piątek, 15 grudnia 2017

przeczytałam ostatnio kilka książek

Dzień dobry Załogo,

Artemis tego gościa od The Martian. Zobaczyłam, że Andy Weir i bardzo się podekscytowałam, że znowu będzie coś fajnego. Niezupełnie tak było. Artemis był mniej niż Marsjanin, dlatego przeczytajcie tylko jeśli chcecie (ja chciałam).

Chciałam Wam tutaj nakreślić atmosferę panującą dzisiaj i ten utwór jest absolutnie w punkt. Mam w głowie obrazy różne (bo przecież nie organizmy piękne;)), trochę pociąg, a trochę lato, a trochę ciepło słońca. Trochę wielkie przestrzenie. Przeczuwam piękne rzeczy w nadchodzących miesiącach. Nie mam planów, przestałam je robić tak naprawdę jeśli mam być zupełnie szczera ze sobą i z Wami. Nauczyłam się nie robić planów. There I said it.

Wracając do książek, Artemis tylko dla chętnych. Mam nadzieję, że Wam spodoba się bardziej. Miałam takie małe marzenie, żeby przeczytać całą Achaję znowu i czytam. Kończę właśnie drugi tom Pomnika Cesarzowej Achai i jest mi smutno tylko dlatego, że Achajki nie ma ze mną blisko ani żadnego innego kiciunia ze stada. Śliwka czasem jest (jestem ciocią), ale nie tak jak moje bimbozaury.

Drugie małe marzenie to był Wiedźmin i tu też udało się. Mam wszystkie części na kindlu, kupiłam je jeszcze jak nie miałam czasu, ale miałam pieniądze. Teraz jest odwrotnie, czasu na czytanie dużo. Hajs się nie zgadza. Niedługo to się zmieni, ale dopóki jest tak jak jest to cieszę się życiem (co Wam też polecam, wszystko jest kwestią perspektywy).

Zerkam na moją półkę w Legimi (abonament mi się kończy za kilka tygodni i chyba zrezygnuję chwilowo) i co widzę. O, no właśnie. Razem ze Słomką w ramach chillowych wieczorów, czytamy pornoksiążki. Manwhore był beznadziejnie nudny, wzięłyśmy się za Playing The Millionaire. Zapowiadało się całkiem zabawnie. Było śmiesznie, był penis, była jakaś fabuła. Niestety tak jest tylko przez 2/3 książki. Później jest nagły spadek formy, no trudno.

Historia Pewnego Małżeństwa jest krótka, ale nie jest łatwa. Nowoczesne małżeństwo to taki ciekawy twór, w którym wszystko jest świetnie dopóki nie jest. Wtedy można sobie zadać pytanie co poszło nie tak, czym jest miłość, dlaczego to się tak wydarzyło, czy mogło się potoczyć inaczej? Czy ludzie wchodzą w związki bez gruntownej wiedzy na temat siebie i siebie nawzajem?

Zaczęłam czytać kilka rzeczy, no i na mojej liście na teraz są np Żałując macierzyństwa, Córki Wawelu i Rzeczozmęczenie. W dalszej perspektywie małe marzenie numer trzy - Kroniki Amberu. Zdradzę Wam, że czwartym marzeniem jest cały Drizzt i piątym byłaby Diuna. Drizzta nie mam fizycznie, bo wszystkie kilkanaście książek zostawiłam kiedyś komuś. Diunę chyba znajdę na kindlu. Muszę sprawdzić ;)

I Tekst Głuchowskiego koniecznie. Małecki i Karpowicz też mi się gdzieś plączą po półce na Legimi ;) Także różnorodnie, ale nie porzucam mojej ukochanej fantastyki tylko dlatego, że mam co czytać. Rób rzeczy, które sprawiają Ci radość! Takie to wszystko jest proste.

