niedziela, 2 września 2018

nakurwiaj w siebie dobrem

a może idźmy w kierunku "dobrze" i z tych dobrych rzeczy ułóżmy listę.

- jest jeszcze ciepło. odkąd wyprowadziłam się z często, kocham lato. upały nad morzem są zupełnie innym rodzajem przeżycia i to doświadczenie zdecydowanie działa budująco i inspirująco, a nie napawa mnie chęcią skoczenia na beton z dachu wieżowca.

- w związku z tym, że jest ciepło to można robić plener. och, plenery tegoroczne były piękne. piękne, słoneczne, dobre, bliskie.

- w nawiązaniu do bliskie, jest kilka osób, z którymi chcę spędzać czas i czasem wychodzi to lepiej, czasem gorzej, ale staramy się na siebie natknąć przynajmniej raz w miesiącu (czasem raz na dwa) I feel like. nie powiedziałybyście, Dziewczyny? :)

- minimalizacja trwa już tak długo, że nie wyobrażam sobie żyć inaczej. usuwanie rzeczy, które zawadzają, zajmują i zawalają weszła mi w krew i naprawdę tak cudownie jest wypierdolić biustonosz w kolorze chabrowym, który jest śliczny, ale tak bardzo nie pasuje do mojego ciała.

- masaż piersi olejem z dzikiej róży albo jakimkolwiek olejem pewnie. chciałabym, żeby masaż moich piersi wykonywał ktoś inny niż ja, ale nie można mieć wszystkiego jednocześnie. ranki szybciej się goją, skóra jest jakaś lepsza. spróbujcie


- nowe skarpetki zmieniły moje życie na weselsze, koniec z kupowaniem szaroburych, białych albo czarnych. koniec kurwa na zawsze, koniec. koniec tikejmaksa, koniec wszystkiego. skary dla hipsterów albo nic. NIC, słyszysz? #skaryijapony

- jedzenie z zastawy z posagu też jest fajne. całe życie miałam randomowe, chujowe talerze. dostałam w posagu zastawę od mamy. zgadnijcie kto je z zajebistej porcelany z granatowymi akcentami i najprawdziwszym złotym pyłem? czaisz? mam też trochę bolesławca. naprawdę wysoka jakość codzienności. poza tym, ładnie jest. jak się nie ma w domu zbyt dużo rzeczy to te rzeczy, które się ma.. siłą rzeczy, muszą być zajebiste. nie ma za bardzo innej opcji.

- fakt, że domknęłam bardzo dużo ważnych i trudnych rzeczy z przeszłości. chciałabym sobie dać medal. staram się dawać sobie jak najwięcej, bo zasługuję na to w chuj. no i wiadomo, jak ja sobie tego nie dam to kto miałby to zrobić? chwilowo nikt się nie zgłosił, ale to jest okej. nie ktoś będzie rozwiązaniem. ja jestem rozwiązaniem. uśmiecham się. dobrze mi tak, że kręci mi się w głowie. wiem, że nie wszystkie dni takie będą, ale jak nakurwiasz w siebie dobrem to mniej złego ci się przedostaje przez tarcze ochronne. bang.

- znowu śnią mi się rzeczy i to nie są chujowe rzeczy, przeważnie. w końcu. wow.

love 4 all, dbajcie o siebie mordy.
dzięki, że jesteście.
stri

sobota, 1 września 2018

dzisiaj jest wrzesień

byłam w Berlinie, było najlepiej i zamierzam szybko tam wrócić. Bombo sika na ścianę w przedpokoju i salonie w sumie też i sypialni. akurat w tej chwili nie sika, bo śpi uroczo na drapaku. całe stado śpi, dzikie zwierzęta ;) ten drapak to w sumie takie ich drzewo, chociaż półek mają dużo. w kwestii kotów, oprócz sikania Shiro to wszystko okej.

wróciłam do malowania paznokci, co jest bardzo relaksujące. 2-3 razy w tygodniu, pół godziny nakurwiania pędzelkiem. i weź jeszcze wykmiń, żeby niczego nie dotknąć, bo się spierdoli jak dotkniesz. no bajka, coś dla duszy, coś dla ciała. pamiętam czemu przestałam je malować. cieszę się, że już nie jestem w tym miejscu.

zastanawiałam się nad tym gdzie byłam rok temu i gdzie jestem teraz i bez jakichś zbędnych dużych podsumowań, ale kurwa - no przecież jest przeważnie dobrze, dobrze.

