noo może Słomka mu trochę pomogła.


#blueskies, musiałam.

Lakiery kosztowały 9,90 zł w regularnej prostopadłościennej kolekcji i szary był jeszcze tańszy - 3,90 zł, bo chyba wycofywany. Wycofywanie oceniam na podstawie braku numerów/nazw na stronie internetowej. No właśnie, bo sklep internetowy też jest.

Dziwna sytuacja wydarzyła się z konsultantką i kartą lojalnościową. Mnie w ogóle jej nie zaproponowano, Słomce zaproponowano rabat 10% jeśli u siebie w telefonie korzystając z internetu ogarnie kod rabatowy czy zapisze się do newslettera czy coś. Można wyobrazić sobie jak bardzo w salonie nie ma zasięgu. Dobry ruch move marketingowy Kiko, a może to nie wina Kiko tylko pani sprzedającej.


Do zakupów powyżej 100 zł dorzucali kredkę z limitki. Wybrałam nude, bo nude jest motywem przewodnim ostatnio. Nie do końca, ale trochę tak. Na linii wodnej trzyma się nadając spojrzeniu rozświetlenia. Ulala, zatrzepocz rzęsami i świat będzie leżał u twych stóp. Not quite, ale być może. Nigdy nie wiesz co znajdziesz na podłodze.

Tyle zakupów na dzisiaj, ale to nie wszystkie zakupy w ogóle. Zabieram się za relacje ze spotkań. Miesiąc spotkań to był. Sezon. Pora roku wręcz.

Dzięki za uwagę, jeśli macie jakieś pytania - śmiało.
Buziaki, ahoj!

Stri

not today


Sky blue, the sun glistenin'
I hear morning birds whistlin'
Yesterday I weren't listenin'
But now I feel different
I've been down in the alley
With darkness around me
Where everything's cloudy and grey
But not today

Wyśmienicie bawię się przy tym utworze, może Wam też się spodoba.
Dzień dobry!

Stri

instagram | twitter | bloglovin'

czwartek, 29 października 2015

the blue tide pulling me under


dobranoc. dzięki, że jesteście tutaj, chociaż są miliony innych miejsc, w których moglibyście być.
stri

instagram | twitter | bloglovin'

październik

znowu life update, ale cóż poradzić. tym razem będzie od myślników.

- w tej chwili mam dwa komputery. w jednym nie działa zasilanie, w drugim dysk. działający dysk nie jest kompatybilny z działającym komputerem. na dysku, który nie działa są zdjęcia i inne rzeczy, które już prawie wrzuciłam na blog, ale jednak nie wrzuciłam. mam nowy dysk, na którym nie ma niczego oprócz windowsa 7. argh

- drogą przypadku nabyłam salmonellę, która próbowała mnie zabić i musiałam iść do szpitala bez mydła, ale nie umarłam. czuję, że boli mnie gardło i zbliża się coś niebezpiecznego dla mojego wątłego zdrowia. jak żyć nikt nie wie.

- byłam w ikei, kupiłam meble, bo przemeblowanie w końcu. no niby tak, ale szpital i później warszawa i jakoś nie wyszło. ostatni mebel został skręcony dopiero w tym tygodniu, więc jest chaos i nadal dużo do ułożenia i usunięcia (bo kupiłam meble, w których jest mniej miejsca, żeby nie być chomikiem)

- meet beauty było fajne, nie miałam żadnych traumatycznych wydarzeń związanych ze stanem mojego układu trawiennego, więc to już była połowa sukcesu. napiszę coś o konferencji, bo trzeba zapamiętać co się czuło i myślało. cieszę się, że pojechałam.

- przeczytałam 4 tomy księgi całości (kres love) i to wszystko. wiem, trochę smutno.

- mój Tata miał urodziny, było przytulnie.

- obejrzałam kilka filmów, zdecydowanie najlepszym był crimson peak, bo tom hiddleston i magiczny świat guillermo del toro i te przepiękne detale. i omg chcę jeszcze.