Co czytacie, co robicie? My miałyśmy fazę na grzane wino, później grzane piwo, następnie cydr też grzany. Możliwe, że pomiędzy piwem i cydrem była orzechówka ze spienionym mlekiem. Tak mi się jakoś przypomniało ;) Dzisiaj rano skończyły się jajka, ale nie poddajemy się. Na obiad pierogi ruskie i ze szpinakiem. Niektórzy nie jedzą mięsa w piątki i ja się przeważnie siłą rzeczy podpinam. Nie zawsze, ale czasami. Bateria mi zaraz padnie, a ładowarka tak daleko. Muszę tzn chcę napisać dzisiaj dłuuuuuugiego maila do rodziny w Ekwadorze. Wyzwanie trochę, bo przecież ja nie umiem poprawnie po hiszpańsku. Google translator też nie umie. Najgorzej ;)

Na koniec jeszcze tylko krótko bardzo zaznaczę, że Star Wars Last Jedi yaaaaaaas i ja jestem bardzo na tak. Nie zgadzam się w 100% z tym filmem, ale jestem w stanie wyciągnąć dla siebie bardzo dużo. Chcę obejrzeć jeszcze raz. Iskra, nadzieja, ogień. Yup.

Coś jeszcze Wam chciałam.. aaa! Kupiłam matę do ćwiczeń. Yes, yes I did! Minimalistycznie różową, bo ściany będą białe. Byłam w cat cafe ponownie. Ja tam jeszcze wrócę. Wszyscy mówią, że w Oliwie jest może nawet fajniejsza inna, ale do Gdańska przecież taaaaaaaak daleko. Ja wiem, że może się tu narażam, ale kij tam. Jak mieszkałam w Gdańsku to było mi tak bardzo wszystko jedno i jak turysta zwiedzałam to to, to tamto. Dużo czasu spędzałam na Półwyspie. Poza tym wszędzie było "tak samo daleko". Och, jakże się wszystko zmieniło. Teraz do Gdańska jest zdecydowanie dalej niż z Gdańska do Gdyni. Seriously. To chyba może stwierdzić tylko ktoś, kto jest rezydentem ;) 

(w głośnikach cały czas sączy się przyjmij brak, jakże filozoficznie)

Chwilowo odmeldowuję się, bo maile się same nie napiszą. O kartkach na Święta zapomniałam, damn it ;) Przytulam Was bardzo, szukajcie mnie na instagramie. Tam jestem najbardziej.

Buziaki ahoj,
stri

wtorek, 28 listopada 2017

koniec listopada

od myślników:

- wypadają mi włosy
- czytam książki
- oglądam filmy
- piję cydr
- jem udon
- chodzę do lavendy
- biegam na autobus
- szukam rzeczy do mieszkania
- szukam w sobie woli, by żyć
- robię śniadania
- i obiady
- staram się nie ingerować innym ludziom w życie
- nie śpię w nocy (bo chcę)
- nie kupuję rzeczy, które i tak nie mają sensu
- nie kupuję też tych, które mają
- tęsknię za stadem
- nie płaczę już tak często
- chociaż nadal się wzruszam
- polecam stranger things
- wymyślam scenariusze mojego życia
- wprawiam się w stan głębokiego smutku
- chodzę na koncerty
- słucham the weeknd, otsochodzi i nowych wydawnictw randomowych artystów
- jednocześnie słucham też metalu i mam głupi uśmiech na twarzy jak sobie przypominam czasy mojej wczesnej młodości
- nie widzę świata przez obrazy tylko przez słowa ostatnio
- ma to odzwierciedlenie na moim instagramie
- chcę pozbyć się w dużej mierze włosów
- jednocześnie chcę mieć długie paznokcie
- prawdopodobnie żadna z tych rzeczy się nie wydarzy
- chodzę w szlafroku
- myślę o jeżdżeniu samochodem, ale nadal nie wiem kto ma pierwszeństwo na skrzyżowaniu
- mam etykiety na prezenty (np świąteczne), ale nie mam żadnego prezentu
- nie mam ochoty na prezenty
- wolałabym iść z przyjaciółmi na udon i pączki
- powiedziałam Słomce, że chcę kupić w tym tygodniu matę do jogi
- nie wiem czy naprawdę tego chcę
- zaprzyjaźniłam się ze Śliwką, #jestemciocią
- nie mam ochoty
- nie muszę
- trochę bym chciała

there.

