środa, 25 stycznia 2017

life update 2016/2017

AHOJ!

Mam nadzieję, że ten post zastanie Was w zdrowiu i w pomyślności. Zawsze życzę Wam jak najlepiej, ale po tym co działo się u mnie przez ostatnie kilka miesięcy/prawie rok, jasne stało się, że jednak zdrowie jest najważniejsze.


Na Instagramie byłam cały czas, chociaż raczej mniej niż więcej i raczej było szaro-buro niż kolorowo. Opowiem Wam trochę o wszystkim się wydarzyło, ale oczywiście tylko trochę, bo przecież internet.

Pod koniec stycznia mojego Tatę zaczęła boleć głowa, w okolicy marca było podejrzenie, że to oponiak (taki guz mózgu do ogarnięcia). Wtedy przestałam blogować, bo kaman. Tata chory, z dnia na dzień było coraz gorzej i czekaliśmy na operacje. Nie mogłam się skoncentrować, poza tym w moim życiu prywatnym też było duże zamieszanie. Ogromne. Operacja miała być w kwietniu, później w maju, a w końcu odbyła się i tak w momencie, kiedy można było tylko polepszyć ostatnie miesiące życia. Było już za późno, poza tym okazało się, że to jednak glejak czwarte stadium (taki guz mózgu nie do ogarnięcia). W tak zwanym międzyczasie rozstałam się z moim partnerem i ojcem moich dzieci, jeździłam dwa albo trzy razy w tygodniu pociągami do Krakowa i z powrotem. Nie miałam czasu, nie miałam życia, nie miałam przestrzeni emocjonalnej na nic innego. Tata przeżył operację, ale deficyty umysłowe były od razu spore i raczej się pogłębiały, co nie pozwoliło mi już z nim porozmawiać. Zresztą tygodnie przed operacją też spędził w ogromnym bólu, wymiotując i cierpiąc. Moja rola była ograniczona, mogłam przy nim być, opiekować się, karmić, ale nie mogłam wiele więcej.


Trudno mi jest wyobrazić sobie co przeżywał, co myślał, kiedy nowotwór zaczął na niego wypływać, co mogłoby być inaczej gdyby podjął wcześniej decyzję o operacji. Ponieważ był to mój ojciec, a nie np mąż - mogę tylko gdybać, nie porozmawialiśmy o tym wszystkim. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu się nie udało. Nie żałuję jakoś specjalnie, bo było jak było i już inaczej nie będzie. Wiem, że zrobiłam tyle, ile mogłam i więcej już nie mogłam. Czasami niektóre rzeczy i sprawy totalnie od nas nie zależą. W ogóle ani trochę. Tydzień temu minęły 2 miesiące od dnia jego śmierci. 


Stres nie pomagał w niczym, różne inne aspekty mojego życia się komplikowały. Gdynia we wrześniu była cudowna, Festiwal Filmowy w Gdyni ma specjalne miejsce w moim sercu 4evah. Słomka jeszcze większe! W tym roku czekała na mnie niespodzianka i to chyba była jedna z fajniejszych rzeczy, które ktoś dla mnie zrobił. To tylko takie małe momenty szczęścia tak naprawdę, chociaż te miesiące miały swoje dobre chwile. Niestety to były tylko krótkie chwile przeważnie. Z końcem września straciłam pracę, której poświęciłam bardzo dużo czasu, energii i siebie. Nie ma tego złego, ale jednak podłamało mnie to. Ostatnie kilka tygodni spędziłam dzięki temu z Tatą. W ogóle wszystko mnie generalnie rzecz biorąc podłamało i są rzeczy, które łamią mnie dalej.

Podupadłam na zdrowiu, bo taki poziom stresu nie mógł się nie odbić na moim organizmie. Psychicznie cały czas zastanawiam się nad wizytą u lekarza. Fizycznie nasiliła się łuszczyca, mam nadciśnienie i cystę na oku. Chwilowo dopadło mnie zapalenie pęcherza drugie w tym półroczu. I kilka innych rzeczy, np nie mogłam spać, a teraz nie mogę się obudzić, ale i tak nie odpoczywam zbyt dobrze.