- schudłam 4 kg, bo zatrucie. pomyślałam, że wspomnę, bo kupiłam sobie nowe spodnie i są za duże, ale pewnie po praniu znowu będą dobre? spodnie z działu hm+ nawet dają radę, normalnie 99% bawełny i 1% elastanu. nieco grubsze, była wersja slim i straight nogawek. wzięłam slim. mimo, że wolę najwyższy stan zawsze to tu wysoki stan = krok w udach, bo spodnie zatrzymywały się na łydkach wtf? wzięłam regular waist.

- byłam na terapeutycznym koncercie Mikromusic

- pofarbowałam włosy farbą, totalnie normalną farbą. na tak jakby wiśniowo, a trochę nieco na fioletowo niby, ale jednak nie do końca. dzieje się.

- wróciłam do pracy, bo szpital wydarzył się w tygodniu, kiedy miałam urlop i zaplanowałam wakacje. supeer. pracuję teraz cały czas, a niedługo zaczyna się sezon świąteczny i będę więcej czasu spędzać pracując niż nie. muszę kupić kuchenkę, później nie zdążę. to plan na przyszły tydzień.

- koty już codziennie śpią w łóżku, Guen weszła nawet ostatnio pomiędzy pościel, a kołdrę. Mały Żbikunio, było Jej zimno. Shiro śpi z łapką na moim policzku, pochrapuje cichutko. to są chyba najlepsze momenty mojego życia :))

Czy u Was okay? Dzisiaj chyba pomaluję paznokcie na pomarańczowo, żeby być dynią.


Dziękuję za uwagę, buziaki ahoj!
Stri

sobota, 10 października 2015

nowości yves rocher na jesień 2015


don't you want somebody to love..
don't you need somebody to love..

..you better find somebody to looooove..

Dzielicie zapachy na pory roku? Lakiery do paznokci? Ja teoretycznie nie, ale nie noszę Obsession latem. Nawet nocą jest na nie za gorąco. Jesienią mam okres przejściowy i zdaję sobie sprawę, że znowu nie zużyłam letnich zapachów, a robi się na nie jednak trochę za mało wakacyjnie. Wiecie, wspomnienia wypalają dziurę w mózgu i później już nic nie jest tak samo.

Zanim przejdę do nowości - zatrzymajmy się na chwilę przy Quelques Notes d'Amour. Zapach zaskoczył mnie tym jak otulająco rozwija się na skórze. Nie będę nigdy specjalistą w dziedzinie zapachów, ale wiem co mi się podoba, a co nie. Ten zapach mi się podoba. Polecam wypróbować na skórze przed zakupem, zresztą zawsze trzeba, ale nie zniechęcajcie się po pierwszych minutach i poczekajcie chwilę. I ta urocza buteleczka :)

Propozycja Yves Rocher na ten sezon została pięknie przedstawiona na konferencji w Warszawie. Spotkanie odbyło się pod koniec września w Łazienkach Królewskich, po których biegały/kicały wiewiórki i przechadzały się pawie (bażanty;). Atmosfera była zapraszająco-rozleniwiająca, bo słońce i wysokie temperatury. Ja jechałam z Gdyni, w której było zdecydowanie chłodniej i dzień wcześniej, deszczowo. Wpadłyśmy ze Słomką w ostatnim momencie, ale załapałyśmy się na ostatnie prezentacje.

Co ciekawego w asortymencie?


Europejskie wydanie sheet mask, czyli pomysły na maskę bankietową from Korea with love. Anti Age Global to maska przeciw oznakom starzenia się skóry. Wysoce naturalna formuła, która zawiera ponad 97% składników pochodzenia naturalnego, idealnie współgra ze skórą zapewniając widoczną skuteczność przeciwzmarszczkową. Wykorzystana technologia „skóra dla skóry”, unikalna i innowacyjna formuła, która łączy przyjemność i skuteczność stosowania.