ze spraw bieżących, robię festi, kupuję hummus z groszkiem na #bozewsi, piekę chleb. nawet ostatnio orzechy namoczyłam. jestem fanką mojej pralki, ona mi pierze rzeczy jak coś do niej włożę i powciskam przyciski. jestem też fanką mojej lodówki, mieszkają tam czasem pyszne rzeczy. tylko z tymi magnesami to wiedziałam, że to nie jest dobry pomysł. magnesy spadają i się rozpierdalają i czy ja potrzebuję takich problemów w życiu? no chyba nie.

somsiad techenkiem nakurwia. ja ostatnio łoję "distant relatives", tak dobrze mi się kojarzy ten album.

also, weekend mam zdecydowanie pracujący (dlatego piszę tego posta, duuuuh), więc poszłabym nad morze albo jakieś zdjęcia robić. tak naprawdę to chcę gofra i leżeć.

dziękuję, dzień dobry.
stri

czwartek, 16 sierpnia 2018

trzy

trzy tygodnie temu nie sądziłam, że tak chujowo może się zrobić. miało być miłosne lato, słońce, morze, festiwal, jedzenie, muzyka na żywo, plenery, raz zero, innym razem wino. miały być tańce, śpiew i generalnie to wszystko było mniej lub bardziej.

ale.

no właśnie, ale. ale to nie zrobiło mi poduszki ochronnej wystarczającej, żeby dźwignąć to, co się wydarzyło przez ostatnie trzy tygodnie. było chujowo w chuj. tak strasznie źle czułam się ostatnio dwa lata temu. piszę to wszystko, bo już mi lepiej. mam nadzieję, że nikt nie będzie w tym ciemnym miejscu, w jakim ja byłam, bo komu to potrzebne. wszystkim życzę jak najlepiej, ale moja lista osób, którym zaproponuję wkrótce, żeby spierdalali jest coraz dłuższa. w sumie spoko, nie?

coś się kończy, może kiedyś się coś innego zacznie. wracam do siebie. za długo to wszystko trwa w takim rozjebaniu i zapomniałam, że przecież ja mam swoją ścieżkę, którą podążanie idzie mi naprawdę dobrze. doskwiera mi samotność. przeważnie czułam się bardzo sama jak było ciemno zimą, ale wtedy przynajmniej jest zima i chłód i czasem śnieg i wszystko jest takie contained. teraz chyba było zbyt jasno, a może po prostu zabłądziłam. może się zatrzymałam na zbyt długo.

plan na najbliższe tygodnie jest następujący:
- zrobić festi i nie umrzeć
- upiec tartę z mascarpone i malinami, ale bez nuggetsów
- czytać książki
- oglądać filmy
- słuchać muzyki
- mieć wyjebane

jeśli za mną tęsknisz to napisz do mnie, wiesz gdzie mnie szukać.

niedziela, 5 sierpnia 2018

ogłoszenie

blog zostanie usunięty w pizdu już niebawem.
mam to wszystko w chuju.

poniedziałek, 16 lipca 2018

druga połowa lipca

mam fomo.

doszłam do tego ostatnio, patrząc na swój kalendarz wydarzeń na buniu.  próbuję go zapełnić eventami, moją przestrzeń próbuję posprzątać i utrzymać w porządku, moje relacje z ludźmi pielęgnuję najlepiej jak umiem. tych, którzy znikają z szacunkiem żegnam (w środku w sobie), w końcu nie każdy musi być i zresztą wszyscy przeminęli poza kilkoma osobami. obowiązków względem instytucji dopełniam, lista rzeczy do zrobienia wisi. staram się czytać książki, obejrzeć czasem film i tylko ostatnio karmienie siebie mi nie wychodzi. tak trudno jest doładować lodówkę.

zastanawiam się co dalej, ale uczestniczę w teraz. chcę wrócić do spania o lepszych porach niż "jak zasnę to zasnę, jak wstanę to wstanę". wieczorami wyciszam telefon, rano włączam muzykę i wstawiam kawę. mielę, spieniam, wmasowuję olej kokosowy. zarządzam, organizuję, zapisuję, optymalizuję, uczę się nowych rzeczy, uczę się odchodzić od starych metod, które się niekoniecznie sprawdzają.