wtorek, 10 października 2017

i came

1/3 października za nami. dzień dobry Kochani, spontanicznie przyszłam się przywitać. jestem w Gdyni, próbuję się przyzwyczaić do polskiej pogody i do deszczu, który uwielbiałam przecież, a teraz mam takie pytania w sobie "gdzie są kaloszki?", "dlaczego mam mokre skarpetki?", "..i włosy?", "i nic nie widzę w okularach, bo ulewa?", "czy mogę zacząć chodzić po mieście w pelerynie przeciwdeszczowej z Krupówek?". kicham, jestem pociągająca (nosem). leczy mnie Mike #ihonestlyloveyoumrskinner


jestem trochę onieśmielona wszystkim, bo jednak #morzemożliwości mnie otacza. wrócę za 3 tygodnie na chwilę do Często po rzeczy, to zobaczę stado. tęsknię za nimi najbardziej, ale wiem, że pod dobrą opieką nic im nie grozi. z ciekawszych wydarzeń to festiwal zakończyliśmy sukcesem, pączki były jak zwykle super (i panini z mąki i kawy). zaliczyłam gdyniankę ^^ a także haos. hashi sushi zawsze sponio (jak mówi młodzież), no i ostatnio cat cafe (ja tam jeszcze wrócę). czerwony piec i ale browar 4 evah. i deserek w tej pizzerii takiej na abrahama co byłyśmy kiedyś z Dziewczynami (pozdrawiam Was i umawiamy się kiedyś znowu!). widziałam cichą noc w gcfie pofestiwalowo (dużo wina), a w czwartek idę na fresh dressed. mimo, że jest na netflix to ja i tak chcę.

kosmetycznie zakończę, że włosy mi wypadły w dużej ilości, a poza tym wysuszyły się na ekwadorskim słońcu i teraz potrzebna mi jest odnowa biologiczna. odnówmy się. buziaki, stri.

niedziela, 18 czerwca 2017

o pomysłach na życie (od jutra)

Ahoj!

Byłam bardzo zajęta życiem i odnajdywaniem się w nowej rzeczywistości. Dużo już za mną, ale jeszcze wiele przede mną. Ktoś ostatnio słusznie zauważył, że sprawy nie kończą się nigdy. Racja, zawsze dzieje się coś i zawsze coś czeka na wydarzenie się. Najgorzej jak dzieje się milion rzeczy, a tak naprawdę nie zmienia się nic. Koszmar! Jak można ;)

Chociaż z drugiej strony, może lepiej, że nie zmienia się na gorsze. Chociaż, chociaż.. muszę Wam się przyznać, że nieco sceptycznie podchodziłam do tych wszystkich sytuacji zmieniających się ze złych na gorsze i na totalnie nie do przyjęcia. Nie miałam innego wyjścia jak tylko się z nimi zmierzyć i teraz jestem przechujem w niektórych kwestiach. Może założę firmę consultingową (taki żart).

Nadeszły te dni, że z nadzieją patrzę w przyszłość i tylko muszę się mocno, mocno skoncentrować, żeby nie zboczyć, nie pozwolić, żeby coś wytrąciło mnie z rytmu i nie dopuścić do tego, żeby ktoś lub coś spierdolił mi WIELKI PLAN.

Wielki Plan, moi Drodzy, to taki zbiór bieżących możliwości. Oczywiście nie omówię wszystkich po kolei, ale w skrócie - chcę wrócić nad morze. Wybrzeże śni mi się odkąd odjechałam samochodem załadowanym rzeczami i z sercem nabrzmiałym jak piersi matki karmiącej. Odjechałam, bo musiałam odjechać. Reszta jest już za nami, a teraz tylko to, co przed nami. Przeniesienie się nad morze nie jest sprawą łatwą ani prostą. W teorii jest łatwiej niż w praktyce, no i oczywiście mam wsparcie (co-parenting, więc stado będzie zaopiekowane dopóki nie stworzę im bezpiecznego domu) oraz drużynę na miejscu (Słomki, pozdrawiam!), ale to i tak za mało. Trzeba ogarnąć wiele. Na początek pracę i jakiś kawałek mieszkania do wynajęcia (gdyby ktoś coś to dajcie znać). Na przykład od października, tak po Festiwalu.

To byłoby całkiem rozsądne, żeby przenieść się ukochaną jesienią. Wszystko co złe zamortyzuje jesień i zima. No i niby okej, ale.. ALE! ALE! Ale co jeśli są jeszcze inne możliwości? Mogłabym wyjechać w pizdu jak najdalej, mogłabym kupić tiny house (jak ja się w nim zmieszczę), mogłabym zostać dłużej w rodzinnym Ekwadorze. Mogłabym. Gdybym chciała. Czy będę chciała to zamierzam zdecydować podczas zbliżających się kilku tygodni w Ameryce Południowej.