Cena regularna 42 zł jest wysoka, teraz w sklepie internetowym można kupić ją taniej za 29 zł. Powinnam patrzeć na ten produkt w kontekście maseczki gabinetowej, u kosmetyczki. Wtedy faktycznie jest bardziej atrakcyjnie. Bardzo chętnie kupiłabym ją mojej Mamie, ale ma bardzo bardzo bardzo bardzo wrażliwą skórę (dzięki Niej mam i ja!) i nie wiem czy to się uda. Może się uda. Dobry pomysł na prezent gwiazdkowy, ja chcę do końca października ogarnąć wszystko co się da i mieć z głowy :)

Osobiście polecam maseczkę na wieczór, po 15 minutach można wklepać płyn i pójść spać albo przesunąć maskę na dekolt i poczekać jeszcze trochę, aż kot przyjdzie i zostawi wszędzie kłaczki i zacznie ugniatać, futro przyklei się nam do twarzy.. ;) Bardzo relaksująca forma pielęgnacji twarzy - w tej konkretnej masce podoba mi się to, że składa się z dwóch części i zostawia skórę gładką, miękką i wypoczętą.


Druga nowość to krem na noc/peeling enzymatyczny, czyli kolejny produkt w linii Serum Vegetal. Krem odnawiający skórę na noc z m.in. kwasem salicylowym wygładza powierzchnię skóry już po miesiącu. Nie mogę się doczekać efektów. Jesienią/zimą zawsze się złuszczam i mam przeczucie, że w tym sezonie efekty mogą być całkiem fajne, bo mam trochę przebarwień po lecie, ślady i blizny (małe, ale zawsze) po masakrze hormonalnej na mojej brodzie..

Interesująca jest konsystencja - formuła żelowego olejku, która nawilża i delikatnie złuszcza martwy naskórek bez zastosowania drobinek złuszczających. Działa jak peeling odnawiając skórę bez szkodliwych efektów. Brzmi świetnie, prawda? Krem zawiera 98% składników pochodzenia naturalnego i w cenie regularnej kosztuje 125 zł. Teraz online 89 zł.


Nowy zapach So Elixir Bois Sensuel jest otulający, ciepły i ciągnie się jak karmel. Paczula, wanilia, irys. Woda perfumowana występuję w dwóch pojemnościach - 30 ml i 50 ml. Mniejsza kosztuje 132 zł, a teraz online 89 zł. Większa 175 zł, a teraz online 119 zł. Opakowanie kartonikowe ma mini logo powielone w dwóch kolorach, wygląda to przeuroczo!


Następny jest Low ShamPoo, czyli delikatny szampon w kremie. Tutaj wiedziałam od razu, że nie będzie zbyt wydajny. Dla początkujących, wszelkie "low poo" metody nie będą wydajne, bo nie możemy zaakceptować faktu, że się nie pieni. Skandal ;) Jak to się może nie pienić? Normalnie, może się. Myje dobrze, zmywa nawet olej. 14,90 to cena regularna i jak można się spodziewać online jest teraz taniej - 12,90 zł. Ładnie pachnie, opakowanie ma 200 ml.
W składzie m.in. głóg z ekologicznych upraw. Nie znajdziemy w środku laurylosiarczanu sodu, silikonu, barwników ani parabenów.



Jak już jesteśmy przy włosach, zobaczcie - Yves Rocher wprowadził do swojej oferty serum do włosów. Jestem baaaardzo ciekawa i zastanawiam się na ile jest to serum, a na ile olejek/olejki. Tego produktu nie było w goodie bag, więc jak zużyję coś do włosów (chyba mam ostatnie opakowanie leczącego seboradinowego psikpsika z hibiskusem czy z czymś) to kupię. Tylko może spróbuję jednej pompki w salonie przedtem. Cena 27,90 albo 5 zł mniej teraz online.

Przejdźmy do makijażu.



Kredki do oczu. 15 kolorów, 3 wykończenia.

Efekt połyskujący: kredka brązowa, granatowa, szara, czarna.
Efekt matowy: kredka błękitna, fuksja, cytrynowa, pomarańczowa.
Efekt satynowy: kredka beżowa, niebieska, śliwkowa, zieleń eukaliptusowa, fioletowa, ciemna noc, zieleń bambusowa.