Doświadczyłam rzeczy, których nikomu nie życzę. Pamiętam dźwięki, obrazy, zapach, miejsca. Nie mogę o tym pisać, bo mam łzy w oczach, ale chcę się z Wami podzielić tym, jak się czułam. Na IG kilka osób odezwało się do mnie prywatnie, opowiedziały swoje sytuacje i w Krakowie miałam okazję odbyć rozmowy ważne i bardzo ważne z różnymi przypadkowymi (czyżby?) ludźmi. Przemyślałam trochę spraw, a trochę jeszcze nie. Wszystko się poruszyło we mnie i wokół mnie i jakoś tak skłoniło mnie do reakcji. Nie wszystko jest dobrze, nie jest "z górki" ani nie jest łatwiej po śmierci (w męczarniach jakby nie było) Taty. Nie czuję ulgi, dużo osób mówiło mi, że będę czuć ulgę. Ulgę, bo nie trzeba o tym myśleć, bo nie trzeba kogoś przewijać czy po nim sprzątać? Nie sądzę, żeby ulga to było w moim przypadku dobre słowo. Jednocześnie chcę bardzo mocno podkreślić, że jeśli czegokolwiek się nauczyłam to z pewnością pogłębiło się moje poczucie, że każda sytuacja jest inna, wszyscy jesteśmy różni, ale to nie zmienia faktu, że niektórzy są chujowi, a inni nie. Oczywiście nie wiecie o co mi dokładnie chodzi, a ja dzisiaj nie będę pisać nawet o 1/10 tego, co zaszło. Po prostu wydarzyło się życie.


ALE! Nie poddajemy się, idziemy do przodu nawet czołgając się. Z czasem będzie lepiej, będzie łatwiej i będzie mniej emocji, a więcej dystansu. Czas leczy rany nie dlatego, że je leczy tylko dlatego, że mamy do nich inny stosunek. Tak mi się wydaje. Jak nie możecie sobie pomóc to poprzytulajcie jakieś futro albo siebie nawzajem. Nie wiem jaki byłby mój stan, gdyby nie moi Bliscy - Przyjaciele, Rodzina, Kiciunie, no i jeszcze Ktoś. Poznałam kogoś w całej tej chujozie życia, więc ponownie - nie ma tego złego. Co będzie dalej nikt nie wie, ale przez cały ten czas miałam ogromne wsparcie i dzięki temu teraz jestem w trakcie osiągania nowej normalności. Bycie w żałobie to jedno, ale codzienne życie takie normalne to drugie i żyć trzeba obojętnie co się dzieje. Poza tym w grudniu skończyłam 29 lat, nie chcę tracić życia na stanie w miejscu. Nie chcę też iść gdzieś szybko w pizdu, a później nadrabiać emocjonalnie żałobę, której nie pozwoliłam sobie odczuwać wcześniej.

Każda sytuacja jest inna, ta jest moja. Jeśli macie ochotę się podzielić swoimi doświadczeniami i przeżyciami to pamiętajcie, że ja naprawdę jestem i można śmiało pisać na strilinga@gmail.com.

Ten post trochę nie wyszedł tak, jak myślałam, że wyjdzie, ale macie z niego się dowiedzieć, że było chujowo, jest nie aż tak najlepiej, ale będzie lepiej i będzie dobrze. W gruncie rzeczy nie jest najgorzej, ale gdybym powiedziała, że jest w porządku to też nie powiedziałabym prawdy. Nie wiem jak odczuwają stratę rodzica inni ludzie, bo przecież to, że wszyscy umrzemy - wiadomo. To, że umieranie nie jest łatwe dla umierającego i jego otoczenia też wiadomo. To, że na takiego glejaka nie było skutecznej metody wiedziałam od razu. Zresztą ja wszystko wiedziałam dużo wcześniej, bo jak zaczęłam czytać i rozmawiać ze znajomymi lekarzami to szybko zorientowałam się co i jak. Chaos słabo znoszę i chyba przez to się tak źle czuję. Trudno mi złapać przyczynę, nie da się na coś wskazać i wyeliminować. Tzn da się, ale nie tak natychmiast. Przepracowuję wszystko, cokolwiek to znaczy. Mam znowu ochotę do działania, tak mniej więcej. Może to jest właśnie to światło w mroku.


Przepraszam, że mnie nie było. Tęskniłam.
Buziaki, ahoj
stri

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...