poniedziałek, 16 listopada 2015

yves rocher | granatowyprawieczarny

Aloha!

Granatowy lakier Yves Rocher jest mocnym produktem - pigmentacja, schnięcie, pędzelek, buteleczka itd. Wytrzymałość to jedyne, czego nie mogłam sprawdzić (pomiędzy bazą, a topem trudno cokolwiek ocenić).



Jest głęboko granatowy, przy grubszej warstwie wystarczy jedna. Ja stosuję dwie, bo zawsze dwie. Nie jest taki ciemny, może światło było nie takie. Tzn jest ciemny, ale nie cały czas jest ciemno-czarny. Schnie naprawdę sensownie, pędzelek jest dobrze ścięty, buteleczka ma dobrze wyprofilowaną szyjkę, nie ma problemu z zakręcaniem. Ostatnio miałam taką przygodę z jakimś lakierem, aaaa już wiem. Z Lovely, po którym nie spodziewałam się zbyt wiele i właśnie tyle od niego otrzymałam.

Paznokcie malowałam jak zwykle przed snem leżąc z kotem na plecach i przy pozostawiającym wiele do życzenia świetle. Jak żyć ;P Mam żarówkę nad łóżkiem, ale jest w ikeowej obudowie, a tam się topi plastik jak jest więcej niż 40W. Cena online to 11.90 zł, kliknijcie o tutaj lakier do paznokci.

Mam ostatnio brak czasu, bo sezon w pełni. Jednak nie rezygnuję i jak mogę to jestem. Dobry wieczór ;)

Stri

sobota, 7 listopada 2015

dove | deeply nourishing body wash

Dzień dobry Drużyno!

Nastał czas suchości wzmożonej, bo kaloryfer grzeje i powietrze jest raczej suche. Pisząc to wyjrzałam za okno, szukając potwierdzenia moich słów i co? Zaczął padać deszcz. Wczoraj padało u góry mapy to teraz przyszło do mnie na dół. Przesuszona skóra płacze, więc myję ją olejkiem Decubal - sprawdzony, recenzowany już dawno temu na blogu produkt jest przeze mnie kupowany regularnie. Być może jest tak, że zawsze mam jedno opakowanie w zapasie. Po prostu dlatego, że nic tak delikatnie nie myje skóry i nie łagodzi moich rozdrapanych ran na nogach i wszędzie, no i jednocześnie nie kosztuje tak niewiele. Decubal polecam, chociaż wiem, że nie będzie zbyt popularny wśród skór normalnych. Nie ma fajerwerków, chociaż jest saszetka zapachowa gdyby ktoś miał ochotę. Ja jeszcze nigdy nie użyłam.

Decubala używam teraz, ale zanim był olejek było mydło Isana Med i kremowy żel pod prysznic Dove, który dostałam od Angel (dziękuję). Dzisiaj właśnie o tym żelu będzie mowa.


Takiego typowo drogeryjnego/kultowego produktu nie było w mojej łazience już dawno. Kilka lat chyba, jak też czas leci.. dałam sobie spokój z zakupami i od ponad roku ani razu nie spojrzałam na pielęgnację ciała w Rossmannie ani nigdzie. Tym więcej miałam zabawy z Dove pod prysznicem.

Po pierwsze, produkt ma naprawdę kremową konsystencję. Takiej konsystencji jeszcze nie było w moim życiu w kosmetyku do mycia ciała. Nawilżające pianki typu A-Derma, olejki typu wspomniany już Decubal, ale też Nivea albo Isana - to tak. Żele żelowe, żele nieprzezroczysto mleczne, żele o perłowym wykończeniu.. no, różne. Ten jest absolutnie kremowy/śmietankowo/jogurtowo/bitośmietanowy/kremomasłowy. Taki właśnie jest, co mnie cieszy tym bardziej, że..