Pozbyłam się bardzo wielu kredek z mojej "kolekcji", zostawiłam tylko te najfajniejsze i ta nowa z YR ma szansę w tym gronie pozostać na dłużej. Dlaczego? Jest cudownie mięciutka (za sprawą wosku carnauba), ma trwałość w normie, duży wybór kolorów i nie mnie nie uczula. Wybrałam kolor śliwkowy, który ma atrakcyjne satynowe wykończenie. Podobało mi się jeszcze kilka, ale nie robię kresek, a kredki służą mi raczej jako baza pod cienie albo coś, co mogę rozetrzeć i poczuć się jak rasowy mua #fejm.

Cena regularna kredki to 24,90, teraz online kosztuje 17,90. Przed chwilą rozglądałam się na stronie internetowej w poszukiwaniu promocji łączeniowych (nie ma takiego słowa). Za 16 zł mogłam kupić low poo szampon i granatową kredkę. Swatche koniecznie w salonie, ale warto spojrzeć na promo online. Polecam podjąć wyzwanie/wysiłek.


Do makijażowej reprezentacji dołączył również granatowy lakier do paznokci. Bardzo trwały w połączeniu z topcoatem. Końcówki nieco się starły, ale nosiłam go 5 dni i piątego dnia też czułam się pewnie. Nie ma nic gorszego (na poziomie mało ważnych spraw) od braku ogarniętych paznokci, przynajmniej w moim odczuciu. Gdybym mogła to malowałabym paznokcie codziennie, ale raz, że skórki się wysuszają, a dwa, że jednak czas goni nas.

Chciałabym się zatrzymać przez chwilę na lakierach do paznokci z przeuroczymi hashtagami. Nie wiem kto to wymyślił, ale pomysł jest fantastyczny. Mam nadzieję, że produkty będą się świetnie sprzedawać dzięki temu. Zobaczcie same, ja byłabym wrażliwa. Granat i grafit. Idealnie, bo jestem wrażliwa w nadmiarze. W zestawie 23,90. Solo 11,90 teraz online.


To nie wszystkie nowości, które przygotowało Yves Rocher na sezon jesienny 2015 (patrz zdjęcia poniżej). Po więcej zapraszam do salonów stacjonarnych lub do sklepu internetowego :))
 


Disclaimer, chociaż chyba nie będzie trudno się połapać. Wszystkie nowe produkty, które posiadam otrzymałam na spotkaniu. To była wstępna prezentacja, szczegółowe recenzje coming soon.

Mam nadzieję, że spędzacie przepiękny weekend w zgodzie ze swoimi potrzebami. Przytulam Was mocno, buziaki ahoj!

czwartek, 8 października 2015

puszysta maseczka głęboko oczyszczająca | the body shop blue corn 3-in-1 deep cleansing mask


Opakowanie charakterystyczne dla The Body Shop - cieszy mnie, że moje obie maseczki mają ten sam rozmiar i mogę nałożyć jedną na drugą albo drugą na pierwszą. Zapach coś mi przypomina, ale nie wiem co. Muszę zbadać sytuację. Kojarzy mi się z jakimś miejscem, może z panią kosmetyczką z wczesnej młodości? Pierwszy raz do salonu piękności zabrała mnie Mama na oczyszczanie twarzy, wtedy to jeszcze nikt nie słyszał o peelingach enzymatycznych, a algi były tylko usługą. Przynajmniej w moim życiu.

Z Blue było nam razem dobrze od pierwszego użycia - maska mrowiła nieco, ale obszary naczyniowe nie zostały skrzywdzone. Po kilkunastu minutach cała papka zaschła, bo nawet jej nie psikałam wodą termalną (lubię ryzyko). Zmywanie nie stanowi problemu, bo blue corn nie jest tłusta. Bardzo mi się to podoba, bo nie ma nic gorszego niż rozmazująca się maseczka aaargh.