Pod koniec lipca pakuję się w samolot i fruu! Może nawet zanurzę się oceanie albo zaprzyjaźnię z jakąś lamą. Któż to może wiedzieć.

Jeśli zaś chodzi o takie bardziej krajowe pomysły to tak: być może wpadnę jeszcze na chwilkę do Trójmiasta (na zwiady), a na pewno muszę pojechać do Krakowa. Jeśli ktoś będzie w Krk i będzie miał chwilę to ja chętnie. Planuję po 23.06, ale to się wszystko rozjaśni w tym tygodniu.

Poza tym, czy wybieracie się na Męskie Granie 22.07 w Katowicach? Jakoś nikt nie chce ze mną jechać ;) W tym roku nie dam rady do Żywca, bo wracam dopiero we wrześniu. Gdyby ktoś coś to ja też coś. Umówmy się?

Chyba kliknę "opublikuj" i pójdę na głupi amerykański film "Kac Vegas z kobietami". Unlimited niedługo mi się kończy, a w Gdyni nie ma Cinema City. Korzystam teraz.

Buziaki ahoj i dajcie znać co u Was,

czwartek, 20 kwietnia 2017

demoxoft płyn do pielęgnacji i oczyszczania skóry powiek

Dzień dobry,

moja propozycja jest następująca: pokażę Wam czego używam do demakijażu oczu. Jak wiecie (albo nie), mam problem z nimi problem. Często zdarzają mi się zapalenia, robi mi się cysta i w ogóle nie jest fajnie. Moje oczy wymagają ode mnie czegoś więcej niż płynu micelarnego. Zauważyłam różnicę podczas stosowania preparatu, o którym Wam dzisiaj opowiem, więc zagryzam zęby i płacę dużo złotówek za kolejne opakowania. Cała sytuacja skutkuje też coraz rzadszym sięganiem po kosmetyki do makijażu oczu. Smutaski, ale cóż zrobić. Nic.

 photo demoxoft_zps2euhctsw.jpg

Demoxoft to płyn do pielęgnacji i oczyszczania podrażnionej skóry powiek. 

INCI dla zainteresowanych: Aqua, Biosaccharide Gum-1, Olive oil PEG-7 Esters, Poloxamer 188, Panthenol, Hialuronian Sodu, Aloe Barbadensis Leaf Juice Powder, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Tetrasodium Glutamate Diacetate, BHT.

O co w nim chodzi tak dokładnie? Pomaga usuwać nagromadzone zanieczyszczenia i wydzielinę z powiek/brzegów powiek. Okulista użył sformułowania "szoruj rzęsy" :)) Płyn nawilża wrażliwy obszar powiek i uruchamia procesy regeneracyjne (i faktycznie tak by to wyglądało, ale mówimy tutaj o sytuacji bez używania leków). Last but not least, niweluje suchość i dyskomfort związany z uszkodzeniem naskórka. W moim wypadku nie pomaga na wszystko co mi jest, bo mój problem polega na tworzeniu się cyst na linii wodnej górnej i dolnej, a także na tworzeniu się cysty bezpośrednio w oku. Jednak pomaga na tyle, że nie rezygnuję z używania go do pielęgnacji okolic oczu.

 photo demoxoft2_zpsisu7vt8o.jpg

Jak to wygląda w praktyce? Codziennie rano i wieczorem przecieram nasączonym wacikiem oczy. Ważne jest, żeby do każdego oka mieć OSOBNY wacik. Szoruję rzęsy, pomiędzy rzęsami, powieki, tu i ówdzie. Całą twarz zmywam płynem micelarnym. W tej chwili jest to Bioderma Sensibio, która za chwilę się skończy (i później będzie to Bioderma Sebium, ale muszę Garniera dorwać na promo, bo jednak Garnier podstawowy daje radę). Przestałam używać płynu dwufazowego (np z Sephory), nie sięgam też już po mleczka do twarzy, żeby mi nie wpadło do oka. Nie wiem jak będzie dalej. Teraz ten etap głębokiego oczyszczania całkowicie przejęła moja Luna Foreo Mini, której używam od miesięcy (roku?) i mogę już się wypowiedzieć szerzej.

Tyle o demoxofcie, taki post dla potrzebujących. Myślę, że dla normalnych ludzi może chusteczki do demakijażu oczu się sprawdzą w podróży lepiej niż sam płyn. Jak ktoś nie potrzebuje to po co przepłacać.