uczestniczę, czasami wydaje mi się, że we wszystkim. trójmiasto jest tak nasyconym miejscem. w weekendy chciałabym odpocząć od robienia rzeczy, ale jednocześnie właśnie wtedy chciałabym je robić. może dobrze dla mojego stanu psychiczno-emocjonalnego byłoby, gdybym mogła porozmawiać nie tylko z kotami. ciężko jest, bo ostatnio Shiro jest chory. Achajka też miała problem zdrowotny. wszystko będzie dobrze, tak sobie powtarzam. i śnią mi się rzeczy dziwne. raz fajne i przyjemne, ale przeważnie jednak nie. farba rozbryzguje się w piwnicy, a ja często płaczę. pada deszcz. czasami świeci słońce, robię rzeczy. maluję paznokcie. obcięłam włosy. od trzech dni nie rozpakowałam paczki z zooplusa.

myślę o warzywach, o sokowaniu, o jodze, o rehabilitacji, o prawidłowej postawie, o nałogach. kupiłam sobie nawet kalosze, które są na mnie za duże, ale lepiej za duże niż za małe. kiedyś miałam za małe, to nie było w ogóle okay.

chyba mam fomo, a może jestem po prostu chronicznie samotna. to by się nawet zgadzało.
jak skończę książkę o rolnictwie (już trzeci tom) to poczytam coś o samotności.
tymczasem no reason. ahoj.

poniedziałek, 11 czerwca 2018

lately

spostrzeżenie: pisanie na klawiaturze i noszenie czegokolwiek na nadgarstku nie idzie w parze. już chyba wiem czemu przestałam nosić amazfit, a przecież daje tyle radości. uśmiechasz się jak widzisz postęp. niekoniecznie na zewnątrz, ale może w środku w sobie? ja uśmiecham się na zewnątrz, a ostatnio nawet śpiewam i nucę. patrzenie na efekty działań jest samo w sobie kojące. wiesz co jeszcze chcesz i sięgasz, a jak już dosięgniesz to się przekonasz jak daleka droga jest od A do B. czasami może trwać caaaaaaałe życie, czasem jesteś tak zafiksowany, że nie widzisz nawet drogi tylko jakąś cholerną przepaść. czasem widzisz mur, a bywa też tak, że nic nie widzisz, bo leżysz zamroczony pobity przez życie, rzeczywistość, obowiązki i rytm dnia codziennego.

ktoś mnie zapytał o moje rekomendacje, jakbyście potrzebowali zasobów to ja ostatnio poszłam w poniższe:

obejrzałam dear white people (i to nawet oba sezony), którego zarówno forma jak i klimat mi odpowiadają. spróbujcie, może to coś dla Was? obejrzałam również the alienist, całego netfliksowego marvela, wróciłam do podcastów. czytu czytu mi ostatnio nie robi, jestem na czwartym albo piątym odcinku i nie wygląda na to, żebym kiedyś ruszyła dalej. nie miałam ochoty na nic w stylu serial ani my dad wrote a porno (wiem, wiem, ale no tak wyszło). po obejrzeniu w ramach DOCS AGAINST GRAVITY dokumentu TIME TRIAL, zainteresował mnie David Millar. jego instagram podpowiedział mi, że jest coś takiego jak home roads, prowadzony przez gościa, który jeździ z kolarzami i nagrywa rozmowy w ich naturalnym otoczeniu. dla mnie bomba, wkręciłam się. serdecznie polecam, zwłaszcza, że WSZYSCY jeżdżą tylko ja nie, bo plecy (ale o plecach jeszcze za chwilę będzie update).

na festiwalu obejrzałam też film o tenisie, o maturzyście kulturyście i kiedyś wcześniej widziałam unrest o chronic fatigue disorder. wydaje mi się, że jest w sieci, bo premiera musiała być już dawno temu.. a może oglądałam to na HBO GO? nie pamiętam (sprawdziłam, netflix na pewno go ma), ale to tylko wierzchołek góry lodowej, bo na docs było tyyyyyyyle dobrych dokumentów, których nie mam jak obejrzeć teraz i nawet nie mówię o krótkim metrażu.