Wydajność mogę zakładać na poziomie Tea Tree Mask, która jeszcze mi się nie skończyła, ale nie używałam jej przez miesiąc, so.. Blue wydaje się być nieco bardziej puszysta (słowo-klucz). Może będzie mniej wydajna, ale nie sądzę.


Działanie na strefę T - użyłam jej m.in. po peelingu drobinkowym, którego używam ostatnio regularnie, bo chcę go zużyć (w listopadzie minie rok od otwarcia). Normalnie trzymam się Phenome, ale wiecie jak jest. W szufladzie z zapasami mam jeszcze zieloną Neutrogenę z turystyki kosmetycznej z Niemiec (za pośrednictwem). W każdym razie, po peelingu. Nie zauważyłam odetkania porów, ale na pewno były bardziej zamaskowane obkurczone pokurczone i miałam przyjemnie matową skórę, ale nie wysuszoną ściągniętą.

Nie nakładam maski na całą twarz, raczej na czoło, nos, brodę i obszary łączące te trzy strefy. Po zmyciu naczynko przez chwilę nie jest zadowolone, ale szybko wraca do stanu wyjściowego, a skóra jest miękka i odświeżona. Dobry efekt. Polecam :)

Ahojka!
Stri

środa, 7 października 2015

opi | in the cable car-pool lane


Cudowny, przepiękny kolor fioletu. San Francisco to najbardziej udana kolekcja ever. To jeden z kremów, ale bardzo błyszczący. Tak bardzo, że przypomina żel. Kryje po drugiej warstwie. Zmywa się bez większych problemów. Z bazą i topem trzymał się długo. 6 dni ze startymi końcówkami. Uwielbiam i będę go nadużywać w tym sezonie. Polecam się przyjrzeć tej limitce i odcieniom, bo są cudowne.

Miłego dnia!

Stri

poniedziałek, 5 października 2015

aengland | excalibur

Dzień dobry Kochani,



Dzisiaj something special. Lakiery A-england są otoczone tajemniczą warstwą luksusu. Ja nie mam żadnego, ale u Słomki znalazłam chwilę, żeby użyć Excalibur. To ten pierwszy, prawda? Opis producenta: a steely grey hue filled with multi-dimensional shimmer, creating a unique fusion of silver and gold - a shade to match a hero's blade.

Na zdjęciu złota nie widać, ale poszukajcie w grafikach Google. Warto jeśli macie ochotę na coś szalonego.

Jest również Excalibur Renaissance, ale chyba już nie ze złotem. Srebrne lakiery polubiłam przez Beyonce (true story), bo przedtem w ogóle nosiłam zawsze srebro i złoto wydawało mi się tandetne. Żółte złoto. Teraz już wiem, że chłodne srebro średnio do mnie pasuje, ale na paznokciach jak najbardziej nadal mi się zdarza. Anyways, taki paznokciowy akcent poniedziałkowy. Miałam nadzieję przygotować dzisiaj post na temat konferencji YR, obawiam jednak, że nie zdążę.

Słońce świeci i mnie rozleniwia, a jak jest u Was?

Dzień dobry ahoj,
Stri

sobota, 3 października 2015

caudalie vinosource s.o.s thirst quenching serum

szybko, zwięźle i na tremat.

- szklana butelka dobrze leży w dłoni i daje wrażenie luksusu
- działająca pompka nie tylko się nie zacięła, ale również wypompowała produkt do końca, bo opakowanie jest dopasowane do konsystencji
- konsystencja jest wodnista, trochę przypomina picie dla skóry
- produkt szybko się wchłania
- pachnie całkiem przyjemnie
- na pewno nawilża, ale nie widzę jakiegoś spektakularnego efektu po kilku tygodniach używania
- przeznaczony do skóry odwodnionej, jest delikatny, ale nie wystarczy solo, więc nałóżcie go pod krem nawilżający
- kosmetyk ma sens, nie zrobił mi krzywdy, miło się go używało
- nie był zbyt wydajny, trwał może dwa miesiące rano i wieczorem
- nie wiem ile kosztował, dostałam go jako gratis do zakupów w aptece
- nie wiem też czy on nadal jest w sprzedaży