Dwie informacje: dzisiaj startuje promo w Rossmannie. Nie wiedziałam, że będąc w klubie Rossmann mamy 55% zniżki przy zakupie minimum 3 produktów do makijażu. Promo dla reszty narodu to po prostu 49% zniżki. Przestali rozbijać akcję na tygodnie (ja się gubiłam), więc dzisiaj o siódmej rano bez problemu kliknęłam konturówki i pomadki matowe Bourjois (informacja druga, polecam konturówki i matowe Bourjois). Tylko one mnie interesowały, bo wiedziałam jakie chcę kolory. Cokolwiek innego musiałabym dotknąć. Lakierów drogeryjnych już nie kupuję, dziękuję wystarczy.

Życzę Wam bardzo serdecznie udanego dnia. Dzisiaj czwartek. Zaraz się skończy kwiecień, jak ten czas leci. Szybko, za szybko.. a może w sam raz? ;)

Dzięki za uwagę, buziaki ahoj!
stri

niedziela, 2 kwietnia 2017

marzec 2017

Marzec zaczął się w Gdyni, gdzie było cudownie i już wiem, że jak tylko będzie się dało to pakuję graty, zabieram stado do transporterów i wyprowadzamy się nad morze. Nad morzem wszystko jest o tyle lepsze, że jest morze! Nie jestem oderwana od rzeczywistości, wiem, że problemy i choroby są wszędzie. Po studiach wyjechałam do Gdańska i wiem, że Trójmiasto to moje miejsce na ziemi. Mogłabym mieszkać gdziekolwiek, ale zawsze będę myśleć o górze mapy jak o swoim domu. Tak to wymyśliłam, no i faktycznie coś w tym jest.


W sumie nie, czekajcie. Marzec zaczął się w lesie. Szłam przez podmiejskie tereny leśne, pojechaliśmy na spacer. Kilkadziesiąt metrów przede mną przebiegło stado saren. Szłam, patrzyłam jak wszystko powoli budzi się do życia i myślałam o tym, że przeżyłam ten trudny czas i mimo, że jeszcze jestem nie na 100% tylko może na 65% to jednak codziennie dążę do celu i uczę się nowej normalności. W lesie nie było jakoś specjalnie magicznie, ale są takie noce, że nie mogę spać i wtedy zielone tereny ratują sytuację. Zaraz będą owady i wiosna, ale może wcale nie mam racji mówiąc, że nie znoszę wiosny. To, że jej nie lubię nie znaczy, że jej nie potrzebuję. Może w tym roku potrzebuję. Jesień i zima były tak trudne. Brakowało mi szczęścia.


Powiedzmy, że początek marca był w Gdyni. Słomka zawsze ratuje sytuację i jestem Jej tak bardzo wdzięczna, że mogę pojechać i być. Teraz Słomka ma Śliwkę i już nie mam syndromu odstawienia kotów :)

#effortlessly

W Trójmieście było cudownie z różnych powodów - udało mi się spotkać z Dziewczynami, zobaczyć Fisz Emade Tworzywo na żywo, napić się piwa i wina i zjeść prawie wszystko ;) Nawet jeszcze spadł śnieg przez chwilę na mnie!

Kosmetycznie marzec był miesiącem zaniedbywania pielęgnacji twarzy, ale za to przykładania się do pielęgnacji włosów. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o Wielkiej Promocji w Rossmannie, podczas której kupiłam ekstremalnie za dużo kosmetyków. 50% off mnie nie do końca usprawiedliwia, ale już Wam tłumaczę.

