poniedziałek, 11 czerwca 2018

lately

spostrzeżenie: pisanie na klawiaturze i noszenie czegokolwiek na nadgarstku nie idzie w parze. już chyba wiem czemu przestałam nosić amazfit, a przecież daje tyle radości. uśmiechasz się jak widzisz postęp. niekoniecznie na zewnątrz, ale może w środku w sobie? ja uśmiecham się na zewnątrz, a ostatnio nawet śpiewam i nucę. patrzenie na efekty działań jest samo w sobie kojące. wiesz co jeszcze chcesz i sięgasz, a jak już dosięgniesz to się przekonasz jak daleka droga jest od A do B. czasami może trwać caaaaaaałe życie, czasem jesteś tak zafiksowany, że nie widzisz nawet drogi tylko jakąś cholerną przepaść. czasem widzisz mur, a bywa też tak, że nic nie widzisz, bo leżysz zamroczony pobity przez życie, rzeczywistość, obowiązki i rytm dnia codziennego.

ktoś mnie zapytał o moje rekomendacje, jakbyście potrzebowali zasobów to ja ostatnio poszłam w poniższe:

obejrzałam dear white people (i to nawet oba sezony), którego zarówno forma jak i klimat mi odpowiadają. spróbujcie, może to coś dla Was? obejrzałam również the alienist, całego netfliksowego marvela, wróciłam do podcastów. czytu czytu mi ostatnio nie robi, jestem na czwartym albo piątym odcinku i nie wygląda na to, żebym kiedyś ruszyła dalej. nie miałam ochoty na nic w stylu serial ani my dad wrote a porno (wiem, wiem, ale no tak wyszło). po obejrzeniu w ramach DOCS AGAINST GRAVITY dokumentu TIME TRIAL, zainteresował mnie David Millar. jego instagram podpowiedział mi, że jest coś takiego jak home roads, prowadzony przez gościa, który jeździ z kolarzami i nagrywa rozmowy w ich naturalnym otoczeniu. dla mnie bomba, wkręciłam się. serdecznie polecam, zwłaszcza, że WSZYSCY jeżdżą tylko ja nie, bo plecy (ale o plecach jeszcze za chwilę będzie update).

na festiwalu obejrzałam też film o tenisie, o maturzyście kulturyście i kiedyś wcześniej widziałam unrest o chronic fatigue disorder. wydaje mi się, że jest w sieci, bo premiera musiała być już dawno temu.. a może oglądałam to na HBO GO? nie pamiętam (sprawdziłam, netflix na pewno go ma), ale to tylko wierzchołek góry lodowej, bo na docs było tyyyyyyyle dobrych dokumentów, których nie mam jak obejrzeć teraz i nawet nie mówię o krótkim metrażu.

książki. och, z książkami to słabo, bo ostatnio więcej słyszę, widzę, doświadczam i czuję. nie miałam ochoty zamykać się w innym świecie, bo uczestniczyłam w rzeczywistości dość mocno. tak trzeba było zrobić, bo tak można było zrobić. coś tam jednak było. teraz czytam Niebko (Brygidy Helbig), Sztukę obsługi penisa, kończę ACOMAF, bo się muszę dowiedzieć what happens next. przeczytałam Z nienawiści do kobiet (Kopińskiej), Maus, jakieś komiksy mroczne mniej lub bardziej. przeczytałam też uchwały na spotkanie wspólnoty mieszkaniowej i dużo ogłoszeń w internecie, bo szukam pracy.

znowu mam fazę na usuwanie rzeczy. mam wrażenie, że to już jedno z ostatnich rozstań. przyjechały tutaj absolutnie wszystkie moje rzeczy (i rzeczy stada), więc mam możliwość pożegnać się z pamiątkami z dzieciństwa, wczesnej młodości i czasów kiedy jeszcze mieszkałam w 42-200. niektóre pożegnania wymagały czasu, inne odłożyłam na mgliście sprecyzowane "później" i mam poczucie, że to "później" jest teraz. nie wiem kiedy będę chciała wypełnić przestrzeń nowymi rzeczami i w związku z tym coś w niej zmienić, teraz mam echo zamiast mebli i więcej kocich akcesoriów, niż swoich. nadal pozbywam się papieru, bo po co mi te książki, których nie czytam. szczerze, myślałam, że będę zamawiać co tydzień kilka książek. tych ulubionych, tych nowych jakichś, no w ogóle, że szaleństwo będzie. nie jest. nie ma. nie potrzebuję, nie muszę, nie chcę. mimo, że miejsca w witrynce jest sporo i mieszka tam również moja bielizna ;)