Dziękuję, miłej soboty. Ahoj!
Stri

piątek, 2 października 2015

wrzesień

We wrześniu wydarzyło się kilka rzeczy, ale przede wszystkim Festiwal. 40 Festiwal Filmowy w Gdyni zostanie w mojej głowie długo, długo, bardzo bardzo długo. Po Festiwalu podróżowałam jeszcze trochę, a teraz właśnie kończę chorować, więc nie miałam czasu się tak naprawdę zastanowić nad tym, że on się skończył. Coś tam do mnie dociera, ale jeszcze wynajduję sobie zajęcia i staram się o tym nie myśleć, bo jak zacznę to na pewno wszystko mi runie w środku, we mnie.



Nie da się opisać słowami napięcia, emocji, stresu, wysokich obrotów i przebiegu ogarniania, no nie da się. Nie wszystko było tak, jak powinno, ale to na co mieliśmy wpływ poszło po naszej myśli. Biuro Gości Zagranicznych było moim drugim domem, Teatr Muzyczny umiem już przejść z jednej strony w drugą i na boki, dużo się o sobie dowiedziałam, no i przekonałam się, że #istillgotit, zwłaszcza jak wchodziłam tam, gdzie nie powinnam, ale walk like you own it i wszystko się da.



Poznałam wspaniałych ludzi - ekipa była to die for i nie mówię tylko o naszym małym biurowym gronie - pracownicy, koordynatorzy, pilotki, tłumacze, wolontariusze, kierowcy.. the list is endless naprawdę. Niesamowici byli również Goście, to była prawdziwa przyjemność pracować dla tak cudownych ludzi. Szczególne podziękowania należą się Osobie, bez której całe to przeżycie nie byłoby możliwe. Dziękuję, że mnie zaprzęgłaś i pozwoliłaś koczować w salonie przez 11 dni i nocy.



Trójmiasto oglądałam z nieco innej perspektywy i faktycznie po jeżdżeniu mercedesami przez tydzień już nie chcę jeździć niczym i z nikim innym ;) Było cudownie, było niewiarygodnie, było bardzo dużo sukcesów i szybkie naprawianie potknięć i wygładzanie nierówności. Szkoda, że doba ma tylko 24 godziny, a Festiwal trwa tylko kilka dni. Podejrzewam, że gdyby trwał dłużej to wszyscy by umarli, bo nie da się tak żyć codziennie na zawsze.




Po posprzątaniu biura i zakończeniu całej imprezy, był deszczowy poniedziałek, indyjskie żarcie, później był wtorek w Gdańsku i Brzeźno moje ukochane i sklep rybny i kołysanie SKMki. Środa rano to transport do Warszawy (już nie mercedesem, chlip), znowu Jeż, konferencja Yves Rocher, o której w poniedziałek mam nadzieję napisać, Łazienki Królewskie, jeżdżenie to tu, to tam.. wychodzenie z metra po złej stronie standardowo, w czwartek był shopping day, ale również konferencja prasowa Orientany, a później jeszcze trochę łażenia i do domu, do dzieci wreszcie.



Dobrze, że zrobiłam dwa prania w czwartek wieczorem i jedno w piątek przed pracą, bo na weekend pojechałam do Zakopanego, a jak wróciłam nastała jelitówka, z którą kończę się zmagać. Pogoda w sam raz na początek jesieni - jest jeszcze trochę za ciepło, ale już niedługo będzie chłodno. Zdaję sobie sprawę, że zimą bezdomne koty nie dają sobie tak dobrze rady jak latem, ale ja po prostu wolę jak nie ma owadów i potu i smrodu. Oh well.

Jest piątek, w niedzielę mam wolne i świętujemy urodziny mojego Taty. Dostanie super prezent, nie mogę się doczekać Jego reakcji! Tymczasem usiadłam do komputera, zastanawiam się nad prezentami gwiazdkowymi dla moich Bliskich, robię blogowy plan na październik.

Alrighty! Buziaki ahojka :) Stri

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...