Trzy lata temu zaczęłam moją przygodę z minimalizmem. To, co ja robię określam jako minimalizację, bo zmniejszam objętościowo otaczające mnie przedmioty, grono otaczających mnie osób, no i miałam jeszcze zmniejszyć moje ciało (dla zdrowia), ale to ostatnie jeszcze jest w trakcie lol. Wszystko jest zreszą w trakcie. To jest proces. Minimalizacja miała różne etapy, nadal trwa i to jest okay. Naturalnie podczas mojej przygody z usuwaniem, poznałam ruch zero waste, poznałam kubełki menstruacyjne, no i nowych youtuberów. Trzy lata to bardzo długo. Życie się zmieniło, moje potrzeby się zmieniły, ja się trochę zmieniłam. Próbowałam różnych rzeczy, eksperymentowałam. Pozbyłam się większości swoich przedmiotów. Zostało ich nadal za dużo (według mnie), więc będę usuwać dalej, ale postęp jest ogromny. Próbowałam mieć jedną rzecz z danego rodzaju w zapasie, ale to się nie udało. Zużycie zapasów zabrało mi 2 lata. Nie mogę narzekać, bo fajnie, że przez 2 lata prawie nie kupowałam kosmetyków podstawowych. Trochę wypadłam z obiegu w kwestii tego, co się teraz kupuje. Nie szkodzi. Pewnego sierpniowego dnia zeszłego roku okazało się, że nie mam szamponu w domu. Skandal ;) Chodzenie do drogerii po każdą rzecz jak się skończy jest dla mnie męczące. Tak, ja wiem, że to problem pierwszego świata. Wiem, kaman. W każdym razie, zaplanowałam, że jak nadarzy się okazja to się zaopatrzę. Kilka miesięcy później, promo 1+1 gratis poskutkowało zapasem szamponów, masek i odżywek, a także produktów pod prysznic. To z kolei poskutkowało zaangażowaniem się we włosy.


Włosy nadal wypadają, ale teraz dodatkowo są siwe i odrost wygląda jak wygląda. Niestety nic z tym nie zrobię, a farbowanie nieustanne co miesiąc jest głupie. Co trzy miesiące jest jeszcze głupsze, przecież to totalnie bez sensu. Fajnie jest mieć kolorowe włosy, ale one płowieją, odrastają i tak w kółko. Moja skóra głowy nie jest zadowolona. Nie będę się pitolić z henną, zwłaszcza po farbowaniu farbami chemicznymi. Jestem w tej kwestii nieco zawiedziona. Życie mnie oszukało. Czekam na inspirację, a może po prostu do reszty osiwieję i będzie po problemie. Chwilowe rozwiązanie jest takie: porost, a później się zobaczy.

Wracając. Mam mętlik w głowie.

Mam mętlik w głowie, w życiu, w moich myślach, w snach, mam mętlik w sercu. Jestem wstrząśnięta, zmieszana i emocjonalnie drżę. Chciałabym Wam powiedzieć, że już mi lepiej i no okay - tak, jest mi może nawet nieco lepiej, ale przeważnie nie jest lepiej tylko inaczej. Jak pisaliście mi, że już zawsze będzie inaczej to miałam nadzieję, że to świat będzie inaczej, a nie, że ja będę inaczej. Okazuje się, że inaczej jest głęboko we mnie i nie zostawia miejsca na nic innego. Nie mam odpowiedzi na pytania, na które już tych odpowiedzi kiedyś sobie udzieliłam. Nie mam w sobie kompasu. Nie mam całych kawałków mnie i czasem myślę, że już nie wiem kim jestem. Kryzys jak chuj. Codzienność jest czasami słoneczna, ale to w ogóle nie ma znaczenia. Może z czasem będzie dało się więcej z codzienności wykrzesać, ale to się jeszcze nie wydarzyło.

Żyję, oddycham, jem, śpię, gram w Simsy, robię zakupy przez internet, oglądam filmy i seriale, czasem robię hummus. Trudno mi się skupić na książkach, trudno mi oddychać jak wspomnienia wdzierają mi się do głowy i nie mogę ich tam dosięgnąć moim zdrowym rozsądkiem. Straciłam kontrolę nad wszystkim i ja naprawdę wiem, że to normalne, że się tak czuję i że to nie jest koniec. Bardzo chciałabym się wydostać na powierzchnię. 

Staram się to moje wszystko odzyskać, ale z jakiegoś powodu jest tak strasznie trudno.
Wrócić tutaj też jest trudno, bo nic nie wydaje się takie samo.


Pomalowałam paznokcie dwa razy. I pół.

Dni są stresujące. Wszystko ma ostre krawędzie, jest chropowate i zimne i mokre i oddalone o tysiące kilometrów. Tak się czuję. Chcę przestać się tak czuć.

Bardzo osobisty jest ten tekst. Chyba najbardziej ze wszystkich.
Może następny post będzie o lakierach do paznokci. Chciałabym.

Nie wszystko musi być takie mroczne. Nie jest, ale czasami jest, a jak jest to jest naprawdę bardzo.