książki. och, z książkami to słabo, bo ostatnio więcej słyszę, widzę, doświadczam i czuję. nie miałam ochoty zamykać się w innym świecie, bo uczestniczyłam w rzeczywistości dość mocno. tak trzeba było zrobić, bo tak można było zrobić. coś tam jednak było. teraz czytam Niebko (Brygidy Helbig), Sztukę obsługi penisa, kończę ACOMAF, bo się muszę dowiedzieć what happens next. przeczytałam Z nienawiści do kobiet (Kopińskiej), Maus, jakieś komiksy mroczne mniej lub bardziej. przeczytałam też uchwały na spotkanie wspólnoty mieszkaniowej i dużo ogłoszeń w internecie, bo szukam pracy.

znowu mam fazę na usuwanie rzeczy. mam wrażenie, że to już jedno z ostatnich rozstań. przyjechały tutaj absolutnie wszystkie moje rzeczy (i rzeczy stada), więc mam możliwość pożegnać się z pamiątkami z dzieciństwa, wczesnej młodości i czasów kiedy jeszcze mieszkałam w 42-200. niektóre pożegnania wymagały czasu, inne odłożyłam na mgliście sprecyzowane "później" i mam poczucie, że to "później" jest teraz. nie wiem kiedy będę chciała wypełnić przestrzeń nowymi rzeczami i w związku z tym coś w niej zmienić, teraz mam echo zamiast mebli i więcej kocich akcesoriów, niż swoich. nadal pozbywam się papieru, bo po co mi te książki, których nie czytam. szczerze, myślałam, że będę zamawiać co tydzień kilka książek. tych ulubionych, tych nowych jakichś, no w ogóle, że szaleństwo będzie. nie jest. nie ma. nie potrzebuję, nie muszę, nie chcę. mimo, że miejsca w witrynce jest sporo i mieszka tam również moja bielizna ;)

w kwestii kręgosłupa. mija trzynasty tydzień od wypadnięcia dysku. wczoraj pierwszy raz bez bólu w plecach, udało mi się (leżąc na plecach) podnieść obie wyprostowane nogi. niezapomniane przeżycie. jak nie chodzę to się rozciągam. już nie zalewam się łzami przy niektórych pozycjach, a bardzo długo tak było. to dość mroczne miejsce, bycie takim niepełnosprawnym. nie mówiłam o tym dużo, chociaż starałam się komunikować. problem z kontuzjami, których nie widać jest taki, że często spotykają się z brakiem zrozumienia. to jest logiczne, bo jak czegoś nie widzisz to tego nie wiesz. mój pomysł był taki, żeby się nie ograniczać do bezpiecznej przestrzeni i dla zdrowia psychicznego, robić to co chcę i mogę i lubię i akurat jest okazja. ciąg dalszy nastąpi, to nie jest takie hop siup i mimo, że zdawałam sobie sprawę z tego, że to proces to jakoś nie chciałam myśleć, że jestem w tym codziennie tylko ja.

na koniec, kawałek ścieżki dźwiękowej do moich wieczorów.


trzymajcie się ciepło w chłodne dni, które podobno mają nadejść. mnie nadal boli gardło, ale poza tym jest wszystko najlepiej jak może być. buziaki ahoj!

stri

środa, 6 czerwca 2018

limbo wish

lubię siebie skoncentrowaną, skuteczną i nieco bardziej chłodną. lubię mieć kontrolę, naprawdę przyniosło mi to dużo dobrych rzeczy w życiu i cenię to w sobie, ludziach i tak po prostu. przychodzi jednak czas, że trzeba się unwind. okres napięcia, skupienia i wzmożonej pracy za mną, ale też oczywiście zawsze przede mną. zastanawiam się czy zrobić krok w inną stronę niż zamierzałam czy iść tam, gdzie szłam. nie ma dobrych dróg. są tylko te, którymi idziemy. doszłam do wniosku, że zastanawianie się nad sensem jest bez sensu w obliczu działania. inna sprawa, że sensem to ja się zajmuję z racji swojego zawodu, już od lat.
dobra, dalej.

posłuchaj tego i powiedz czy się podobało. lato, słońce, przestrzeń, zapach, prędkość, zamknij oczy, otwórz oczy, światło, deszcz, oddech, blisko, dalej, setki kilometrów. upadnij, poczuj pod stopami gorący piasek, patrz mi w oczy, popatrz - tutaj. jestem. JESTEŚ?

kupiłam w poniedziałek bounty, pamiętacie jak miałam fazę na kokosowe rzeczy? lody kokosowe to był hit lata. to lato rządzi się innymi prawami, bo jest na zupełnie innych zasadach, ale #turystykaspożywcza nie przeminie.