w kwestii kręgosłupa. mija trzynasty tydzień od wypadnięcia dysku. wczoraj pierwszy raz bez bólu w plecach, udało mi się (leżąc na plecach) podnieść obie wyprostowane nogi. niezapomniane przeżycie. jak nie chodzę to się rozciągam. już nie zalewam się łzami przy niektórych pozycjach, a bardzo długo tak było. to dość mroczne miejsce, bycie takim niepełnosprawnym. nie mówiłam o tym dużo, chociaż starałam się komunikować. problem z kontuzjami, których nie widać jest taki, że często spotykają się z brakiem zrozumienia. to jest logiczne, bo jak czegoś nie widzisz to tego nie wiesz. mój pomysł był taki, żeby się nie ograniczać do bezpiecznej przestrzeni i dla zdrowia psychicznego, robić to co chcę i mogę i lubię i akurat jest okazja. ciąg dalszy nastąpi, to nie jest takie hop siup i mimo, że zdawałam sobie sprawę z tego, że to proces to jakoś nie chciałam myśleć, że jestem w tym codziennie tylko ja.

na koniec, kawałek ścieżki dźwiękowej do moich wieczorów.


trzymajcie się ciepło w chłodne dni, które podobno mają nadejść. mnie nadal boli gardło, ale poza tym jest wszystko najlepiej jak może być. buziaki ahoj!

stri

środa, 6 czerwca 2018

limbo wish

lubię siebie skoncentrowaną, skuteczną i nieco bardziej chłodną. lubię mieć kontrolę, naprawdę przyniosło mi to dużo dobrych rzeczy w życiu i cenię to w sobie, ludziach i tak po prostu. przychodzi jednak czas, że trzeba się unwind. okres napięcia, skupienia i wzmożonej pracy za mną, ale też oczywiście zawsze przede mną. zastanawiam się czy zrobić krok w inną stronę niż zamierzałam czy iść tam, gdzie szłam. nie ma dobrych dróg. są tylko te, którymi idziemy. doszłam do wniosku, że zastanawianie się nad sensem jest bez sensu w obliczu działania. inna sprawa, że sensem to ja się zajmuję z racji swojego zawodu, już od lat.
dobra, dalej.

posłuchaj tego i powiedz czy się podobało. lato, słońce, przestrzeń, zapach, prędkość, zamknij oczy, otwórz oczy, światło, deszcz, oddech, blisko, dalej, setki kilometrów. upadnij, poczuj pod stopami gorący piasek, patrz mi w oczy, popatrz - tutaj. jestem. JESTEŚ?

kupiłam w poniedziałek bounty, pamiętacie jak miałam fazę na kokosowe rzeczy? lody kokosowe to był hit lata. to lato rządzi się innymi prawami, bo jest na zupełnie innych zasadach, ale #turystykaspożywcza nie przeminie.

o, no to kącik porad. nigdy, NIGDY PRZENIGDY niech wam się przypadkiem nie wydaje, że jedzenie czegokolwiek w Wolinie jest dobrym pomysłem. wydaje mi się, ze katedralna 6 to jest był adres tego dramatu kulinarnego. zatrułam się dwoma kawałkami pizzy (nie tylko ja) tak, że generalnie powinnam tam pojechać z powrotem i spalić im tę budę. kurwa, serio.

jak już trochę odżyłam to mi się popsuły migdałki, które właśnie naprawiam domowymi sposobami.

wracając do bounty, właśnie zjadam z kawą. plan na dzisiaj: ogórki, sprzątanie łazienki, czytanie książek, które muszę jutro oddać do biblioteki (pozdrawiam Jeża), chciałabym gdzieś iść zrobić coś, ale opanowuję fomo i się oszczędzam, bo słońce nie znaczy, że dziś w cieniu też jest ciepło. nie jest. maksymalna temperatura, jaką (którą?) wskazuje moja aplikacja to 15 stopni. lubię te aplikacje, które pomagają mi żyć. tak samo jak moje wszystkie rzeczy, które starannie bardziej lub mniej wyselekcjonowane, wylądowały w moim mieszkaniu.

lubię też, że nikt tutaj nie wchodzi tak po prostu. może kiedyś napiszę o tym coś bardziej.

bounty w końcu zjadłam tylko pół, czyli jedno z dwóch. zawsze tylko jedno. łap równowagę, oddychaj.


buziaki ahoj,
stri

i hope you will also like

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...