Dzięki, że mogę się tutaj wygadać. Dobry wieczór.


Buziaki, ahoj.
Stri (w prostokącie)


środa, 25 stycznia 2017

life update 2016/2017

AHOJ!

Mam nadzieję, że ten post zastanie Was w zdrowiu i w pomyślności. Zawsze życzę Wam jak najlepiej, ale po tym co działo się u mnie przez ostatnie kilka miesięcy/prawie rok, jasne stało się, że jednak zdrowie jest najważniejsze.


Na Instagramie byłam cały czas, chociaż raczej mniej niż więcej i raczej było szaro-buro niż kolorowo. Opowiem Wam trochę o wszystkim się wydarzyło, ale oczywiście tylko trochę, bo przecież internet.

Pod koniec stycznia mojego Tatę zaczęła boleć głowa, w okolicy marca było podejrzenie, że to oponiak (taki guz mózgu do ogarnięcia). Wtedy przestałam blogować, bo kaman. Tata chory, z dnia na dzień było coraz gorzej i czekaliśmy na operacje. Nie mogłam się skoncentrować, poza tym w moim życiu prywatnym też było duże zamieszanie. Ogromne. Operacja miała być w kwietniu, później w maju, a w końcu odbyła się i tak w momencie, kiedy można było tylko polepszyć ostatnie miesiące życia. Było już za późno, poza tym okazało się, że to jednak glejak czwarte stadium (taki guz mózgu nie do ogarnięcia). W tak zwanym międzyczasie rozstałam się z moim partnerem i ojcem moich dzieci, jeździłam dwa albo trzy razy w tygodniu pociągami do Krakowa i z powrotem. Nie miałam czasu, nie miałam życia, nie miałam przestrzeni emocjonalnej na nic innego. Tata przeżył operację, ale deficyty umysłowe były od razu spore i raczej się pogłębiały, co nie pozwoliło mi już z nim porozmawiać. Zresztą tygodnie przed operacją też spędził w ogromnym bólu, wymiotując i cierpiąc. Moja rola była ograniczona, mogłam przy nim być, opiekować się, karmić, ale nie mogłam wiele więcej.


Trudno mi jest wyobrazić sobie co przeżywał, co myślał, kiedy nowotwór zaczął na niego wypływać, co mogłoby być inaczej gdyby podjął wcześniej decyzję o operacji. Ponieważ był to mój ojciec, a nie np mąż - mogę tylko gdybać, nie porozmawialiśmy o tym wszystkim. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu się nie udało. Nie żałuję jakoś specjalnie, bo było jak było i już inaczej nie będzie. Wiem, że zrobiłam tyle, ile mogłam i więcej już nie mogłam. Czasami niektóre rzeczy i sprawy totalnie od nas nie zależą. W ogóle ani trochę. Tydzień temu minęły 2 miesiące od dnia jego śmierci. 


Stres nie pomagał w niczym, różne inne aspekty mojego życia się komplikowały. Gdynia we wrześniu była cudowna, Festiwal Filmowy w Gdyni ma specjalne miejsce w moim sercu 4evah. Słomka jeszcze większe! W tym roku czekała na mnie niespodzianka i to chyba była jedna z fajniejszych rzeczy, które ktoś dla mnie zrobił. To tylko takie małe momenty szczęścia tak naprawdę, chociaż te miesiące miały swoje dobre chwile. Niestety to były tylko krótkie chwile przeważnie. Z końcem września straciłam pracę, której poświęciłam bardzo dużo czasu, energii i siebie. Nie ma tego złego, ale jednak podłamało mnie to. Ostatnie kilka tygodni spędziłam dzięki temu z Tatą. W ogóle wszystko mnie generalnie rzecz biorąc podłamało i są rzeczy, które łamią mnie dalej.

Podupadłam na zdrowiu, bo taki poziom stresu nie mógł się nie odbić na moim organizmie. Psychicznie cały czas zastanawiam się nad wizytą u lekarza. Fizycznie nasiliła się łuszczyca, mam nadciśnienie i cystę na oku. Chwilowo dopadło mnie zapalenie pęcherza drugie w tym półroczu. I kilka innych rzeczy, np nie mogłam spać, a teraz nie mogę się obudzić, ale i tak nie odpoczywam zbyt dobrze.