o, no to kącik porad. nigdy, NIGDY PRZENIGDY niech wam się przypadkiem nie wydaje, że jedzenie czegokolwiek w Wolinie jest dobrym pomysłem. wydaje mi się, ze katedralna 6 to jest był adres tego dramatu kulinarnego. zatrułam się dwoma kawałkami pizzy (nie tylko ja) tak, że generalnie powinnam tam pojechać z powrotem i spalić im tę budę. kurwa, serio.

jak już trochę odżyłam to mi się popsuły migdałki, które właśnie naprawiam domowymi sposobami.

wracając do bounty, właśnie zjadam z kawą. plan na dzisiaj: ogórki, sprzątanie łazienki, czytanie książek, które muszę jutro oddać do biblioteki (pozdrawiam Jeża), chciałabym gdzieś iść zrobić coś, ale opanowuję fomo i się oszczędzam, bo słońce nie znaczy, że dziś w cieniu też jest ciepło. nie jest. maksymalna temperatura, jaką (którą?) wskazuje moja aplikacja to 15 stopni. lubię te aplikacje, które pomagają mi żyć. tak samo jak moje wszystkie rzeczy, które starannie bardziej lub mniej wyselekcjonowane, wylądowały w moim mieszkaniu.

lubię też, że nikt tutaj nie wchodzi tak po prostu. może kiedyś napiszę o tym coś bardziej.

bounty w końcu zjadłam tylko pół, czyli jedno z dwóch. zawsze tylko jedno. łap równowagę, oddychaj.


buziaki ahoj,
stri

poniedziałek, 28 maja 2018

did you ever want it?

mam zbyt długie paznokcie, żeby w wygodny sposób pisać dużo na klawiaturze. przyszłam Wam powiedzieć, że nie zmieniło się zbyt wiele, chociaż patrząc na to gdzie jestem i jak, trudno zaprzeczyć, że jest inaczej. poniedziałki zawsze są dniem nowego początku. już nie mam emocjonalnego stosunku do środy. kiedyś miałam, pamiętacie? opowiadałam Wam.. a może nie? wczoraj i przedwczoraj dużo płakałam, zastanawiam się dlaczego. taki biomet I guess #teambiomet pozdro you know who you are.

odnajduję się w prostych czynnościach bezbłędnie. od roku bolą mnie plecy. myślę, że to nie minie. jednocześnie codziennie mam nadzieję i jej nie mam. jestem świadoma czego nie posiadam. coraz częściej wybieram dobrze. coraz rzadziej odchodzę, bo już nie ma mnie nigdzie i prawie dla nikogo. rozważałam ostatnio przekształcenie się w czystą energię. rozważałam też zmniejszenie ilości spożywanego alkoholu na rzecz pietruszki.

nie jeżdżę już w dół mapy. teraz czasem podróżuję w bok. lubię swoje miejsca, nawet jeśli jestem w nich tylko ja. mam już stado, to było ważne i trwało wiele miesięcy (nadal wydaje mi się, że ciągnęło się w nieskończoność, ale jednak nie). czytam coraz mniej i coraz mniej oglądam, ale za to więcej widzę i czuję. mam kontrolę, chociaż uczę się jej nie potrzebować. idzie mi nieźle, bylibyście dumni.

nauczyłam się dużo przez ten czas, ale chyba nikt nie potrzebuje lekcji. potrzebujemy czegoś zupełnie innego, ale usystematyzowane kursy online są dla osób, które cenią zwlekanie w każdym możliwym wymiarze obowiązków. zdałam sobie sprawę z tego jak smakują te same rzeczy później. później znaczy teraz, ale wcześniej smakowały jakoś inaczej. rozumiem bardzo dobrze, że nie zostało mi dużo czasu.. albo może tak: nie wiem ile czasu mi zostało. zwalczyłam chorą ambicję, jeszcze pracuję nad wrodzoną wytrwałością. jak się na coś uprę to sama sobie nie mogę tego wybić z głowy.

byłoby świetnie gdyby ten post zastał Was w zdrowiu i szczęściu, ale rzeczywistość tak nie wygląda, a życie chłoszcze. trzeba to zaakceptować i żyć dalej.

also, ogórki małosolne.

i falafel.

i filmy dokumentalne.

i mate.

i naprawdę dużo pozytywnych emocji.

w całej tej chujozie i skurwieniu ogólnym.

trzymajcie się mordy, walczcie dalej.

stri.