Po drugie, nie wysusza mojej skóry. Już wspomniałam, że zajmują się tym kaloryfery. Zdziwiło mnie, że nie mam problemu po wyjściu z wanny. Przeważnie czuję, że mam w środku w sobie mało miejsca, bo skóra mi się kurczy i ściąga i muszę szybko biec po balsam, ale za szybko też nie mogę biec, bo mi się może stać krzywda jak o coś zahaczę albo się poślizgnę. Naprawdę nie biegnę po balsam, dopiero po chwili się smaruję, bo i tak się smaruję. Trzeba, na to nie ma rady. Piję dużo wody, ale co tam woda. Aż tyle nie piję. Opowiadałam Wam kiedyś jak brałam lekarstwo, po którym musiałam w ciągu dnia wypijać 3,5 litra wody. Codziennie przez kilka tygodni. Och, przygoda. Jeśli się pracuje nie w domu obok toalety to może być bardzo, bardzo, bardzo, bardzo trudno żyć.

Po trzecie, żel ładnie pachnie. To akurat nie było zaskoczeniem, po otrzymaniu kosmetyku upewniłam się, że nie jest zbezczeszczony pistacją. I say that now, ale pistacje bardzo lubię, a poza tym to jest rok, w którym zjadłam cytrynową tartę, więc honestly anything can happen.

Czwarta sprawa - wydajność. Produkt nie mógł się nią wykazać tak do końca, bo raczej sobie go nie żałowałam myjąc każdą część ciała dwa razy, dla pewności. Dove przyniosło mi dużo radości przez miesiąc chyba.

Szczegóły techniczne: 250 ml kosztuje zapewne ok 10 zł (?), opakowanie z sensowną klapką, chociaż mam jedno zastrzeżenie - konsystencja sprawia, że kosmetyk pod klapką glucieje. Trzeba dbać o otwór, jakkolwiek to brzmi. Skład na pewno nie jest atrakcyjny, ale na pewno jeśli ktoś unika niektórych składników to sobie znajdzie inci albo już wie, że ta firma mu nie sprzyja w tej kwestii. Ja wątpię, żebym wróciła do kupowania takich rzeczy, bo jeszcze mam trochę zapasów. Wydaje mi się, że za kilka miesięcy totalnie stopnieją, ale nie będę robić nowych o nie. Chcę zacząć żyć normalnie jak ludzie bez nałogów. No, może zostanę przy Nutelli. Nie wiem jeszcze, trudno jest przestać.

Chyba tyle o kremowym żelu pod prysznic Dove. Lubicie, używacie? Kusi Was oferta? Czym się myjecie, chcę wiedzieć ;D Udanego popołudnia, buziaki ahoj!

Stri

orly | explosion of fun

Dzień dobry, dzień dobry!


Potrzebowałam kilku dni na zebranie się w sobie, ale jestem i pokażę Wam dzisiaj lakier z brokatem Explosion of fun :) Dlaczego nie brokat, a lakier z brokatem? Do uzyskania efektu, który widzicie na poniższych zdjęciach użyłam jednej warstwy Essie Splash of Grenadine oraz trzech warstw Explosion of fun. Trochę dużo, ale iskrzące holo drobinki nieco całą tę sytuację polepszyły. Takie paznokcie poprawiają mi humor i mimo, że od dawna stronię od brokatów (bo zmywanie argh), to skusiłam się i nie żałuję - lakier całkiem przyjemnie się zmywa (w porównaniu do brokatów typu Orly Flash Glam FX Ultraviolet).


Drobinki magiczne, totalnie. Jak na sześć warstw (baza, essie, 3 x explosion, glosser) to i tak nieźle wyschło. Tylko na dwóch paznokciach mi się coś delikatnie odgniotło, bo od razu poszłam spać i jednak nie ma siły na takie przedsięwzięcie. Mani wytrzymał kilka dni i jak tylko w jednym miejscu odprysnął to zmieniłam wystrój.


Oprócz różowego lakieru jest też zielony, w świątecznym klimacie #tyleemocji ;)

Udanej soboty, jeszcze się tu pojawię. Buziaki ahoj!
Stri

poniedziałek, 2 listopada 2015

nowości yves rocher na jesień 2015 #2

Dzień dobry,


dzisiaj druga część nowości. Ekipa Yves Rocher zaskoczyła mnie dokładką nowości, przesyłkę otrzymałam będąc jeszcze w szpitalu, więc musiałam się nieco wstrzymać z zapoznawaniem się z kosmetykami. Szczególnie miłe było serum do włosów, które w ogóle nie jest silikonem! Super sprawa, może najpierw zdjęcia, składu też. Zainteresowanych zapraszam do analizy, a ja mogę Wam powiedzieć, że według opisu produkt ma wzmocnić i wygładzić włosy. Kto nie chce mieć mocnych, gładkich włosów? No kto? Nikt :) Wszyscy chcemy pomóc im być.