Doświadczyłam rzeczy, których nikomu nie życzę. Pamiętam dźwięki, obrazy, zapach, miejsca. Nie mogę o tym pisać, bo mam łzy w oczach, ale chcę się z Wami podzielić tym, jak się czułam. Na IG kilka osób odezwało się do mnie prywatnie, opowiedziały swoje sytuacje i w Krakowie miałam okazję odbyć rozmowy ważne i bardzo ważne z różnymi przypadkowymi (czyżby?) ludźmi. Przemyślałam trochę spraw, a trochę jeszcze nie. Wszystko się poruszyło we mnie i wokół mnie i jakoś tak skłoniło mnie do reakcji. Nie wszystko jest dobrze, nie jest "z górki" ani nie jest łatwiej po śmierci (w męczarniach jakby nie było) Taty. Nie czuję ulgi, dużo osób mówiło mi, że będę czuć ulgę. Ulgę, bo nie trzeba o tym myśleć, bo nie trzeba kogoś przewijać czy po nim sprzątać? Nie sądzę, żeby ulga to było w moim przypadku dobre słowo. Jednocześnie chcę bardzo mocno podkreślić, że jeśli czegokolwiek się nauczyłam to z pewnością pogłębiło się moje poczucie, że każda sytuacja jest inna, wszyscy jesteśmy różni, ale to nie zmienia faktu, że niektórzy są chujowi, a inni nie. Oczywiście nie wiecie o co mi dokładnie chodzi, a ja dzisiaj nie będę pisać nawet o 1/10 tego, co zaszło. Po prostu wydarzyło się życie.


ALE! Nie poddajemy się, idziemy do przodu nawet czołgając się. Z czasem będzie lepiej, będzie łatwiej i będzie mniej emocji, a więcej dystansu. Czas leczy rany nie dlatego, że je leczy tylko dlatego, że mamy do nich inny stosunek. Tak mi się wydaje. Jak nie możecie sobie pomóc to poprzytulajcie jakieś futro albo siebie nawzajem. Nie wiem jaki byłby mój stan, gdyby nie moi Bliscy - Przyjaciele, Rodzina, Kiciunie, no i jeszcze Ktoś. Poznałam kogoś w całej tej chujozie życia, więc ponownie - nie ma tego złego. Co będzie dalej nikt nie wie, ale przez cały ten czas miałam ogromne wsparcie i dzięki temu teraz jestem w trakcie osiągania nowej normalności. Bycie w żałobie to jedno, ale codzienne życie takie normalne to drugie i żyć trzeba obojętnie co się dzieje. Poza tym w grudniu skończyłam 29 lat, nie chcę tracić życia na stanie w miejscu. Nie chcę też iść gdzieś szybko w pizdu, a później nadrabiać emocjonalnie żałobę, której nie pozwoliłam sobie odczuwać wcześniej.

Każda sytuacja jest inna, ta jest moja. Jeśli macie ochotę się podzielić swoimi doświadczeniami i przeżyciami to pamiętajcie, że ja naprawdę jestem i można śmiało pisać na strilinga@gmail.com.

Ten post trochę nie wyszedł tak, jak myślałam, że wyjdzie, ale macie z niego się dowiedzieć, że było chujowo, jest nie aż tak najlepiej, ale będzie lepiej i będzie dobrze. W gruncie rzeczy nie jest najgorzej, ale gdybym powiedziała, że jest w porządku to też nie powiedziałabym prawdy. Nie wiem jak odczuwają stratę rodzica inni ludzie, bo przecież to, że wszyscy umrzemy - wiadomo. To, że umieranie nie jest łatwe dla umierającego i jego otoczenia też wiadomo. To, że na takiego glejaka nie było skutecznej metody wiedziałam od razu. Zresztą ja wszystko wiedziałam dużo wcześniej, bo jak zaczęłam czytać i rozmawiać ze znajomymi lekarzami to szybko zorientowałam się co i jak. Chaos słabo znoszę i chyba przez to się tak źle czuję. Trudno mi złapać przyczynę, nie da się na coś wskazać i wyeliminować. Tzn da się, ale nie tak natychmiast. Przepracowuję wszystko, cokolwiek to znaczy. Mam znowu ochotę do działania, tak mniej więcej. Może to jest właśnie to światło w mroku.


Przepraszam, że mnie nie było. Tęskniłam.
Buziaki, ahoj
stri

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...