Naukowcy Yves Rocher połączyli mikro olejki 100% roślinne z odbudowującymi peptydami z Hibiskusa, tworząc niepowtarzalną formułę.

Podoba mi się pomysł połączenia produktu pielęgnującego i upiększającego. Konsystencja wzbudza zaufanie, jest lekka. Miałam pomysł, żeby użyć dwóch pompek i to raczej na suche włosy. Zdarzyło się jednak, że nałożyłam trzy pompki na jeszcze wilgotne włosy i też było bardzo dobrze. Nie chcę przesadzić i nałożyć za dużo. Instrukcja obsługi mówi 2-4 pompek. Moje skrócone włosy chyba nie potrzebują dużej ilości produktu. Nie zauważyłam żadnego obciążenia, zresztą to będzie bardzo trudne - obciążyć sobie nim włosy. Mleczko / lotion naprawdę ma lekką konsystencję.

Ogromne wrażenie robi na mnie szklana pompka z brązowym aplikatorem o wysokim połysku. Opakowanie jest śliczne, oczywiście mamy również kartonik z informacjami o kosmetyku.

Cena regularna to 27,90 zł za 30 ml, w tej chwili online jest taniej. Serum wzmacniające do włosów, klik!


Drugim kosmetykiem jest krem wygładzający do skóry mieszanej z linii Serum Vegetal, klik. Smukła tubka mieści 40 ml wygładzenia i blasku, a założenia producenta brzmią jak spełnienie moich pielęgnacyjnych marzeń. Po latach zmagania się z problemami pobocznymi (przesuszenie, wybuchające naczynko) stwierdzam, że w cerze mieszanej chodzi o to, żeby jej nie zapchać. Mam ogromną skłonności do zapchanych porów na nosie (dzięki Tato!). To zdarza się regularnie i walczę peelingiem enzymatycznym, a teraz już też kremem na noc. Jednak to są rzeczy, od których nie ucieknę. Zawsze będę mieć rumień, zawsze będę mieć suche placki na twarzy i ciele i zawsze będą mi się zapychać pory. To kwestia utrzymania skóry w czystości, no nic nie poradzę. Chyba, że coś poradzę kiedyś.

Jednak jest jeszcze inna kwestia - zbyt ciężkie konsystencje kremów/pokładów/pudrów, które natychmiast przekładają się na pot na skórze i świecącą się strefę T. Kaman, z tym już można trochę walczyć. Nie tak, żeby w ogóle nos mi się nie świecił, ale jednak warto próbować, bo jest to najbardziej.. nie wiem czy widoczny problem, ale taki pierwszy od zewnątrz mam wrażenie. Jeśli faktycznie ten krem będzie lekki, strzał w dziesiątkę.


Gwiazdą tego produktu jest wyciąg z przypołudnika kryształowego, nazywany Rośliną Życia pobudza w skórze mechanizmy komórkowe do przeciwdziałania zmarszczkom. Formuła zawiera ponad 93% składników pochodzenia naturalnego. Nie zawiera olejów mineralnych i parabenów. Skład na zdjęciu powyżej.

Cena regularna 65 zł, online 44,90 zł. Sklep internetowy sprawdzajcie przed zakupami.


Kolejnym produktem są ampułki błyskawicznie odmładzające, ciekawe uzupełnienie linii. W małym kartoniku znajdziemy 4 sztuki, 1,5 ml każda. Cena 42 zł regularnie, online 29,90 zł.


Ampułki zawierają kosmetyk o świeżej i nawilżającej formule redukującej zmarszczki i drobne bruzdy. Skóra natychmiast odzyskuje blask.

Myślę, że mogłabym je stosować raz na tydzień. Nie wiem czy mam już drobne bruzdy, na pewno nie mam głębokich. Dużo się śmieję i mam zmarszczki mimiczne. Staram się podpatrzeć kobiety w rodzinie jak wyglądają, ale większość mojej rodziny jest już nieosiągalna albo daleko daleko.

Muszę jeszcze dodać, że mini ampułki wyglądają uroczo.


Przedostatnim produktem jest coś z kolorówki. Dosyć interesujące dla mnie, bo takie rzeczy widziałam tylko na wybiegach podczas fashion weeka ;) Top coat połyskujący jest jednym z trzech wariantów kosmetyku. Dostępne są również topy metaliczny i perłowy. Wersja, którą widzicie na zdjęciu jest chyba najbardziej uniwersalna. Na początku wyobrażałam sobie bardzo gęsty przezroczysty błyszczyk do oczu i obawiałam się, że posklejają mi się rzęsy. Nic bardziej mylnego. "Żel" faktycznie jest przezroczysty, ale nie jest gęsty - właściwie nawet bardziej lekki niż ciężki. Do tego po chwili wysycha i robi się mniej.. no.. zastyga, ale mojej skórze nadal było wygodnie. Zobaczymy jak to będzie na oczach.


Last but not least męsko pachnący szampon-żel pod prysznic, łapcie skład i powąchajcie w salonach stacjonarnych. Drzewo gwajakowe i jałowiec kosztuje 29 zł za 200 ml. To męski zapach o świeżych i drzewnych nutach.


Drzewo gwajakowe to bardzo odporne i twarde drzewo pochodzące z Paragwaju. Pozyskiwany z niego olejek eteryczny jest jednocześnie tajemniczy i słodki co sprawia, że zapach jest drzewny i ujmujący.
Jagody jałowca są tradycyjnie używane do produkcji gin'u. Dzięki nim zapach staje się delikatny i elegancki o lekko pikantnym aromacie. Kardamon sprawia, że zapach jest aromatyczny, słodki i otulający.

To na tyle jeśli chodzi o nowe produkty Yves Rocher. Jestem podekscytowana jesienią, zimą, blogowaniem i jedzeniem zup ponownie. Wiążę duże nadzieje z serum do włosów i moim autorskim programem odnowy twarzy (jest dość prosty - złuszczanie i nawilżanie). Wszystkie kosmetyki są nowe, ładne i błyszczące (albo matowe, zależy jaki mamy design opakowania). Dla mnie jednak najważniejsze jest to jak się czuję używając ich. To jest oczywiste, ale czasami zapominamy kupując kolejną rzecz, której nie potrzebujemy, ale koleżanka ma albo coś tam (też tak robię, nie oszukujmy się).

Mnie Yves Rocher kojarzy się z domem, bo moja Mama używała tych kosmetyków odkąd pamiętam. Tego nie da się zapomnieć i mam ogromny sentyment do firmy. Jasne - u Niej sprawdziły się rzeczy, których ja dla siebie nie wybieram (Mama lubi nowości i co miesiąc robi zakupy i używa, ale czasami chomikuje.. a myślicie, że czemu ja jestem chomikiem tak w środku w sobie?;), ale cieszę się, że to nas łączy. Różnimy się, chociaż chyba też jesteśmy do siebie bardzo podobne.

Miałam trudne miesiące latem i intensywny czas od września, a teraz wszystko wraca na swoje miejsce i cudownie, że mogę otaczać się wspaniałymi umilaczami rzeczywistości i używać kosmetyków, które pomagają mi żyć tak jak lubię. Zastanawiałam się też nad tym po co używamy np pielęgnacji twarzy czy ciała - bo potrzebujemy (skóra nas boli/wysusza się/przetłuszcza jak nie zrobimy kroku A albo B), bo chcemy (jestem tego warta, użyję maseczki w płacie), czy dlatego, że już się przyzwyczaiłyśmy, że musimy codziennie użyć tego balsamu, bo jeszcze 4 litry w zapasach i jak ja to zużyję?! Uprościłam nieco, ale z premedytacją. To nie jest fajne uczucie, ja już go nie mam, ale trochę mi to zajęło. Żyjmy lepiej, rozpieszczajmy się, nie róbmy nic na siłę. Korzystajmy z tego, co jest dla nas dostępne. Mieszkamy w uprzywilejowanym społeczeństwie, nawet jeśli pracujemy na zlecenie i mamy kredyt i nie stać nas na coś tam to zaspokajamy swoje podstawowe potrzeby i o wiele, wiele więcej.

Buziaki, spokojnego wieczoru. Ahoj!
Stri

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...